Mam przyjemność zaprosić Was na jeszcze nowszego bloga, tym razem mały kryminał Dramione!
LINK!
Zapraszam :)
niedziela, 16 lipca 2017
sobota, 17 stycznia 2015
Nowe opowiadanie :)
Nadal żyję bez komputera, ale jakoś udało mi się ogarnąć wszystkie blogowe sprawy u mojego chłopaka, więc mam przyjemność zaprosić Was na mojego nowego bloga!
Jest to kontynuacja!
Ten blog jednak nie umrze, będę wstawiała tutaj miniaturki.
A TERAZ BARDZO SERDECZNIE ZAPRASZAM WAS NA PROLOG! TUTAJ!
Jest to kontynuacja!
Ten blog jednak nie umrze, będę wstawiała tutaj miniaturki.
A TERAZ BARDZO SERDECZNIE ZAPRASZAM WAS NA PROLOG! TUTAJ!
czwartek, 15 stycznia 2015
Dodatek: Listy Hermiony G.
Długo by tu opowiadać. Mój komputer nawalił, nie mam dostępu do niczego, a ten post ukazuje się tylko dlatego, że kiedy zauważyłam pierwsze niepokojące oznaki wirusa, zgrałam wszystkie moje pisemne prace na pendrive. Pod tym postem będzie kilka informacji dotyczących nowego opowiadania. W epilogu mogliście przeczytać o krótkich listach, które Hermiona pisała do Dracona, macie teraz okazję przeczytać kilka z nich! :)
____________________________________________________________________
Na zawsze Twoja,
Hermiona.
____________________________________________________________________
20/06/1997 Londyn
Kochany Draco,
tak mi smutno tutaj i pusto... Jak mogłeś tak po prostu umrzeć i zostawić mnie tu samą? Przecież obiecałeś, że wrócisz z tej bitwy cały! Nienawidzę Cię za to, że skazałeś mnie na życie bez Ciebie. Dopiero dziś dowiedziałam się o Twojej śmierci, do tego czasu żyłam tylko nadzieją, ale i tę mi odebrano. Cały czas mam wrażenie, że przyjdziesz tutaj i powiesz mi, że wszystko będzie dobrze, że jesteś, że mnie kochasz. Nie tak powinno wyglądać nasze rozstanie. Powiedz mi, proszę, jak mam teraz żyć, budzić się, patrzeć w lustro? Czuję się winna, powinnam rzucić wszystko i uciec z Tobą gdzieś daleko... Ale Ciebie już nie ma, skazałam Cię na śmierć. Przepraszam. Niczego nie chciałabym teraz bardziej, niż móc oddać za Ciebie życie lub cofnąć czas. Tak mi wstyd, że nie było mnie przy Tobie, chcę wierzyć, że jedynym, co pragnęłaś zobaczyć w chwili śmierci byłam ja. Byłam, prawda?
tak mi smutno tutaj i pusto... Jak mogłeś tak po prostu umrzeć i zostawić mnie tu samą? Przecież obiecałeś, że wrócisz z tej bitwy cały! Nienawidzę Cię za to, że skazałeś mnie na życie bez Ciebie. Dopiero dziś dowiedziałam się o Twojej śmierci, do tego czasu żyłam tylko nadzieją, ale i tę mi odebrano. Cały czas mam wrażenie, że przyjdziesz tutaj i powiesz mi, że wszystko będzie dobrze, że jesteś, że mnie kochasz. Nie tak powinno wyglądać nasze rozstanie. Powiedz mi, proszę, jak mam teraz żyć, budzić się, patrzeć w lustro? Czuję się winna, powinnam rzucić wszystko i uciec z Tobą gdzieś daleko... Ale Ciebie już nie ma, skazałam Cię na śmierć. Przepraszam. Niczego nie chciałabym teraz bardziej, niż móc oddać za Ciebie życie lub cofnąć czas. Tak mi wstyd, że nie było mnie przy Tobie, chcę wierzyć, że jedynym, co pragnęłaś zobaczyć w chwili śmierci byłam ja. Byłam, prawda?
Na zawsze Twoja,
Hermiona.
27/06/1997 Londyn
Kochany Draco,
minął tydzień, ale ja nadal trwam w jakimś dziwnym stanie między jawą a snem. Z każdym dniem świat staje się coraz bardziej bezbarwny, nie zdążyłam się nawet Tobą nacieszyć, umarłeś mi zbyt szybko. Zasypiam i znów widzę Twoją twarz, mogę dotknąć Cię choć w snach. Później budzę się i wraca rzeczywistość, w której Ciebie nie ma. Nie mogę jeść, ale dużo śpię, to moje wybawienie. Wszystkim mówię, że chodzi o innych poległych w bitwie, ale mi chodzi o Ciebie, zawsze chodzi tylko o Ciebie. Tęsknię za Tobą do szaleństwa.
minął tydzień, ale ja nadal trwam w jakimś dziwnym stanie między jawą a snem. Z każdym dniem świat staje się coraz bardziej bezbarwny, nie zdążyłam się nawet Tobą nacieszyć, umarłeś mi zbyt szybko. Zasypiam i znów widzę Twoją twarz, mogę dotknąć Cię choć w snach. Później budzę się i wraca rzeczywistość, w której Ciebie nie ma. Nie mogę jeść, ale dużo śpię, to moje wybawienie. Wszystkim mówię, że chodzi o innych poległych w bitwie, ale mi chodzi o Ciebie, zawsze chodzi tylko o Ciebie. Tęsknię za Tobą do szaleństwa.
Na zawsze Twoja,
Hermiona.
1/07/1997 Londyn
Kochany Draco,
zaczęły się teraz gorące dni. Chciałabym wyjść z Tobą nad staw albo wyjechać nad morze, żeby trochę się ochłodzić. Słyszałam, że dzieje się coraz gorzej, Śmierciożercy przejmują kolejne instytucje, a na ulicach nie jest bezpiecznie. Tylko słyszałam, bo ja nie wiem, nie wychodzę z domu, nie chcę. Zamknęłam się tutaj i mogę do woli Cię wspominać. Mówiłeś kiedyś, że chciałbyś zwiedzić ze mną świat. Ten świat nie jest już taki sam, bez Ciebie jest pusty i nic niewarty. Oddałabym wszystko za jeden Twój pocałunek...
zaczęły się teraz gorące dni. Chciałabym wyjść z Tobą nad staw albo wyjechać nad morze, żeby trochę się ochłodzić. Słyszałam, że dzieje się coraz gorzej, Śmierciożercy przejmują kolejne instytucje, a na ulicach nie jest bezpiecznie. Tylko słyszałam, bo ja nie wiem, nie wychodzę z domu, nie chcę. Zamknęłam się tutaj i mogę do woli Cię wspominać. Mówiłeś kiedyś, że chciałbyś zwiedzić ze mną świat. Ten świat nie jest już taki sam, bez Ciebie jest pusty i nic niewarty. Oddałabym wszystko za jeden Twój pocałunek...
Na zawsze Twoja,
Hermiona.
3/07/1997 Londyn
Kochany
Draco,
pamiętasz jeszcze co mi obiecywałeś? Bo ja pamiętam i wiem, że nigdy nie zapomnę... Mieliśmy razem podróżować. Mówiłeś, że po zakończeniu szkoły zamieszkamy razem w małym, przytulnym domku. Będziemy mieli koty. Żartowałeś, że masz nadzieję, że nasze dzieci będą miały intelekt po mnie, a po Tobie urodę. Po wojnie miałeś przedstawić mnie ojcu i powiedzieć, że nie obchodzi Cię jego zdanie, że jesteś ze mną i nigdy nie opuścisz. Mieliśmy wyjeżdżać razem na wakacje do ciepłych krajów, zrobić kilka szalonych rzeczy... Mieliśmy tyle planów na przyszłość, a teraz została już tylko pustka w moim sercu.
pamiętasz jeszcze co mi obiecywałeś? Bo ja pamiętam i wiem, że nigdy nie zapomnę... Mieliśmy razem podróżować. Mówiłeś, że po zakończeniu szkoły zamieszkamy razem w małym, przytulnym domku. Będziemy mieli koty. Żartowałeś, że masz nadzieję, że nasze dzieci będą miały intelekt po mnie, a po Tobie urodę. Po wojnie miałeś przedstawić mnie ojcu i powiedzieć, że nie obchodzi Cię jego zdanie, że jesteś ze mną i nigdy nie opuścisz. Mieliśmy wyjeżdżać razem na wakacje do ciepłych krajów, zrobić kilka szalonych rzeczy... Mieliśmy tyle planów na przyszłość, a teraz została już tylko pustka w moim sercu.
Na zawsze Twoja,
Hermiona.
15/06/1997 Londyn
Nienawidzę Cię,
nienawidzę! Opuściłeś mnie, zostawiłeś samą! Jak mogłeś?!
Przysięgałeś, że już zawsze będziemy razem! Kłamałeś! Znów
jestem sama... Jak ja mam teraz zaufać komukolwiek? Miałeś być
zawsze, kiedy będę tego potrzebowała. Teraz potrzebuję, więc
gdzie jesteś? To było z Twojej strony bardzo egoistyczne, umrzeć
samemu... Powinnam być przy Tobie do końca, ale nie wiedziałam, że
zrobisz mi coś tak okropnego! Nie wiem czy kiedykolwiek będę
umiała wybaczyć Ci, że skazałeś mnie na takie życie... Ufałam
Ci! Kochałam Cię! A teraz jestem sama...
Hermiona.
21/12/1997 Londyn
Kochany Draco,
dzisiaj nastąpił przełom. Ron pocałował mnie, a ja go nie odtrąciłam. Chyba uczę się żyć bez Ciebie, ale wiem, że nigdy nie pokocham go taką miłością. Czuję się trochę, jakbym Cię zdradziła... Bo przecież jeszcze nie tak dawno byłeś przy mnie i było nam dobrze. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe Rona. Przecież na pewno chcesz, żebym była szczęśliwa. Bo chcesz, prawda? Zawsze będę Cię kochać.
dzisiaj nastąpił przełom. Ron pocałował mnie, a ja go nie odtrąciłam. Chyba uczę się żyć bez Ciebie, ale wiem, że nigdy nie pokocham go taką miłością. Czuję się trochę, jakbym Cię zdradziła... Bo przecież jeszcze nie tak dawno byłeś przy mnie i było nam dobrze. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe Rona. Przecież na pewno chcesz, żebym była szczęśliwa. Bo chcesz, prawda? Zawsze będę Cię kochać.
Na zawsze Twoja,
Hermiona.
15/02/1998 Londyn
Kochany Draco,
jest coraz gorzej. Śmierciożercy przejęli całe miasto, gnębią ludność i mordują mugoli. Mnie nadal nawiedzają koszmary. Widzę Cię prawie co noc, żywego i jak zwykle dostojnego, ale nie mogę z Tobą porozmawiać, ani Cię dotknąć. Potem zazwyczaj wszystko staje w ogniu. Chociaż nigdy nie wiedziałam Twojego ciała, mój umysł podsyła mi własną wizję. Nie mogę w niej rozpoznać Twojej twarzy z powodu krwi i siniaków, ale wiem, że to ty. Ten widok budzi mnie co noc zalaną łzami. Tak strasznie tęsknię i oddałabym wszystko, by znów Cię zobaczyć, ale boję się zasypiać.
jest coraz gorzej. Śmierciożercy przejęli całe miasto, gnębią ludność i mordują mugoli. Mnie nadal nawiedzają koszmary. Widzę Cię prawie co noc, żywego i jak zwykle dostojnego, ale nie mogę z Tobą porozmawiać, ani Cię dotknąć. Potem zazwyczaj wszystko staje w ogniu. Chociaż nigdy nie wiedziałam Twojego ciała, mój umysł podsyła mi własną wizję. Nie mogę w niej rozpoznać Twojej twarzy z powodu krwi i siniaków, ale wiem, że to ty. Ten widok budzi mnie co noc zalaną łzami. Tak strasznie tęsknię i oddałabym wszystko, by znów Cię zobaczyć, ale boję się zasypiać.
Na zawsze Twoja,
Hermiona.
06/05/1998 Londyn
Kochany Draco,
kilka dni temu Ron mi się oświadczył. Odwlekałam odpowiedź jak mogłam, mówiłam, że to ze względu na wojnę. Że nie jestem nawet pewna, co stanie się kolejnego dnia. Nie mogę jednak opóźniać tego w nieskończoność. Ron nalega na odpowiedź, a ja nie potrafię podjąć decyzji. Zgodzę się na to jednak, chcę spróbować jednak zacząć żyć normalnie. Nie mogę opłakiwać Cię do końca życia, chociaż, uwierz, bardzo bym chciała. Łudzę się, że kiedyś go pokocham, będziemy mieli dzieci. Chociaż boli mnie, że w ich oczach nie będzie tego stalowego błysku. Nie wiem czy robię dobrze, ale myślę, że to już aby pożegnać się z przeszłością. I z Tobą. To już mój ostatni list, mam nadzieję, że mi wybaczysz. To jednak nie oznacza, że przestałam Cię kochać. Nigdy nie przestanę, choć nie miałam okazji Ci tego powiedzieć. Zegnaj, Draco.
kilka dni temu Ron mi się oświadczył. Odwlekałam odpowiedź jak mogłam, mówiłam, że to ze względu na wojnę. Że nie jestem nawet pewna, co stanie się kolejnego dnia. Nie mogę jednak opóźniać tego w nieskończoność. Ron nalega na odpowiedź, a ja nie potrafię podjąć decyzji. Zgodzę się na to jednak, chcę spróbować jednak zacząć żyć normalnie. Nie mogę opłakiwać Cię do końca życia, chociaż, uwierz, bardzo bym chciała. Łudzę się, że kiedyś go pokocham, będziemy mieli dzieci. Chociaż boli mnie, że w ich oczach nie będzie tego stalowego błysku. Nie wiem czy robię dobrze, ale myślę, że to już aby pożegnać się z przeszłością. I z Tobą. To już mój ostatni list, mam nadzieję, że mi wybaczysz. To jednak nie oznacza, że przestałam Cię kochać. Nigdy nie przestanę, choć nie miałam okazji Ci tego powiedzieć. Zegnaj, Draco.
Na zawsze Twoja,
Hermiona.
17/06/1998 Londyn
17/06/1998 Londyn
Kochany Draco,
wiem, że miałam już
nie pisać, ale wszystko uległo zmianie. Znów pojawiły się
koszmary, a już jutro miną dwa lata od bitwy. Prawie już nie
pamiętam Twojej twarzy, ale nadal czuję zapach i dotyk. Piszę to w
nocy, przerażona samotnością i ciemnością, w której kryją moje
największe lęki i strachy. Czy ja wariuję? Czy wojna odbiera mi
rozum? Każdy dzień może być teraz ostatni, a ja nadal myślę o
Tobie, choć mniej. Mam nadzieję, że to naprawdę mój ostatni
list, czas zerwać z przeszłością. Ostatecznie. Chciałabym, aby
ten list był naprawdę pożegnalny. Minęły dwa lata, odkąd
widziałam Cię po raz ostatni. Nie zobaczę Cię już nigdy. Mam
nadzieję, że nawet we snach.
Na zawsze Twoja,
Hermiona.
______________________________________________________________
Jest to mały wstęp do mojego kolejnego opowiadania, które zacznę prowadzić już wkrótce. Pogodziliście się już ze śmiercią Dracona? Niepotrzebnie, już niedługo będę mogła zaprosić Was na kontynuację tego opowiadania! Zdecydowałam się na nią praktycznie na początku tego bloga. Będzie miała nowy adres, ponieważ chcę, aby można było czytać ją jako osobną historię, nawet dla osób, które nie znają tej. Rozbieżność czasu i miejsca akcji. Trochę inna formuła, więcej wątków pobocznych. Więcej informacji już wkrótce, jak ogarnę wszystkie sprawy związane z komputerem :)
Jest to mały wstęp do mojego kolejnego opowiadania, które zacznę prowadzić już wkrótce. Pogodziliście się już ze śmiercią Dracona? Niepotrzebnie, już niedługo będę mogła zaprosić Was na kontynuację tego opowiadania! Zdecydowałam się na nią praktycznie na początku tego bloga. Będzie miała nowy adres, ponieważ chcę, aby można było czytać ją jako osobną historię, nawet dla osób, które nie znają tej. Rozbieżność czasu i miejsca akcji. Trochę inna formuła, więcej wątków pobocznych. Więcej informacji już wkrótce, jak ogarnę wszystkie sprawy związane z komputerem :)
środa, 7 stycznia 2015
Epilog
Troszkę mi przykro z powodu wyjątkowo małej frekwencji pod ostatnim rozdziałem, ale to opowiadanie i tak już się kończy. Właśnie teraz. :)
____________________________________________________________________
Leżała w swoim łóżku i wpatrywała się tępo w ścianę. Nie miała żadnych informacji od Draco i czekanie ją wykańczało. Zastanawiała się, gdzie teraz jest i co robi. Jak wygląda teraz jego życie. Czy jest teraz szczęśliwy? W roli Śmierciożercy, którym kiedyś pragnął zostać. Ilu ludzi zabił podczas bitwy?
Nagle drzwi do jej pokoju otworzyły się gwałtownie i stanęła w nich Ginny. Oczy miała całe we łzach, usiadła koło Hermiony i załkała.
- Co się stało? - zapytała panna Granger nieobecnym tonem.
Ginny w odpowiedzi podała jej tylko pergamin. Hermiona zaczęła czytać list.
____________________________________________________________________
Leżała w swoim łóżku i wpatrywała się tępo w ścianę. Nie miała żadnych informacji od Draco i czekanie ją wykańczało. Zastanawiała się, gdzie teraz jest i co robi. Jak wygląda teraz jego życie. Czy jest teraz szczęśliwy? W roli Śmierciożercy, którym kiedyś pragnął zostać. Ilu ludzi zabił podczas bitwy?
Nagle drzwi do jej pokoju otworzyły się gwałtownie i stanęła w nich Ginny. Oczy miała całe we łzach, usiadła koło Hermiony i załkała.
- Co się stało? - zapytała panna Granger nieobecnym tonem.
Ginny w odpowiedzi podała jej tylko pergamin. Hermiona zaczęła czytać list.
Droga Ginny,
Błagam, spróbuj mnie
zrozumieć. Odkąd pamiętam, takie życie było spełnieniem moich
marzeń. Byłem gotów umrzeć w służbie Czarnego Pana. A potem
poznałem Ciebie. To nie tak, że nie miałem wyboru, miałem, po
prostu dokonałem go zbyt wcześnie. Z tego nie można już się
wycofać. Tylko śmierć może zwolnić nas z obowiązku w jego
służbie. Nie wiem, jak dalej potoczy się moje życie, ale mam nadzieję, że nadejdą w końcu czasy, kiedy będę mógł Cię
kochać bez konsekwencji. Cokolwiek by się nie zdarzyło, ja będę
na nie czekał, będę czekał na Ciebie. Choćby miało to trwać
całe moje życie, ja wierzę, że jest dla nas szczęśliwe
zakończenie. Nie oczekuję jednak od Ciebie tego samego, zrozumiem,
jeśli ułożysz sobie życie z kimś innym. Masz do tego prawo, a ja
pogodzę się z Twoją decyzją. Błagam, uważaj na siebie, dbaj o
swoje bezpieczeństwo! Nie próbuj się ze mną kontaktować, to
niebezpieczne! Bardzo chciałbym Cię zobaczyć, ale nie mogę Cię
tak narażać. Przysięgam, że jeszcze kiedyś wszystko się ułoży
i że już zawsze będę Cię kochał.
Pozostaje jeszcze druga kwestia. Nienawidzę przekazywać złych wiadomości, ale jestem to winien Hermionie. Draco nie miał tyle szczęścia co ja. Wczoraj, podczas przeszukiwania zamku znaleźliśmy pod gruzami jego ciało. Nie wiem, jak mógłbym zapisać tutaj cały ból, jaki teraz czuję. Przekaż jej, proszę, wyrazy współczucia ode mnie. Musi być teraz silna, nadeszły ciężkie czasy. Ty z resztą też, nie pozwalaj sobie na słabość. Musicie się sobą opiekować.
Na zawsze Twój,
Pozostaje jeszcze druga kwestia. Nienawidzę przekazywać złych wiadomości, ale jestem to winien Hermionie. Draco nie miał tyle szczęścia co ja. Wczoraj, podczas przeszukiwania zamku znaleźliśmy pod gruzami jego ciało. Nie wiem, jak mógłbym zapisać tutaj cały ból, jaki teraz czuję. Przekaż jej, proszę, wyrazy współczucia ode mnie. Musi być teraz silna, nadeszły ciężkie czasy. Ty z resztą też, nie pozwalaj sobie na słabość. Musicie się sobą opiekować.
Na zawsze Twój,
B.
PS Proszę Cię, mała, nie płacz. Z opuchniętą i czerwoną twarzą nie jesteś już taka seksowna.
PS Proszę Cię, mała, nie płacz. Z opuchniętą i czerwoną twarzą nie jesteś już taka seksowna.
Miała wrażenie, że to
jakiś podły żart, że ktoś z niej okrutnie zakpił. Poczuła
wściekłość w stosunku do Blaise'a. Nagle zrobiło jej się
duszno, jakby zabrakło powietrza wokół niej. Świat zawirował. On
nie żyje... Draco nie żyje... To ty go uśmierciłaś, zabiłaś
go! Żyłby, gdyby nie ty – szeptało
coś w jej umyśle.
- To niemożliwe – szeptała do siebie.
Ginny przytuliła ją mocno, a Hermiona załkała w jej ramionach.
- Tak mi przykro – powiedziała ruda dziewczyna.
Cała drżała od emocji, które miała w sobie. To wszystko dopiero przedzierało się do jej świadomości...
- To niemożliwe – szeptała do siebie.
Ginny przytuliła ją mocno, a Hermiona załkała w jej ramionach.
- Tak mi przykro – powiedziała ruda dziewczyna.
Cała drżała od emocji, które miała w sobie. To wszystko dopiero przedzierało się do jej świadomości...
Siedziała i wpatrywała się w okno. Padał deszcz, a ona czuła, że pogoda dokładnie odzwierciedla jej samopoczucie. W jej sercu też padał deszcz, jeszcze wczoraj szalała burza, ale teraz lekko się uspokoiła. Powoli wściekłość i rozpacz ustąpiły miejsca pustce.
- Hermiono, musisz w końcu stąd wyjść – usłyszała obok siebie cichy głos Ginny.
Panna Granger nawet nie zauważyła nadejścia przyjaciółki. Zbyt zajęta własnymi myślami, wyłączyła się na świat.
- Nie, wolałabym tu zostać – powiedziała z pewnym opóźnieniem, wpatrując się w krople deszczu spływające po szybie.
- Nie możesz zamykać się tak w sobie, martwię się – szeptała, jakby nie chciała spłoszyć jej żadnym głośniejszym dźwiękiem.
- Powinnaś być silna, Draco nie chciałby...
- Przestań, nie mów nic więcej – Hermiona nagle spojrzała prosto na nią. - Zabiłam go, rozumiesz? Skazałam na śmierć. Nigdy sobie tego nie wybaczę, nigdy.
- Daj spokój, nie myśl tak! To nie twoja wina, rozumiesz? Nic nie mogłaś zrobić!
- Mogłam, mogłam uciec razem z nim! Żyłby, gdybym to zrobiła!
- Wymagał od ciebie zbyt wiele – Ginny mówiła spokojnie, ale w jej oczach Hermiona widziała gniew.
- Proszę, wyjdź – wyszeptała. - Chcę zostać sama.
Ginny odsunęła się od niej gwałtownie. Lekko poczerwieniała ze złości i ruszyła w stronę drzwi. Odwrócił się jeszcze tylko na chwilę.
- Wyobraź sobie, że nie tylko ty masz ciężko, Blaise nie dał już żadnego znaku znaku życia, nie wiem, co się z nim dzieje... – warknęła i wyszła, wściekle trzaskając drzwiami.
Wreszcie została sama. Upragniona, niczym niezmącona cisza... I jej myśli, wspomnienia. Nie chciała płakać, nie mogła. W jej wnętrzu panowała pustka, a oczy były suche. Wszystkie łzy wypłakała już dawno. Wyciągnęła z biurka małe, niebieskie pudełeczko i otworzyła je zaklęciem. Przez chwilę wpatrywała się w łańcuszek z zawieszką w kształcie gwiazdki, ale odłożyła go szybko, kiedy w jej oczach pojawiły się jednak jakieś łzy. Wzięła z szuflady małą, niebieską karteczkę i sięgnęła po pióro. Od jego śmierci robiła to codziennie. Pisała do niego krótki liścik, zawierała w nim wszystkie swoje uczucia. Chociaż przez tę chwilę mogła poczuć, że znów jest obok niej. Później chowała go do pudełeczka i zabezpieczała je zaklęciem. Tak było też tym razem. Atrament rozmazywał się od jej łez. Później znów wpatrywała się otępiała w okno. Bardzo chciała sobie w końcu z tym poradzić, ale czuła, jakby to było niesprawiedliwe w stosunku do niego. Jak mogła żyć normalnie, skoro jego tu nie było? Jej serce było w strzępach, a umysł nie pracował tak szybko. Rozpadała się na drobne kawałeczki dzień za dniem. Pogrążyła się w swoim cierpieniu. Bólu miłości. Miłości, której nigdy nie wyznała.
________________________________________________
Czas na trochę podziękowań.
Dziękuję Msr Black, która była ze mną od samego początku i myślę, że gdyby nie jej komentarze, poddałabym się na samym początku.
Dziękuję Lorze, która jest wyjątkowo sympatyczną i otwartą osobą, za wszystkie rozmowy.
Dziękuję Vanilli, za tyle miłych słów i za to, że potafiła mnie zmobilizować do działania.
Dziękuję Tsuki i Małej Mi za tyle miłych słów.
Dziękuję Pannie Nieporozumienie i Sije, wasze wyczerpujące komentarze zawsze były dla mnie ogromną motywacją.
Dziękuję angusie, gdyby nie jej komentarz pod prologiem i pierwszym rozdziałem, nie pisałbym dalej.
Dziękuję też Didim, Layls, Katarzynie, Olivi, Nikicie i wszystkim, których nie wymieniłam.
Za kilka dni pojawi się na tym blogu miniaturka opisująca dalsze życie Hermiony. Nie pasowała mi do prologu, bo ma trochę inną formę. W tej notce będzie też ważna informacja dotycząca mojego nowego opowiadania.
Proszę, aby każdy, kto czytał to opowiadanie zostawił po obie komentarz z choćby jednym słowem, żebym wiedziała, ilu was było. Anonimki, czas się ujawnić :)
niedziela, 4 stycznia 2015
Rozdział XXXII - Ostateczność.
Czas to pojęcie względne. Może mijać
bardzo szybko, wręcz niezauważalnie lub ciągnąć się w
nieskończoność. Niekiedy wydaje nam się, że zupełnie stanął,
a my tkwimy w nicości. Świat jednak trwa niezmiennie dalej. Ta
iluzja może być czasem zgubna. Chociaż Hermionie Granger wydawało
się, że wszystko nagle przystanęło, to bitwa trwała jedna dalej,
a ona musiała otrząsać się ze swojej osobistej tragedii. Czas nie
zatrzyma się z powodu jednego złamanego serca i ona boleśnie się
o tym przekonała. Nie mogła teraz przedkładać swoich uczuć nad
zadanie, które zlecił jej Harry. Wyszła szybko z pustej sali i
uważnie omiotła wzrokiem cały korytarz. Odetchnęła z ulgą gdy
okazał się pusty. Puściła się biegiem w stronę schodów, a
potem na Wieżę Gryffindoru. Była pusta i nieprzyjemna, ogień w
kominku wygasł już zupełnie. Wzięła szybko pelerynę niewidkę i
założyła ją na siebie. Od razu poczuła się pewniej. Teraz mogła
wszystko... Nie chciała więcej trwać w tej bezczynności. Rzuciła
się biegiem na dół. Po drodze spotkała tylko jednego
Śmierciożercę. Oszołomiła go zaklęciem, a potem na chwilę
przystanęła. Mogła go zabić... Szybkim ruchem zerwała jego
maskę. Nie znała tego mężczyzny. Wystarczyłoby tylko jedno
zaklęcie... Wtedy już nigdy nikogo by nie skrzywdził. Nie
obudziłby się po drętwocie, ani już nigdy... Jednego skurwysyna
mniej... Wycelowała w niego różdżką.
- Avada Ke... - zaczęła, ale zacięła się.
Nie potrafiła tak po prostu kogoś zamordować. A jeżeli on też nie działał z własnej woli? Jeżeli go zmusili, szantażowali? Prawdopodobnie miał rodzinę, kogoś, kogo kochał. Nie potrafiła odebrać komuś ojca, męża, chociażby był podłym człowiekiem. Z westchnieniem opuściła różdżkę. Odebrała mu jego magiczną broń i schowała do swojej bluzy. Mogła się jeszcze przydać. Rozejrzała się po korytarzu i dwa metry dalej dostrzegła komórkę na miotły. Zaklęciem sprawiła, że ciało mężczyzny lewitowało metr nad ziemią i przetransportowała je do schowka. Upchnęła między stare miotły, a ciało związała czarami. Teraz nie powinien już uciec. Zabezpieczyła jeszcze komórkę zaklęciem wyciszającym, a drzwi zabarykadowała przy pomocy magii. Bardzo dokładnie słyszała krzyki dobiegające z parteru. Nie mogła tracić więcej czasu. Rzuciła się w stronę schodów. Im niżej się znajdowała, tym więcej krzyków wydającej rozkazy McGonagall dobiegało do jej uszu. Stanęła na schodach przerażona. Walczyło już znacznie mniej osób, a posadzka zasłana była ciałami ofiar. Kilka z nich było odziane w czarne peleryny Śmierciożerców, co dziewczyna przyjęła z pewną ulgą. Niewidzialność dodawała jej pewności siebie w walce. Podbiegła do Nevilla, który walczył z niskim i krępym mężczyzną. Poznała go od razu, to właśnie on przyczynił się do pojmania jej oraz Rona, a potem złożył w jej celi nieprzyjemną wizytę. Chciała zdjąć pelerynę, żeby wiedział, kto do pokonuje, ale nie mogła pozwolić na demaskację. Nie mogli poznać ich tajnej broni. Podeszła do nich pewnym krokiem i zaatakowała mężczyznę. Drętwota pomknęła w jego stronę i trafiła w serce, chociaż Hermiona poddawała wątpliwości jego istnienie. Neville omiótł spojrzeniem sale, ale nigdzie nie wypatrzył swojego pomocnika. Pobiegł szybko w tłum. I wtedy go zobaczyła... Leżał na ziemi z szeroko otwartymi oczami.
- Nie – wyrwało się niekontrolowanie z jej gardła.
Poczuła, jak po jej policzkach spływają pierwsze łzy. To nie mogła być prawda, to nie mógł być on... Ale jest, to z pewnością on – podpowiedział cichy głosik w jej głowie. Rzuciła się w jego stronę, przeciskając się przez zdezorientowanych ludzi. Uklękła przy nim i złapała za rękę. Była zupełnie zimna. Cała krew odpłynęła z jego przystojnej twarzy. Miała ochotę siedzieć przy nim i płakać, ale bitwa nadal trwała. Pocałowała Simona w lodowaty policzek i odeszła ze ściśniętym sercem. Rzuciła się w wir walki, byleby tylko nie myśleć o tych, którzy polegli tej nocy. Puchon nie zasłużył na śmierć. By zbyt delikatny na tę bitwę i okrucieństwo, nie miał większych szans. Hermiona kluczyła między walczącymi szukając Harry'ego. Musiała oddać mu pelerynę. Korzystała też z niewidzialności i gdzie tylko mogła, pomagała uczniom w walce. Wreszcie go wypatrzyła, pojedynkował się z jakimś nieznanym jej mężczyzną. Oszołomiła Śmierciożercę od tyłu i krzyknęła imię przyjaciela. Nie mogła zdjąć teraz peleryny, a nie chciała dotykać Harry'ego znienacka w obawie, że ją zaatakuje. Chłopak spojrzał w jej stronę i dopiero wtedy odważyła się go dotknąć.
- Odejdźmy w jakieś mniej widoczne miejsce – rzucił w przestrzeń.
Ruszył przez salę z opuszczoną różdżką, nawet nie oglądając się za siebie. Hermiona mało tego rozumiała. Nie bał się, że go zaatakują? Napotkał jej zaskoczone spojrzenie, gdy tylko zdjęła pelerynę.
- Nie atakują mnie – odpowiedział na jej nieme pytanie. - Nie rozumiem tego, ale żaden z nich mnie jeszcze nie zaatakował, jakbym zupełnie nie istniał. Zatrzymaj pelerynę, tobie przyda się bardziej.
Otarł pot z czoła. Miał taką zmęczoną twarz... Dlaczego go nie atakowali? Co, jeżeli nie taki był plan? I gdzie był Voldemort? Dziewczyna nie widziała go nigdzie tej nocy.
- A Voldemort? - zapytała patrząc na przyjaciela uważnie.
- Nigdzie go nie ma. Ten tchórz nawet nie stanął do walki!
I wtedy Hermiona go dostrzegła, jego platynowe włosy nie były już tak idealnie ułożone. Skręcał w korytarz. Uciekał?
- Przepraszam, Harry, ale muszę coś sprawdzić – szepnęła i założyła na siebie materiał.
Pobiegła za Ślizgonem, trzymając się kilka kroków za nim. On z pewnością znał plan i wiedział, co tak dokładnie się dzieje. Ścisnęła mocniej różdżkę. Znów skręcił w stronę lochów. Poczekała, aż zejdzie na dół i wtedy zaatakowała. Popchnęła go mocno na ścianę i dźgnęła różdżką jego krtań.
- Co do... - zaczął, ale drugą ręką zdjęła z siebie pelerynę. - Och, Granger.
- Uciekasz? - zapytała ze złośliwym uśmiechem.
- Czego chcesz?
- Nie mam czasu. Jesteś mi chyba coś winien. Kilka wyjaśnień – mówiła pewnym głosem, ale popękane serce bolało z każdym wypowiadanym słowem.
W odpowiedzi usłyszała tylko jego śmiech, więc przycisnęła różdżkę mocniej.
- Jaki macie plan? Dlaczego nie atakują Harry'ego? Gdzie Voldemort?
- Zapomnij, że ci powiem – mruknął.
Nie miała czasu na te słowne przepychanki. W Wielkiej Sali wciąż ginęli ludzie. Przyjrzała się Draconowi. Miał rozciętą wargę i stracił gdzieś maskę. Czuła od niego specyficzny zapach krwi, którą przesiąknięta była jego szata. Przynajmniej żył...
- MÓW, JAKI JEST PLAN! - krzyknęła.
Spojrzał na nią tylko wściekle, jednak po chwili zaczął mówić.
- Mają go tylko pilnować, nie spuszczać z oczu. Nie mogą zaatakować go żadnym zaklęciem, które mogłoby go zabić lub uszkodzić. Jet zupełnie bezpieczny. A Czarnego Pana tu nie ma, przybędzie potem, kiedy będzie już po wszystkim – zawahał się na chwilę. - Nie macie szans. Ten plan jest idealny. Za pół godziny przybędzie tu drugi oddział, ten miał was tylko osłabić, jesteśmy tylko mięsem armatnim. Co prawa nie będzie to wielu ludzi, ale sami najlepsi. Mamy pakt z kilkoma wilkołakami. Zamek niedługo spłonie, uciekajcie, póki cokolwiek z was jeszcze zostało.
- Mówisz prawdę? - warknęła.
Skinął tylko głową, a dziewczyna rzuciła się biegiem w stronę walczących. Musiała im powiedzieć... Ale czy na pewno mogła mu ufać, co jeśli to podstęp?
- Ej, Granger – usłyszała jeszcze jego krzyk i odwróciła się. - Powodzenia!
Uśmiechnęła się do niego blado i zarzuciła na siebie pelerynę. Musiała jak najszybciej znaleźć Dumbledora. To nie było zbyt trudne. Stał na samym środku i walczył z trzema Śmierciożercami. Rzucał w ich stronę zaklęcie niewerbalne, aż w pewnym momencie nastąpiła mała eksplozja i wszyscy jego przeciwnicy odlecieli na kilka metrów. Hermiona patrzyła na tę scenę wstrzymując oddech. Spojrzała w miejsce, gdzie upadł jeden z mężczyzn i jej serce przeszył skurcz. Parvati Patil leżała na ziemi w kałuży krwi. Oczy miała otwarte i Hermiona miała przerażające wrażenie, że martwa dziewczyna wpatruje się prosto w nią. Chciała do niej podbiec. Nie pomożesz jej. Jest już za późno. Nie płacz, tylko teraz nie płacz. Na żałobę przyjdzie jeszcze czas, teraz walcz – powtarzała w myślach. Upewniła się, że wszyscy są zajęci walką i zaryzykowała. Zdjęła z siebie pelerynę i podbiegła w stronę profesor McGonagall.
- Zbierz wszystkich żywych, których znajdziesz – krzyknęła nauczycielka. - Niech biegną na peron Hogwart Express! Ja też się tam pojawię, by zabrać was w bezpieczne miejsce. Nie mamy szans, zamek upadł – Hermiona zauważyła pojedynczą łzę spływającą po jej policzku.
Natychmiast wykonała polecenie. Założyła pelerynę i przezywała informację wszystkim, których spotkała na swojej drodze. Odnalazła Harry'ego oraz Rona, zarzuciła na nich również materiał, i biegli razem w stronę wyjścia. To była teraz ich jedyna nadzieja. Gdzieniegdzie widzieli też inne postacie przemykające się chyłkiem w stroną bramy zamku. Kiedy tylko już się za nią znaleźli, spojrzeli na Hogwart. Zostały z niego teraz jedynie ruiny, które stanęły w krwiożerczym ogniu. Hermiona przytuliła się mocno do przyjaciół i załkała. To miejsce było kiedyś jej domem, a teraz pochłonęło tyle bliskich jej żyć. Wiedziała, że ta bitwa była początkiem czegoś okropnego, nowej ery w świecie czarodziejów. Co stało się zresztą jej przyjaciół? Ron uspokajająco pogłaskał ją po plecach.
- Co będzie teraz? - zaszlochała.
Nie musiała być już odważna ani twarda. Mogła płakać i być słaba. To wszystko znacznie ją przewyższało. Patrzyła właśnie na coś strasznego, chociaż nie potrafiła dokładnie tego zdefiniować. Świat już nigdy nie będzie taki sam. Nie będzie już dla niej przyjaznym miejscem. Ile zostanie jej życie, kiedy Śmierciożercy przejmą kontrolę?
- Teraz deportujemy się na peron i poczekamy na Dumblerora – powiedział Harry obcym głosem.
Z pewnością zrozumiał, że przyjaciółka miała na myśli odległą, bliżej nieokreśloną przyszłość, ale on nie chciał o niej teraz myśleć. Inne odpowiedź nie przeszłaby mu przez gardło. Nie zadała więcej tego pytania, najwidoczniej zrozumiała, że nikt nie udzieli na nie normalnej odpowiedzi.
- Musimy już iść – szepnął Ron.
Hermiona kiwnęła tylko głową. Kto jeszcze poległ tej nocy? Co z Draconem? Pomógł im mimo wszystko. A co będzie z nim dalej? W tej odległej przyszłości, o której nikt nie chciał myśleć? Dziewczyna przełknęła głośno ślinę i wszyscy troje deportowali się na peron. Było tam tylko kilkoro uczniów. Rozejrzała się nerwowo, ale nigdzie nie zauważyła Ginny. Była za to Luna, Lavender, Neville, pani Pomfrey i pani Sprout. Jeszcze kilkoro uczniów, z którymi Hermiona nieczęsto rozmawiała.
- Gdzie Ginny i Cho? - zapytał Harry, chociaż nie oczekiwał odpowiedzi na to pytanie.
Już po chwili usłyszeli trzask i panna Chang deportowała się cała i zdrowa. Natychmiast podbiegła do Harry'ego i rzuciła mu się w ramiona. Załkała głośno, a chłopak pogłaskał ją uspokajająco po włosach.
- Nic ci nie jest? - zapytał cicho.
Dziewczyna pokręciła głową. Pani Sprout wyciągnęła różdżkę i zaczęła szeptać ochronne zaklęcia, na wypadek, gdyby Śmierciożercy zaczęli ich szukać. Wreszcie ich zobaczyli. Ze wzgórza schodziły dwie wysokie postacie, a jedna, drobna, lewitowała nad nimi. Hermiona poznała jej zarys już z daleka.
- Ginny – szepnęła.
Wszyscy natychmiast spojrzeli w stronę przybyszów. Dlaczego ona nie szła o własnych siłach? Co, jeśli McGonagall znalazła jej ciało i postanowiła oddać rodzinie?
- Nie, błagam, nie – mruknęła przez łzy.
Ron objął ją w pasie. Dumbledore i McGonagall byli już coraz bliżej. Mimo ciemności Hermiona widziała plamy krwi na jasnej bluzce przyjaciółki. Pani Sprout zdjęła zaklęcia ochronne i Gryfonka pobiegła w stronę Ginny. Ron podążył za nią.
- Czy on żyje? - spojrzała przerażona w stronę dyrektora.
Ginny nie poruszała się i Hermiona miała wrażenie, że nawet nie oddycha.
- Tak, ale jest bardzo słaba. Potrzebna jej natychmiastowa pomoc. Czy jest tam pani Pomfrey?
Gryfonka kiwnęła tylko głową. Dyrektor i nauczycielka wyglądali o wiele starzej niż zwykle. Oboje mieli smutek wymalowany na twarzach, a na policzkach profesor McGonagall widniały świeże ślady łez. Hermiona spojrzała na dół, gdzie siedzieli ocalali. Była ich garstka, nie więcej niż trzydzieści osób wraz z nauczycielami. Wszyscy wyglądali okropnie. Wykończeni psychicznie i fizycznie. Zeszli razem na dół, gdzie czekała już na nich cała reszta.
- Przenosimy się w bezpieczne miejsce – powiedział Dumbledore spokojnie.
- A nie czekamy na resztę? - zapytała pani Pomfrey marszcząc brwi.
- Nie mamy na kogo czekać, nikt więcej nie ocalał – profesor McGonagall załamał się głos.
Wszyscy, którzy ocaleli zamarli i wstrzymali na chwilę oddech...
___________________________________________________
To już ostatni rozdział. Teraz czeka nas już tylko epilog. Chociaż myślę, że nie będzie to koniec mojej przygody z pisaniem. Być może wrócę z nowym Dramione.
- Avada Ke... - zaczęła, ale zacięła się.
Nie potrafiła tak po prostu kogoś zamordować. A jeżeli on też nie działał z własnej woli? Jeżeli go zmusili, szantażowali? Prawdopodobnie miał rodzinę, kogoś, kogo kochał. Nie potrafiła odebrać komuś ojca, męża, chociażby był podłym człowiekiem. Z westchnieniem opuściła różdżkę. Odebrała mu jego magiczną broń i schowała do swojej bluzy. Mogła się jeszcze przydać. Rozejrzała się po korytarzu i dwa metry dalej dostrzegła komórkę na miotły. Zaklęciem sprawiła, że ciało mężczyzny lewitowało metr nad ziemią i przetransportowała je do schowka. Upchnęła między stare miotły, a ciało związała czarami. Teraz nie powinien już uciec. Zabezpieczyła jeszcze komórkę zaklęciem wyciszającym, a drzwi zabarykadowała przy pomocy magii. Bardzo dokładnie słyszała krzyki dobiegające z parteru. Nie mogła tracić więcej czasu. Rzuciła się w stronę schodów. Im niżej się znajdowała, tym więcej krzyków wydającej rozkazy McGonagall dobiegało do jej uszu. Stanęła na schodach przerażona. Walczyło już znacznie mniej osób, a posadzka zasłana była ciałami ofiar. Kilka z nich było odziane w czarne peleryny Śmierciożerców, co dziewczyna przyjęła z pewną ulgą. Niewidzialność dodawała jej pewności siebie w walce. Podbiegła do Nevilla, który walczył z niskim i krępym mężczyzną. Poznała go od razu, to właśnie on przyczynił się do pojmania jej oraz Rona, a potem złożył w jej celi nieprzyjemną wizytę. Chciała zdjąć pelerynę, żeby wiedział, kto do pokonuje, ale nie mogła pozwolić na demaskację. Nie mogli poznać ich tajnej broni. Podeszła do nich pewnym krokiem i zaatakowała mężczyznę. Drętwota pomknęła w jego stronę i trafiła w serce, chociaż Hermiona poddawała wątpliwości jego istnienie. Neville omiótł spojrzeniem sale, ale nigdzie nie wypatrzył swojego pomocnika. Pobiegł szybko w tłum. I wtedy go zobaczyła... Leżał na ziemi z szeroko otwartymi oczami.
- Nie – wyrwało się niekontrolowanie z jej gardła.
Poczuła, jak po jej policzkach spływają pierwsze łzy. To nie mogła być prawda, to nie mógł być on... Ale jest, to z pewnością on – podpowiedział cichy głosik w jej głowie. Rzuciła się w jego stronę, przeciskając się przez zdezorientowanych ludzi. Uklękła przy nim i złapała za rękę. Była zupełnie zimna. Cała krew odpłynęła z jego przystojnej twarzy. Miała ochotę siedzieć przy nim i płakać, ale bitwa nadal trwała. Pocałowała Simona w lodowaty policzek i odeszła ze ściśniętym sercem. Rzuciła się w wir walki, byleby tylko nie myśleć o tych, którzy polegli tej nocy. Puchon nie zasłużył na śmierć. By zbyt delikatny na tę bitwę i okrucieństwo, nie miał większych szans. Hermiona kluczyła między walczącymi szukając Harry'ego. Musiała oddać mu pelerynę. Korzystała też z niewidzialności i gdzie tylko mogła, pomagała uczniom w walce. Wreszcie go wypatrzyła, pojedynkował się z jakimś nieznanym jej mężczyzną. Oszołomiła Śmierciożercę od tyłu i krzyknęła imię przyjaciela. Nie mogła zdjąć teraz peleryny, a nie chciała dotykać Harry'ego znienacka w obawie, że ją zaatakuje. Chłopak spojrzał w jej stronę i dopiero wtedy odważyła się go dotknąć.
- Odejdźmy w jakieś mniej widoczne miejsce – rzucił w przestrzeń.
Ruszył przez salę z opuszczoną różdżką, nawet nie oglądając się za siebie. Hermiona mało tego rozumiała. Nie bał się, że go zaatakują? Napotkał jej zaskoczone spojrzenie, gdy tylko zdjęła pelerynę.
- Nie atakują mnie – odpowiedział na jej nieme pytanie. - Nie rozumiem tego, ale żaden z nich mnie jeszcze nie zaatakował, jakbym zupełnie nie istniał. Zatrzymaj pelerynę, tobie przyda się bardziej.
Otarł pot z czoła. Miał taką zmęczoną twarz... Dlaczego go nie atakowali? Co, jeżeli nie taki był plan? I gdzie był Voldemort? Dziewczyna nie widziała go nigdzie tej nocy.
- A Voldemort? - zapytała patrząc na przyjaciela uważnie.
- Nigdzie go nie ma. Ten tchórz nawet nie stanął do walki!
I wtedy Hermiona go dostrzegła, jego platynowe włosy nie były już tak idealnie ułożone. Skręcał w korytarz. Uciekał?
- Przepraszam, Harry, ale muszę coś sprawdzić – szepnęła i założyła na siebie materiał.
Pobiegła za Ślizgonem, trzymając się kilka kroków za nim. On z pewnością znał plan i wiedział, co tak dokładnie się dzieje. Ścisnęła mocniej różdżkę. Znów skręcił w stronę lochów. Poczekała, aż zejdzie na dół i wtedy zaatakowała. Popchnęła go mocno na ścianę i dźgnęła różdżką jego krtań.
- Co do... - zaczął, ale drugą ręką zdjęła z siebie pelerynę. - Och, Granger.
- Uciekasz? - zapytała ze złośliwym uśmiechem.
- Czego chcesz?
- Nie mam czasu. Jesteś mi chyba coś winien. Kilka wyjaśnień – mówiła pewnym głosem, ale popękane serce bolało z każdym wypowiadanym słowem.
W odpowiedzi usłyszała tylko jego śmiech, więc przycisnęła różdżkę mocniej.
- Jaki macie plan? Dlaczego nie atakują Harry'ego? Gdzie Voldemort?
- Zapomnij, że ci powiem – mruknął.
Nie miała czasu na te słowne przepychanki. W Wielkiej Sali wciąż ginęli ludzie. Przyjrzała się Draconowi. Miał rozciętą wargę i stracił gdzieś maskę. Czuła od niego specyficzny zapach krwi, którą przesiąknięta była jego szata. Przynajmniej żył...
- MÓW, JAKI JEST PLAN! - krzyknęła.
Spojrzał na nią tylko wściekle, jednak po chwili zaczął mówić.
- Mają go tylko pilnować, nie spuszczać z oczu. Nie mogą zaatakować go żadnym zaklęciem, które mogłoby go zabić lub uszkodzić. Jet zupełnie bezpieczny. A Czarnego Pana tu nie ma, przybędzie potem, kiedy będzie już po wszystkim – zawahał się na chwilę. - Nie macie szans. Ten plan jest idealny. Za pół godziny przybędzie tu drugi oddział, ten miał was tylko osłabić, jesteśmy tylko mięsem armatnim. Co prawa nie będzie to wielu ludzi, ale sami najlepsi. Mamy pakt z kilkoma wilkołakami. Zamek niedługo spłonie, uciekajcie, póki cokolwiek z was jeszcze zostało.
- Mówisz prawdę? - warknęła.
Skinął tylko głową, a dziewczyna rzuciła się biegiem w stronę walczących. Musiała im powiedzieć... Ale czy na pewno mogła mu ufać, co jeśli to podstęp?
- Ej, Granger – usłyszała jeszcze jego krzyk i odwróciła się. - Powodzenia!
Uśmiechnęła się do niego blado i zarzuciła na siebie pelerynę. Musiała jak najszybciej znaleźć Dumbledora. To nie było zbyt trudne. Stał na samym środku i walczył z trzema Śmierciożercami. Rzucał w ich stronę zaklęcie niewerbalne, aż w pewnym momencie nastąpiła mała eksplozja i wszyscy jego przeciwnicy odlecieli na kilka metrów. Hermiona patrzyła na tę scenę wstrzymując oddech. Spojrzała w miejsce, gdzie upadł jeden z mężczyzn i jej serce przeszył skurcz. Parvati Patil leżała na ziemi w kałuży krwi. Oczy miała otwarte i Hermiona miała przerażające wrażenie, że martwa dziewczyna wpatruje się prosto w nią. Chciała do niej podbiec. Nie pomożesz jej. Jest już za późno. Nie płacz, tylko teraz nie płacz. Na żałobę przyjdzie jeszcze czas, teraz walcz – powtarzała w myślach. Upewniła się, że wszyscy są zajęci walką i zaryzykowała. Zdjęła z siebie pelerynę i podbiegła w stronę profesor McGonagall.
- Zbierz wszystkich żywych, których znajdziesz – krzyknęła nauczycielka. - Niech biegną na peron Hogwart Express! Ja też się tam pojawię, by zabrać was w bezpieczne miejsce. Nie mamy szans, zamek upadł – Hermiona zauważyła pojedynczą łzę spływającą po jej policzku.
Natychmiast wykonała polecenie. Założyła pelerynę i przezywała informację wszystkim, których spotkała na swojej drodze. Odnalazła Harry'ego oraz Rona, zarzuciła na nich również materiał, i biegli razem w stronę wyjścia. To była teraz ich jedyna nadzieja. Gdzieniegdzie widzieli też inne postacie przemykające się chyłkiem w stroną bramy zamku. Kiedy tylko już się za nią znaleźli, spojrzeli na Hogwart. Zostały z niego teraz jedynie ruiny, które stanęły w krwiożerczym ogniu. Hermiona przytuliła się mocno do przyjaciół i załkała. To miejsce było kiedyś jej domem, a teraz pochłonęło tyle bliskich jej żyć. Wiedziała, że ta bitwa była początkiem czegoś okropnego, nowej ery w świecie czarodziejów. Co stało się zresztą jej przyjaciół? Ron uspokajająco pogłaskał ją po plecach.
- Co będzie teraz? - zaszlochała.
Nie musiała być już odważna ani twarda. Mogła płakać i być słaba. To wszystko znacznie ją przewyższało. Patrzyła właśnie na coś strasznego, chociaż nie potrafiła dokładnie tego zdefiniować. Świat już nigdy nie będzie taki sam. Nie będzie już dla niej przyjaznym miejscem. Ile zostanie jej życie, kiedy Śmierciożercy przejmą kontrolę?
- Teraz deportujemy się na peron i poczekamy na Dumblerora – powiedział Harry obcym głosem.
Z pewnością zrozumiał, że przyjaciółka miała na myśli odległą, bliżej nieokreśloną przyszłość, ale on nie chciał o niej teraz myśleć. Inne odpowiedź nie przeszłaby mu przez gardło. Nie zadała więcej tego pytania, najwidoczniej zrozumiała, że nikt nie udzieli na nie normalnej odpowiedzi.
- Musimy już iść – szepnął Ron.
Hermiona kiwnęła tylko głową. Kto jeszcze poległ tej nocy? Co z Draconem? Pomógł im mimo wszystko. A co będzie z nim dalej? W tej odległej przyszłości, o której nikt nie chciał myśleć? Dziewczyna przełknęła głośno ślinę i wszyscy troje deportowali się na peron. Było tam tylko kilkoro uczniów. Rozejrzała się nerwowo, ale nigdzie nie zauważyła Ginny. Była za to Luna, Lavender, Neville, pani Pomfrey i pani Sprout. Jeszcze kilkoro uczniów, z którymi Hermiona nieczęsto rozmawiała.
- Gdzie Ginny i Cho? - zapytał Harry, chociaż nie oczekiwał odpowiedzi na to pytanie.
Już po chwili usłyszeli trzask i panna Chang deportowała się cała i zdrowa. Natychmiast podbiegła do Harry'ego i rzuciła mu się w ramiona. Załkała głośno, a chłopak pogłaskał ją uspokajająco po włosach.
- Nic ci nie jest? - zapytał cicho.
Dziewczyna pokręciła głową. Pani Sprout wyciągnęła różdżkę i zaczęła szeptać ochronne zaklęcia, na wypadek, gdyby Śmierciożercy zaczęli ich szukać. Wreszcie ich zobaczyli. Ze wzgórza schodziły dwie wysokie postacie, a jedna, drobna, lewitowała nad nimi. Hermiona poznała jej zarys już z daleka.
- Ginny – szepnęła.
Wszyscy natychmiast spojrzeli w stronę przybyszów. Dlaczego ona nie szła o własnych siłach? Co, jeśli McGonagall znalazła jej ciało i postanowiła oddać rodzinie?
- Nie, błagam, nie – mruknęła przez łzy.
Ron objął ją w pasie. Dumbledore i McGonagall byli już coraz bliżej. Mimo ciemności Hermiona widziała plamy krwi na jasnej bluzce przyjaciółki. Pani Sprout zdjęła zaklęcia ochronne i Gryfonka pobiegła w stronę Ginny. Ron podążył za nią.
- Czy on żyje? - spojrzała przerażona w stronę dyrektora.
Ginny nie poruszała się i Hermiona miała wrażenie, że nawet nie oddycha.
- Tak, ale jest bardzo słaba. Potrzebna jej natychmiastowa pomoc. Czy jest tam pani Pomfrey?
Gryfonka kiwnęła tylko głową. Dyrektor i nauczycielka wyglądali o wiele starzej niż zwykle. Oboje mieli smutek wymalowany na twarzach, a na policzkach profesor McGonagall widniały świeże ślady łez. Hermiona spojrzała na dół, gdzie siedzieli ocalali. Była ich garstka, nie więcej niż trzydzieści osób wraz z nauczycielami. Wszyscy wyglądali okropnie. Wykończeni psychicznie i fizycznie. Zeszli razem na dół, gdzie czekała już na nich cała reszta.
- Przenosimy się w bezpieczne miejsce – powiedział Dumbledore spokojnie.
- A nie czekamy na resztę? - zapytała pani Pomfrey marszcząc brwi.
- Nie mamy na kogo czekać, nikt więcej nie ocalał – profesor McGonagall załamał się głos.
Wszyscy, którzy ocaleli zamarli i wstrzymali na chwilę oddech...
___________________________________________________
To już ostatni rozdział. Teraz czeka nas już tylko epilog. Chociaż myślę, że nie będzie to koniec mojej przygody z pisaniem. Być może wrócę z nowym Dramione.
niedziela, 28 grudnia 2014
Rozdział XXXI - Bitwa.
Wiem, że rozdział szybko. Wybaczcie.
__________________________________________________________
Maszerował w zwartym tłumie zamaskowanych postaci. Zaklęcie kameleona było wyjątkowo niekomfortowe, ale to było najmniejsze z jego zmartwień. Starał się nie myśleć o tym, co stanie się niebawem. Chciał być tylko bezimiennym żołnierzem w tej armii. Bez uczuć i wspomnień. Ta noc zmieni wszystko. Każdy najdrobniejszy szczegół jego życia. Rozstrzygnie losy świata czarodziejów. Najprawdopodobniej zbliża się decydujące starcie pomiędzy dobrem, a złem. Draco był rozdarty, nie wiedział po której stronie się opowiedzieć. Kiedy myślał o tym, co stanie się z Anglią po zwycięstwie Voldemorta, to dochodził do wniosku, że z pewnością nie chce takiego życia. Wolałby umrzeć w walce, byleby świat pozostał na swoim miejscu. Byleby tylko Ona była bezpieczna. Mógłby oddać za nią życie i zrobi to, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Jest w stanie poświęcić wszystko, żeby tylko ona miała normalne życie, w bezpiecznym świecie. Według planów Czarnego Pana, Hogwart nie ma najmniejszych szans. Byli zupełnie nieprzygotowani, kiedy Śmierciożercy przejdą przez tunel w dormitorium Dracona, dla zamku nie będzie już ratunku. Nawet Dumbledore niewiele wskóra. Malfoy poczuł ucisk w sercu. Pomyślał o ludziach, którzy stracą tej nocy życie. Z pewnością będzie ich wielu. Byleby tylko nie było Jej w tej grupie... Będzie ją pilnował, osłaniał własnym ciałem. Nieprzyjemna myśl wywołała dreszcz na skórze chłopaka. A co jeśli on jednak umrze? Kto ją wtedy obroni? Nie będzie dla niej litości, jest mugolaczką i przyjaciółką Pottera. Będzie miała szczęście, jeśli zginie w walce. Gorzej jeśli zostanie w tej garstce żywych, kiedy Śmierciożercy przejmą zamek. Umrze w męczarniach, po torturach i wielokrotnych gwałtach. Poczuł uderzenie gorąca, musi przeżyć, dla Niej. Żeby o nią dbać. Pogrążony w swoich myślach nawet nie zauważył, kiedy doszli do rezydencji Notta. To właśnie tutaj znajdowała się druga wersja obrazu, który pozwalał im się dostać do Hogwartu. Wchodzili do tunelu pojedynczo. Mieli wpuszczać ich w partiach po piętnaście osób i zastać zamek podczas snu. Plan był idealny, aż zbyt, jak na gust Dracona. Ruszył niechętnie wąskim, ciemnym korytarzem. Nie mógł się już wycofać, przecież przysięgał, że zrobi wszystko, co w jego mocy. Wspomniał jeszcze raz słowa ojca, które wciąż brzmiały w jego umyśle. Naprawdę myślisz, że Czarny Pan pozwoli jej żyć, jeśli zawalisz tę misję? Nie ufa nam bezgranicznie, dlatego ją to spotkało/. Nie zawiedź mnie, Draco. Nie zawiedź jej. I wtedy przysiągł, że zrobi wszystko co w jego mocy. Ojciec zagrał na jego uczuciach do matki, ale zrobił to skutecznie. Jeżeli może ją przez to uratować, to nie ma wyboru. Będzie bronił Hermionę, ale nie skaże swojej matki na śmierć. Przez całą drogę towarzyszył mu dziwny niepokój. Czuł, że ta noc będzie tragiczna w skutkach, ale jeszcze nie wiedział, dlaczego...
Hermionę obudziły krzyki. Usiadła zdezorientowana na łóżku. Wszystkie dziewczyny też już nie spały i teraz rozglądały się nerwowo po dormitorium. Pannie Granger towarzyszyło jakieś wyjątkowo niemiłe uczucie, napięcie i niepokój. Wiedziała już, że stało się coś okropnego.
- Co się dzieje? - zapytała Lavender cicho.
- Trzeba to sprawdzić.
Hermiona szybko zerwała się z łóżka i ubrała w ekspresowym tempie. Wzięła różdżkę i wyszła z dormitorium rozglądając się bacznie. Dobrze wiedziała, co właśnie nadeszło. Tylko dlaczego tak szybko? Dlaczego świat wali się właśnie tej nocy? Zdążyła pokonać tylko kilka stopni w dół, kiedy profesor McGonagall wpadła jak burza do pokoju wspólnego. Ubrana była byle jak, a jej włosy wychodziły pasmami spod zazwyczaj nienagannego koka. Spojrzała na Hermionę, a w jej oczach Hermiona zobaczyła coś na kształt strachu.
- Co się dzieje, pani profesor? - zapytała Gryfonka.
- Śmierciożercy są w zamku, zwołaj wszystkich z wieży, mogą skryć się lub stanąć do walki. Chociaż szczerzę wątpię, żeby jakakolwiek kryjówka była skuteczna – wymaszerowała z pokoju wspólnego szybkim krokiem.
Hermiona stała chwilę w szoku. Przecież nie był tym zaskoczona, mimo wszystko nie chciała usłyszeć tych słów nigdy. Draco... - tylko to jedno słowo przeszło jej przez myśl. Nagle jednak oprzytomniała. Zaczęła szybko biec między dormitoriami i krzykiem informować Gryfonów o zaistniałej sytuacji. Po kilku minutach w pokoju wspólnym zebrał się pokaźny tłum. Niektóre dziewczyny histeryzowały (jak Lavender), inne w bojowej postawie krążyły po pomieszczeniu (jak Ginny). Chłopcy w większości byli jak w transie.
- Co teraz? - zapytał ktoś z tłumu.
- Będziemy walczyć – krzyknął ktoś inny.
- Nie zamierzam nadstawiać karku – tego dziewczęcego głosu Hermiona nie rozpoznawała.
- To nie walcz, głupia małpo! Nikt nie będzie ratował twojej tłustej dupy, kiedy przyjdą tu Śmierciożercy – wrzasnęła Ginny.
Podniosła się wrzawa. Jedni krzyczeli na dziewczynę, która ośmieliła się wcześniej odezwać, inni uznawali, że wolą się ukryć. Hermiona powoli przestawała nad wszystkim panować.
- Dosyć! - krzyknął Harry, a hałas natychmiast ucichł. - Ci, którzy chcą zostać, muszą znaleźć sobie jakąś kryjówkę. Proponuję zostać tu na wieży, ktoś z pewnością niedługo po was przyjdzie i przetransportuje w bezpieczne miejsce. Ci, którzy chcą walczyć, za mną!
Przeszedł przez portret, a za nim, ku uldze Hermiony, prawie wszyscy Gryfoni od piątej klasy w górę. Przy wieży było spokojnie, ale słyszeli dobiegające z dołu krzyki, które mroziły krew w żyłach. Rozglądając się bacznie, zbiegali po schodach. Hermiona zastanawiała się, ilu z nich jest gotowych ponieść konsekwencje tej nocy. Im bliżej byli parteru, tym szybciej biło serce Hermiony. Wreszcie to ujrzeli. Błyski świateł, zamaskowane postacie i uczniowie leżący nieruchomo na zimne posadzce. Ktoś posłał w ich stronę oszołamiacz, który trafił w jednego z piątoklasistów. Gryfoni natychmiast rozpierzchli się całym polu bitwy. Hermiona odpierała ataki i starała się atakować każą zamaskowaną postać, która rzuciła jej się w oczy. Całą swoja uwagę skupiła na zaklęciach i dzięki temu nie patrzyła na ciała ofiar leżące na ziemi. Szybko spostrzegła ogromną przewagę Śmierciożerców. Jakie mieli szanse? O co walczył Hogwart? O wygraną czy osłabienie przeciwnika? Ilu dobrych ludzi zginie tej nocy? Ilu jej przyjaciół? Odnalazła wzrokiem Harry'ego i popędziła w jego stronę. Nagle ziemia pod ich nogami zatrzęsła się i wszystko ustało. Każdy zamarł na chwilę w bezruchu w oczekiwaniu na to, co nadchodzi. Hermiona jak w zwolnionym tempie widziała jedną ze ścian wpadającą do środka. Ludzie uciekali w popłochu przed lecącymi gruzami. Do środka wpadł też ogromny głaz, Gryfonka krzyknęła, ale była za późno. Skała przygniotła jakąś szczupłą Krukonkę o twarzy dziecka. Hermiona i kilkoro innych uczniów natychmiast rzucili się w tamtą stronę, posyłając oszałamiające zaklęcia. Dziewczyna od razu pożałowała, kiedy spojrzała na Krukonkę. Głowę miała doszczętnie roztrzaskaną, nie była nawet w stanie rozpoznać jej twarzy. Po podłodze powoli płynęła jej krew. Nikt za zgromadzonych nie miał czasu na żałowanie jej, bitwa trwała, a każdy musiał dbać teraz o własne życie. Co to było? To, co odebrało jej życie?
- Olbrzymy! - krzyknął ktoś.
Przez wyburzony fragment ściany mogli zobaczyć teraz ogromne cielska. Potwory zaprzestały obrzucania zamku głazami, mogli zabić też Śmierciożerców. Ktoś nagle pociągnął dziewczynę brutalnie, straciła równowagę i runęła na ziemię. W ostatniej chwili, koło nich mignęło śmiercionośne zaklęcie. Tak mało brakowało, a sama pożegnałaby się z życiem. Rzuciła spojrzenie na swojego wybawiciela, którym okazał się wysoki Puchon, a potem ruszyła w tłum. Nagle uświadomiła sobie, że nawet mu nie podziękowała. Odwróciła się na ułamek sekundy, ale już go nie zobaczyła. Gdzieś tu musiał być Draco, oby cały i zdrowy.
- Ruszaj na górę, do wieży! Weź moją pelerynę – usłyszała głos Harry'ego.
Pognała natychmiast w stronę schodów. Jedno piątro, drugie, trzecie... Stanęła oko w oko z zakapturzoną postacią. Wycelowali w siebie różdżkami i stali chwilę w bezruchu. Mężczyzna uniósł zamachnął się różdżką, ale nagle za jego placami rozbłysło czerwone światło i upadł na ziemię. Draco zdjął maskę i wpatrywał się w Hermionę. Naglę podbiegł do niej, złapał za ramię i bez słowa wciągnął do pustej sali. Popchnął ją na ścianę i pocałował zachłannie. Wręcz brutalnie, jak nigdy. Hermionie przez umysł przeszła niemiła myśl, że robi to tak, jakby miał to być ich ostatni raz. Trwała bitwa, a oni byli w środku tego wszystkiego. Tylko to się teraz liczyło. Panna Granger nie mogła być pewna, czy dożyje wschodu słońca, więc pogłębiła pocałunek. Jakby to miał być naprawdę ich ostatni raz, jakby słońce miało już się nie obudzić. Zatopiła się w jego zapachu i pragnęła tylko tak trwać, czując ciepło jego skóry. Nie wiedziała, ile czasu minęło, ale miała wrażenie, że stali tak w nieskończoność. Tak strasznie jej tego brakowało. Jego obecności, dotyku. Wreszcie chłopak odsunął się od niej delikatnie i spojrzał w oczy. Przytulił ją mocno z westchnieniem ulgi.
- Tak się bałem – szepnął.
Trzymał właśnie w ramionach wszystko, co posiadał. Wszystko, co miało dla niego znaczenie, o co się troszczył. Była cała i zdrowa, a on czuł z tego powodu nieopisaną ulgę. Tak bardzo się o nią martwił... To wszystko było jego winą. Trwali tak jakiś czas w zupełnej ciszy, której żadne nie chciało przerwać.
- Ucieknijmy – powiedział w końcu Draco stanowczym tonem.
Odsunęła się od niego szybko i spojrzała zaskoczona.
- Co masz na myśli? - zapytała, marszcząc czoło.
- Ucieknijmy! Daleko stąd. Jakoś się wymkniemy, a potem zaczniemy nowe życie. Razem. Poradzimy sobie, zobaczysz. Tylko mi zaufaj... – mówił z entuzjazmem, ale zamilkł, kiedy spojrzał na jej poważny wyraz twarzy.
Dokonał właśnie najważniejszego wyboru w swoim życiu. Uciec i mieć nadzieję, że uznają go za martwego, a Voldemort pomoże jego matce. Pomoże...Raczej zrobi coś, aby pokazać Lucjuszowi, że wynagradza swoich popleczników. Żeby udowodnić, że Śmierciożercy są wybraną, elitarną grupą. Że czeka ich nagroda warta swojej ceny... Umiał znajdować w ludziach słabości, a Narcyza była kartą przetargową do obydwu Malfoy'ów. Obiacjuąc im jej zdrowie, był pewien, że go nie zdradzą i zrobia wszystko, aby wykonać misję. Ale Draco nie mógł patrzeć na śmierć Hermiony, to byłoby zbyt wiele. Miał nadzieję, że oddanie jego ojca wystarczy. Że jakoś wytarguje jej życie czymkolwiek. Za jego każdym wyborem stała śmierć, ale tylko jedna z nich była pewna. Wybrał życie dziewczyny, która w innych warunkach nie miałaby żadnych szans. Nie wiedział jeszcze, czy będzie żałował, ale tylko taką miała szansę na przeżycie. Wybrał ją, dziewczynę, którą kochał.
- Draco, ja nie mogę uciec. Oni mnie potrzebują, nie mogę tak po prostu ich zostawić, zrozum.
- Tak, jasne – spuścił wzrok.
Chciała tego, ale czuła się zobowiązana, żeby pomóc przyjaciołom. Była Gryfonką, nie mogła tak po prostu uciec z pola walki. To nie było w jej stylu. Przez chwilę była rozdarta pomiędzy sercem, a rozumem, ale szybko dokonała wyboru. Nie miała wyjścia.
- Ale ty możesz przejść na naszą stronę. Będziemy walczyć razem – powiedziała, patrząc mu głęboko w oczy.
- Nie jestem zdrajcą – warknął.
- A uciec chciałeś – lekko podniosła głos.
- To co innego! - prawie krzyknął.
- Więc nie wymagaj ode mnie czegoś, czego sam nie jesteś w stanie zrobić!
- Jak ty to sobie wyobrażasz, Granger? Nie będę walczył przeciwko mojej rodzinie!
- A ja nie zdradzę przyjaciół!
Patrzyli na siebie wściekle, ich spojrzenia rzucały pioruny.
- Nie powinieneś iść pomagać rodzinie niszczyć Hogwart? - zapytała jadowitym tonem.
- Właśnie taki mam zamiar. Lepiej, Granger, żebyśmy nie spotkali się podczas bitwy, bo nie będę miał dla ciebie litości.
Prychnęła.
- Ani ja dla ciebie – krzyknęła.
- I świetnie – ryknął.
- Po prostu idealnie – odwrzasnęła.
Odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem wyszedł z sali. Trzasnął za sobą wściekle drzwiami. Hermiona została sama i wpatrywała się oniemiała w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał Draco. Miała złudną nadzieję, że chłopak jednak za chwilę wróci i przeprosi, ale czekała na próżno. Szybkim ruchem otarła łzę, która spływała po jej policzku. Czy właśnie tak wyglądał ich definitywny koniec? W takim miejscu i czasie? To mogła być ostatnia noc w ich życiu. Powinni cieszyć się sobą i ochraniać nawzajem. Wszystko prysło, kiedy tylko zaczęło się na nowo układać. Kiedy prawie uporządkowali już swoje życie i robili plany na przyszłość, przyszła bitwa, która oddzieliła ich grubym murem. Stali po dwóch jego stronach i żadne nie chciało zdradzić swoich ideałów. Pozwoliła sobie jeszcze na chwilę bycia w samotności. Miała wrażenie, że kiedy trzasnęły drzwi, jej serce rozprysło się na miliony kawałeczków, jak potłuczone szkło.
__________________________________________________________
Maszerował w zwartym tłumie zamaskowanych postaci. Zaklęcie kameleona było wyjątkowo niekomfortowe, ale to było najmniejsze z jego zmartwień. Starał się nie myśleć o tym, co stanie się niebawem. Chciał być tylko bezimiennym żołnierzem w tej armii. Bez uczuć i wspomnień. Ta noc zmieni wszystko. Każdy najdrobniejszy szczegół jego życia. Rozstrzygnie losy świata czarodziejów. Najprawdopodobniej zbliża się decydujące starcie pomiędzy dobrem, a złem. Draco był rozdarty, nie wiedział po której stronie się opowiedzieć. Kiedy myślał o tym, co stanie się z Anglią po zwycięstwie Voldemorta, to dochodził do wniosku, że z pewnością nie chce takiego życia. Wolałby umrzeć w walce, byleby świat pozostał na swoim miejscu. Byleby tylko Ona była bezpieczna. Mógłby oddać za nią życie i zrobi to, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Jest w stanie poświęcić wszystko, żeby tylko ona miała normalne życie, w bezpiecznym świecie. Według planów Czarnego Pana, Hogwart nie ma najmniejszych szans. Byli zupełnie nieprzygotowani, kiedy Śmierciożercy przejdą przez tunel w dormitorium Dracona, dla zamku nie będzie już ratunku. Nawet Dumbledore niewiele wskóra. Malfoy poczuł ucisk w sercu. Pomyślał o ludziach, którzy stracą tej nocy życie. Z pewnością będzie ich wielu. Byleby tylko nie było Jej w tej grupie... Będzie ją pilnował, osłaniał własnym ciałem. Nieprzyjemna myśl wywołała dreszcz na skórze chłopaka. A co jeśli on jednak umrze? Kto ją wtedy obroni? Nie będzie dla niej litości, jest mugolaczką i przyjaciółką Pottera. Będzie miała szczęście, jeśli zginie w walce. Gorzej jeśli zostanie w tej garstce żywych, kiedy Śmierciożercy przejmą zamek. Umrze w męczarniach, po torturach i wielokrotnych gwałtach. Poczuł uderzenie gorąca, musi przeżyć, dla Niej. Żeby o nią dbać. Pogrążony w swoich myślach nawet nie zauważył, kiedy doszli do rezydencji Notta. To właśnie tutaj znajdowała się druga wersja obrazu, który pozwalał im się dostać do Hogwartu. Wchodzili do tunelu pojedynczo. Mieli wpuszczać ich w partiach po piętnaście osób i zastać zamek podczas snu. Plan był idealny, aż zbyt, jak na gust Dracona. Ruszył niechętnie wąskim, ciemnym korytarzem. Nie mógł się już wycofać, przecież przysięgał, że zrobi wszystko, co w jego mocy. Wspomniał jeszcze raz słowa ojca, które wciąż brzmiały w jego umyśle. Naprawdę myślisz, że Czarny Pan pozwoli jej żyć, jeśli zawalisz tę misję? Nie ufa nam bezgranicznie, dlatego ją to spotkało/. Nie zawiedź mnie, Draco. Nie zawiedź jej. I wtedy przysiągł, że zrobi wszystko co w jego mocy. Ojciec zagrał na jego uczuciach do matki, ale zrobił to skutecznie. Jeżeli może ją przez to uratować, to nie ma wyboru. Będzie bronił Hermionę, ale nie skaże swojej matki na śmierć. Przez całą drogę towarzyszył mu dziwny niepokój. Czuł, że ta noc będzie tragiczna w skutkach, ale jeszcze nie wiedział, dlaczego...
Hermionę obudziły krzyki. Usiadła zdezorientowana na łóżku. Wszystkie dziewczyny też już nie spały i teraz rozglądały się nerwowo po dormitorium. Pannie Granger towarzyszyło jakieś wyjątkowo niemiłe uczucie, napięcie i niepokój. Wiedziała już, że stało się coś okropnego.
- Co się dzieje? - zapytała Lavender cicho.
- Trzeba to sprawdzić.
Hermiona szybko zerwała się z łóżka i ubrała w ekspresowym tempie. Wzięła różdżkę i wyszła z dormitorium rozglądając się bacznie. Dobrze wiedziała, co właśnie nadeszło. Tylko dlaczego tak szybko? Dlaczego świat wali się właśnie tej nocy? Zdążyła pokonać tylko kilka stopni w dół, kiedy profesor McGonagall wpadła jak burza do pokoju wspólnego. Ubrana była byle jak, a jej włosy wychodziły pasmami spod zazwyczaj nienagannego koka. Spojrzała na Hermionę, a w jej oczach Hermiona zobaczyła coś na kształt strachu.
- Co się dzieje, pani profesor? - zapytała Gryfonka.
- Śmierciożercy są w zamku, zwołaj wszystkich z wieży, mogą skryć się lub stanąć do walki. Chociaż szczerzę wątpię, żeby jakakolwiek kryjówka była skuteczna – wymaszerowała z pokoju wspólnego szybkim krokiem.
Hermiona stała chwilę w szoku. Przecież nie był tym zaskoczona, mimo wszystko nie chciała usłyszeć tych słów nigdy. Draco... - tylko to jedno słowo przeszło jej przez myśl. Nagle jednak oprzytomniała. Zaczęła szybko biec między dormitoriami i krzykiem informować Gryfonów o zaistniałej sytuacji. Po kilku minutach w pokoju wspólnym zebrał się pokaźny tłum. Niektóre dziewczyny histeryzowały (jak Lavender), inne w bojowej postawie krążyły po pomieszczeniu (jak Ginny). Chłopcy w większości byli jak w transie.
- Co teraz? - zapytał ktoś z tłumu.
- Będziemy walczyć – krzyknął ktoś inny.
- Nie zamierzam nadstawiać karku – tego dziewczęcego głosu Hermiona nie rozpoznawała.
- To nie walcz, głupia małpo! Nikt nie będzie ratował twojej tłustej dupy, kiedy przyjdą tu Śmierciożercy – wrzasnęła Ginny.
Podniosła się wrzawa. Jedni krzyczeli na dziewczynę, która ośmieliła się wcześniej odezwać, inni uznawali, że wolą się ukryć. Hermiona powoli przestawała nad wszystkim panować.
- Dosyć! - krzyknął Harry, a hałas natychmiast ucichł. - Ci, którzy chcą zostać, muszą znaleźć sobie jakąś kryjówkę. Proponuję zostać tu na wieży, ktoś z pewnością niedługo po was przyjdzie i przetransportuje w bezpieczne miejsce. Ci, którzy chcą walczyć, za mną!
Przeszedł przez portret, a za nim, ku uldze Hermiony, prawie wszyscy Gryfoni od piątej klasy w górę. Przy wieży było spokojnie, ale słyszeli dobiegające z dołu krzyki, które mroziły krew w żyłach. Rozglądając się bacznie, zbiegali po schodach. Hermiona zastanawiała się, ilu z nich jest gotowych ponieść konsekwencje tej nocy. Im bliżej byli parteru, tym szybciej biło serce Hermiony. Wreszcie to ujrzeli. Błyski świateł, zamaskowane postacie i uczniowie leżący nieruchomo na zimne posadzce. Ktoś posłał w ich stronę oszołamiacz, który trafił w jednego z piątoklasistów. Gryfoni natychmiast rozpierzchli się całym polu bitwy. Hermiona odpierała ataki i starała się atakować każą zamaskowaną postać, która rzuciła jej się w oczy. Całą swoja uwagę skupiła na zaklęciach i dzięki temu nie patrzyła na ciała ofiar leżące na ziemi. Szybko spostrzegła ogromną przewagę Śmierciożerców. Jakie mieli szanse? O co walczył Hogwart? O wygraną czy osłabienie przeciwnika? Ilu dobrych ludzi zginie tej nocy? Ilu jej przyjaciół? Odnalazła wzrokiem Harry'ego i popędziła w jego stronę. Nagle ziemia pod ich nogami zatrzęsła się i wszystko ustało. Każdy zamarł na chwilę w bezruchu w oczekiwaniu na to, co nadchodzi. Hermiona jak w zwolnionym tempie widziała jedną ze ścian wpadającą do środka. Ludzie uciekali w popłochu przed lecącymi gruzami. Do środka wpadł też ogromny głaz, Gryfonka krzyknęła, ale była za późno. Skała przygniotła jakąś szczupłą Krukonkę o twarzy dziecka. Hermiona i kilkoro innych uczniów natychmiast rzucili się w tamtą stronę, posyłając oszałamiające zaklęcia. Dziewczyna od razu pożałowała, kiedy spojrzała na Krukonkę. Głowę miała doszczętnie roztrzaskaną, nie była nawet w stanie rozpoznać jej twarzy. Po podłodze powoli płynęła jej krew. Nikt za zgromadzonych nie miał czasu na żałowanie jej, bitwa trwała, a każdy musiał dbać teraz o własne życie. Co to było? To, co odebrało jej życie?
- Olbrzymy! - krzyknął ktoś.
Przez wyburzony fragment ściany mogli zobaczyć teraz ogromne cielska. Potwory zaprzestały obrzucania zamku głazami, mogli zabić też Śmierciożerców. Ktoś nagle pociągnął dziewczynę brutalnie, straciła równowagę i runęła na ziemię. W ostatniej chwili, koło nich mignęło śmiercionośne zaklęcie. Tak mało brakowało, a sama pożegnałaby się z życiem. Rzuciła spojrzenie na swojego wybawiciela, którym okazał się wysoki Puchon, a potem ruszyła w tłum. Nagle uświadomiła sobie, że nawet mu nie podziękowała. Odwróciła się na ułamek sekundy, ale już go nie zobaczyła. Gdzieś tu musiał być Draco, oby cały i zdrowy.
- Ruszaj na górę, do wieży! Weź moją pelerynę – usłyszała głos Harry'ego.
Pognała natychmiast w stronę schodów. Jedno piątro, drugie, trzecie... Stanęła oko w oko z zakapturzoną postacią. Wycelowali w siebie różdżkami i stali chwilę w bezruchu. Mężczyzna uniósł zamachnął się różdżką, ale nagle za jego placami rozbłysło czerwone światło i upadł na ziemię. Draco zdjął maskę i wpatrywał się w Hermionę. Naglę podbiegł do niej, złapał za ramię i bez słowa wciągnął do pustej sali. Popchnął ją na ścianę i pocałował zachłannie. Wręcz brutalnie, jak nigdy. Hermionie przez umysł przeszła niemiła myśl, że robi to tak, jakby miał to być ich ostatni raz. Trwała bitwa, a oni byli w środku tego wszystkiego. Tylko to się teraz liczyło. Panna Granger nie mogła być pewna, czy dożyje wschodu słońca, więc pogłębiła pocałunek. Jakby to miał być naprawdę ich ostatni raz, jakby słońce miało już się nie obudzić. Zatopiła się w jego zapachu i pragnęła tylko tak trwać, czując ciepło jego skóry. Nie wiedziała, ile czasu minęło, ale miała wrażenie, że stali tak w nieskończoność. Tak strasznie jej tego brakowało. Jego obecności, dotyku. Wreszcie chłopak odsunął się od niej delikatnie i spojrzał w oczy. Przytulił ją mocno z westchnieniem ulgi.
- Tak się bałem – szepnął.
Trzymał właśnie w ramionach wszystko, co posiadał. Wszystko, co miało dla niego znaczenie, o co się troszczył. Była cała i zdrowa, a on czuł z tego powodu nieopisaną ulgę. Tak bardzo się o nią martwił... To wszystko było jego winą. Trwali tak jakiś czas w zupełnej ciszy, której żadne nie chciało przerwać.
- Ucieknijmy – powiedział w końcu Draco stanowczym tonem.
Odsunęła się od niego szybko i spojrzała zaskoczona.
- Co masz na myśli? - zapytała, marszcząc czoło.
- Ucieknijmy! Daleko stąd. Jakoś się wymkniemy, a potem zaczniemy nowe życie. Razem. Poradzimy sobie, zobaczysz. Tylko mi zaufaj... – mówił z entuzjazmem, ale zamilkł, kiedy spojrzał na jej poważny wyraz twarzy.
Dokonał właśnie najważniejszego wyboru w swoim życiu. Uciec i mieć nadzieję, że uznają go za martwego, a Voldemort pomoże jego matce. Pomoże...Raczej zrobi coś, aby pokazać Lucjuszowi, że wynagradza swoich popleczników. Żeby udowodnić, że Śmierciożercy są wybraną, elitarną grupą. Że czeka ich nagroda warta swojej ceny... Umiał znajdować w ludziach słabości, a Narcyza była kartą przetargową do obydwu Malfoy'ów. Obiacjuąc im jej zdrowie, był pewien, że go nie zdradzą i zrobia wszystko, aby wykonać misję. Ale Draco nie mógł patrzeć na śmierć Hermiony, to byłoby zbyt wiele. Miał nadzieję, że oddanie jego ojca wystarczy. Że jakoś wytarguje jej życie czymkolwiek. Za jego każdym wyborem stała śmierć, ale tylko jedna z nich była pewna. Wybrał życie dziewczyny, która w innych warunkach nie miałaby żadnych szans. Nie wiedział jeszcze, czy będzie żałował, ale tylko taką miała szansę na przeżycie. Wybrał ją, dziewczynę, którą kochał.
- Draco, ja nie mogę uciec. Oni mnie potrzebują, nie mogę tak po prostu ich zostawić, zrozum.
- Tak, jasne – spuścił wzrok.
Chciała tego, ale czuła się zobowiązana, żeby pomóc przyjaciołom. Była Gryfonką, nie mogła tak po prostu uciec z pola walki. To nie było w jej stylu. Przez chwilę była rozdarta pomiędzy sercem, a rozumem, ale szybko dokonała wyboru. Nie miała wyjścia.
- Ale ty możesz przejść na naszą stronę. Będziemy walczyć razem – powiedziała, patrząc mu głęboko w oczy.
- Nie jestem zdrajcą – warknął.
- A uciec chciałeś – lekko podniosła głos.
- To co innego! - prawie krzyknął.
- Więc nie wymagaj ode mnie czegoś, czego sam nie jesteś w stanie zrobić!
- Jak ty to sobie wyobrażasz, Granger? Nie będę walczył przeciwko mojej rodzinie!
- A ja nie zdradzę przyjaciół!
Patrzyli na siebie wściekle, ich spojrzenia rzucały pioruny.
- Nie powinieneś iść pomagać rodzinie niszczyć Hogwart? - zapytała jadowitym tonem.
- Właśnie taki mam zamiar. Lepiej, Granger, żebyśmy nie spotkali się podczas bitwy, bo nie będę miał dla ciebie litości.
Prychnęła.
- Ani ja dla ciebie – krzyknęła.
- I świetnie – ryknął.
- Po prostu idealnie – odwrzasnęła.
Odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem wyszedł z sali. Trzasnął za sobą wściekle drzwiami. Hermiona została sama i wpatrywała się oniemiała w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał Draco. Miała złudną nadzieję, że chłopak jednak za chwilę wróci i przeprosi, ale czekała na próżno. Szybkim ruchem otarła łzę, która spływała po jej policzku. Czy właśnie tak wyglądał ich definitywny koniec? W takim miejscu i czasie? To mogła być ostatnia noc w ich życiu. Powinni cieszyć się sobą i ochraniać nawzajem. Wszystko prysło, kiedy tylko zaczęło się na nowo układać. Kiedy prawie uporządkowali już swoje życie i robili plany na przyszłość, przyszła bitwa, która oddzieliła ich grubym murem. Stali po dwóch jego stronach i żadne nie chciało zdradzić swoich ideałów. Pozwoliła sobie jeszcze na chwilę bycia w samotności. Miała wrażenie, że kiedy trzasnęły drzwi, jej serce rozprysło się na miliony kawałeczków, jak potłuczone szkło.
CDN!
piątek, 26 grudnia 2014
Rozdział XXX - Przygotowania.
Dziś znów krótko, wybaczcie. Ten rozdział jest takim małym wprowadzeniem do następnych dwóch, więc nic szczególnego się w nim nie dzieje.
_______________________________________________________
Odejście z zamku Dracona Malfoya przypominało bardziej ewakuację, niż wyprowadzkę. W pośpiechu pakował wszystkie swoje rzeczy do kufra. Chciał mieć to już za sobą i nie spotkać przypadkiem Hermiony. Co miałby jej powiedzieć? Może i ucieczka była tchórzostwem, ale nie mógł zdobyć się na ponowne kłamstwo. A prawdy nie mógł jej wyjawić. No zniszczyłoby plan przygotowywany miesiącami. A może tak byłoby lepiej? Gdyby poszedł teraz do Dumbledore'a i wszystko mu wyjawił? Ale co stałoby się wtedy z jego matką? Czasem trzeba coś poświęcić, nawet jeśli chodzi o własne szczęście i miłość. Pakowanie nie trwało długo, wszystko wrzucał na szybko do środka bez żadnego składania. Nie miał teraz na to ani czasu, ani ochoty. Zabrał swój kufer i szybko opuścił swoje dormitorium. Odwrócił się jeszcze i omiótł pomieszczenie wzrokiem. Najprawdopodobniej zostanie zniszczone, tak jak reszta zamku. Przemierzał korytarze w kierunku gabinetu Snape'a i wyobrażał sobie Hogwart po zbliżającej się bitwie. Zamiast znanych mu murów widział ruiny, w których świszczy wiatr. Wszystko było widmem zbliżającej się nieuchronnie przyszłości. Ostatecznego rozwiązania i przejęcie kontroli nad światem przez Śmierciożerców. Najpierw Anglia, ale co potem? To z pewnością nie zaspokoi żądzy władzy Czarnego Pana. Zapukał w drzwi i przez chwilę prawie wydawało mu się, że stoją w ogniu. Cały zamek płonie, zamek, który był jego domem. Czy to wszystko będzie jego winą? To on był ich człowiekiem w Hogwarcie, to przez jego dormitorium tu wejdą. A co stanie się z Hermioną? Zabiją ją czy ucieknie? Czy będzie winny jej śmierci? Ona nie może zginąć, musi jej powiedzieć. Powiedzieć wszystkim. Odwrócił się na pięcie i już chciał szybko odejść w stronę dormitorium Gryfonów, ale usłyszał dźwięk otwieranych drzwi.
- Draco, w końcu jesteś – usłyszał za swoimi plecami.
Snape wezwał skrzata, który zajął się kufrem chłopaka. Sam nauczyciel miał ze sobą tylko niewielką torbę.
- Chodźmy – warknął w stronę chłopaka.
Szybko wyszli na korytarz. Draco mijał obojętne twarze innych uczniów, takich nieświadomych, tego co się zbliża. A potem spojrzał w głąb korytarza i jego serce zabiło mocniej. Szła w stronę biblioteki. Złapała jego wzrok, ale nie dała po sobie tego poznać. Zwolnił, żeby jak najbardziej oddalić się od Snape'a. Nie mógł skazać ją na śmierć. Poczekał, aż się zrównali i niezauważalnie dotknął palcami przegubu jej dłoni.
- Uciekajcie – szepnął praktycznie bezdźwięcznie.
Musiał mieć pewność, że nie usłyszy go Snape. Miał tylko nadzieję, że dziewczyna wyczytała to słowo z ruchu jego warg. Było ich ostatnią nadzieją. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby wiedzieć, że się udało. Jej twarz nie była już beztroska, tylko pełna skupienia. Ścisnął mocno jej rękę w geście pożegnania. Bitwa z pewnością przyniesie wiele śmierci, jakie mają szanse, że przeżyją oboje? Od niektórych rzeczy nie było już odwrotu. Wyminął ją szybko i ruszył za Snapem.
- Uciekajcie? - powtórzył Dumbledore zamyślonym głosem.
- Tak – powiedziała stanowczo.
- Jest pani tego pewna, panno Granger?
- Jak niczego innego.
Popędziła do dyrektora, ile sił w nogach. Sporo czasu zajęło jej dostanie się do jego gabinetu i martwiła się, że może być już za późno. Musiała opowiedzieć mu o wszystkim. O nich. Nie było to łatwe, ale wierzyła, że jest osobą, której może zaufać. Ktoś gwałtownie otworzył drzwi.
- Za późno, deportowali się jakiś czas temu – usłyszała za sobą głos profesor McGonagall.
Musiał wiedzieć... Tylko zostawił to dla siebie, przemilczał. A przecież mówił, że o wszystkim poinformuje Dumbledore'a. Kłamał. Znowu. Jak można tak żyć? Ufała mu, a on znów zawiódł i to jeszcze w takiej sprawie...
- Panno Granger, skąd miała panna te informację? - zapytała opiekunka jej domu.
Dziewczyna jęknęła, znów ta sama historia, o której pragnęła teraz nie myśleć.
- Panna Granger spotykała się potajemnie z panem Malfoy'em – wyręczył ją dyrektor.
Hermiona osunęła się trochę na krześle i ukryła twarz w dłoniach. Czy to naprawdę był odpowiedni moment, aby wywlekać jej prywatne strawy? Kiedy Dumbledore opowiadał wszystko w wielkim skrócie, dziewczyna miała ochotę zapaść się pod ziemię. Niestety sytuacja zdecydowanie tego wymagała.
- Jesteś pewna, że nie powiedział ci nic o planach Śmierciożerców? - zapytała kobieta.
Hermiona zaczęła nerwowo potrząsać głową. Niech to przesłuchanie już się skończy... Nie zrobiła przecież nic złego. Ależ tak... Zrobiłaś... - szepnęło coś w jej umyśle. Przecież widziałaś ich tutaj, w Hogwarcie. Ale siedziałaś cicho, taka naiwna... On okazał się sprytniejszy. To twoja wina, wszystko... Ludzie, którzy zginą...
- To moja wina – powiedziała wreszcie bardzo cicho, ledwo słyszalnie.
- Jak to? - dyrektor spojrzał na nią znad okularów.
- Oni tu byli. Śmierciożercy. W Hogwarcie. Zaatakowali mnie, ale obiecałam Draconowi, że nic nie powiem. Mówił, że zabiją go, jeśli ktoś się dowie – patrzyła w swoje dłonie, a poczucie winy paliło jej policzki. - Nie wiedziałam, że to się tak skończy, przysięgam – z jej oczu popłynęły pojedyncze łzy.
McGonagall położyła jej dłoń na ramieniu. Chociaż zdecydowanie był to gest dodający otuchy, Hermiona nadal bała się unieść wzrok.
- Z miłości robimy różne rzeczy, nierzadko bardzo głupie – powiedziała i dziewczyna poczuła falę wdzięczności.
Nie spodziewała się takich słów po surowej opiekunce Gryffindoru.
- Co teraz? - zapytała nieśmiało.
- Ty udasz się do swojego dormitorium, a my podejmiemy stosowne kroki – odpowiedział Dumbledore spokojnym głosem.
- Jednak przyszedłeś – szepnęła kobieta słabym głosem.
- Tak, jestem.
Mężczyzna stał tuż przy drzwiach, jakby się czegoś bał. Jakby chciał znaleźć się jak najdalej od kobiety. Uśmiechnęła się tylko delikatnie, czego jej towarzysz nie mógł dostrzec w półmroku.
- Nie spodziewałam się tego, nie odwiedzasz mnie zbyt często.
Nie widziała go już od tak dawna. Tylko jego sługusów i skrzaty. Z pewnością wiedział o jej cierpieniu i tęsknocie, ale ignorował je uparcie. Jak mogłoby być inaczej? Przecież nie była dla niego nikim ważnym. Spodobał jej się, gdy tylko go zobaczyła. Co z tego że był tylko dzieckiem? Wpatrywała się w niego uparcie przez cztery lata. Nie gap się na niego, głuptasie. Rodzice wybiorą dla ciebie kogoś lepszego – powtarzała jej siostra. Kiedy zaczynała piąty rok nauki on w końcu do niej podszedł i zaprosił na spacer. Jaka była wtedy szczęśliwa, to była wprost idealna partia dla niej. Był uroczy, miły i czarujący. Oboje bogaci, młodzi i zepsuci do szpiku kości. Później skończyli szkołę i kilka lat później ich rodzice wyrazili zgodę na ślub. Wydawało im się, że mają u stóp cały świat. Niszczyli ludzi, którzy stawali im na drodze, a potem zaczęli wyniszczać siebie nawzajem. Mężczyzna jej życia pokazał swoje prawdziwe oblicze, przed którym ostrzegała ją siostra. Stał się zimny i niedostępny, więc i ona starała się taka być. A potem urodziła mu syna i w końcu czuła, że byłaby w stanie oddać za kogoś życie. Nie chciała dla niego takiego losu, jaki spotkał ją. Nie mogła jednak ochronić go przed ojcem. Jej mąż stał się podły i bez serca, chociaż czasami chciała mieć nadzieję, że po prostu skrywa sumienie gdzieś głęboko w sobie.
- Ile to już lat, Narcyzo? - zapytał spokojnie.
- Prawie trzydzieści – odpowiedziała bez namysłu i usłyszała jego westchnienie.
Chciała już znowu zostać sama. Jego obecność nie przynosiła jej już ukojenia, potrafił tylko ranić. Taki był i tak samo wychowywał swojego syna. Zakaszlała kilka razy próbując złapać powietrze.
- To bardzo paskudna klątwa – powiedział chłodnym tonem.
- Zdążyłam zauważyć. Czy Draco dzisiaj wraca? - zapytała słabo.
- Tak – powiedział lakonicznie, jakby nadal unikał z nią kontaktu.
- Spróbuj być dla niego wyrozumiały.
Narcyza nie była pewna, co stało się pomiędzy jej mężem a synem, ale odkąd Draco dowiedział się o jej stanie... Lucjusz unikał nawet wymawiania jego imienia. Nie chciała nawet myśleć, co będzie, gdyby jej syn zawiódł podczas bitwy. Miała nadzieję, że Lucjusz nie byłby w stanie zamordować własnego syna, ale już dawno przekonała się, że po tym człowieku można spodziewać się wszystkiego.
- Przykro mi, ale muszę już iść. Czekają na mnie – pod warstwą uprzejmości krył się lód.
Narcyza kiwnęła tylko głową, chociaż nie była pewna, czy mężczyzna zwrócił na to jakąkolwiek uwagę. Ku jej zaskoczeniu podszedł do jej łóżka i na małej szafce położył bukiet kwiatów.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Narcyzo – szepnął.
Jednak nie zapomniał, ale co to zmieniało? Przyszedł, bo tak wypadało, bo ona umiera. Tylko co w ty momencie dadzą jej kwiaty? Nawet na nie nie spojrzała, ale miała niemiłe wrażenie, że są to chryzantemy. Kto będzie odwiedzał jej grób? Draco, tak, tego była pewna. Jej mąż z pewnością nawet na niego nie spojrzy.
- Idź już – warknęła z trudem i odwróciła twarz w stronę ściany.
Wzdrygnęła się, gdy usłyszała trzaśnięcie drzwi, a po jej policzkach popłynęły łzy.
Wyszedł z jej pokoju wściekły. Na siebie, na nią, na cały świat. Wszyscy oceniali jego postępowanie, ale mogli się tylko domyślać, co czuje. Byli ze sobą prawie trzydzieści lat, a teraz patrzył jak z dnia na dzień ucieka z niej życie. Chociażby chciał, nie umiał okazać odpowiednich uczuć. Mógł tylko robić co w jego mocy. Ta bitwa była jej jedyną nadzieją. Czarny Pan był okrutny, ale potrafił nagradzać. Może cofnąć klątwę, którą rzucił, jeśli tylko wypełnią jego polecenia. Draco nie może się teraz poddać, to od niego zależy wszystko. Musi skupić się na misji, bitwie, która przesądzi o wszystkim. Idiotyczne kwiaty, mógł dać jej coś innego. Coś, co dałoby jej wsparcie, otuchę. Na przykład swoją obecność. Ale nie umiał. Nie mógł na nią patrzeć. Po wszystkich wspólnych latach, kobieta jego życia nie przypominała już samej siebie. Bledsza niż zwykle, słaba, wychudzona. Ukrył twarz w dłoniach. Jeszcze przez chwilę chciał wrócić do jej pokoju. Po prostu usiąść przy niej i trzymać ją za rękę. Ale to wiązałoby się z okazaniem uczuć, których próbował się pozbyć. Jeszcze przez chwilę zastanawiał się nad tym, ale potem usłyszał kroki na korytarzu.
I pomyśleć tylko, że to miejsce było kiedyś jego domem. Zawsze brakowało w nim ciepła, ale dawał przynajmniej poczucie bezpieczeństwa. Teraz był zupełnie obcy, zimny i ponury. Wielki budynek nie przynosił już wspomnień z dzieciństwa, tylko strach. Od powrotu nie miał informacji od rodziców. Na myśl o śmierci matki, jego ciało przebiegły dreszcze. Co, jeśli po prostu mu o niej nie powiedzieli? Jeżeli umarła sama, a ojca nawet wtedy przy niej nie było? Dogonił Snape'a i przeszedł wraz z nim przez potężną bramę. Ponura posiadłość wyłaniała się spośród wysokich i starych drzew. Wszedł w końcu do domu. Korytarz oświetlało tylko kilka pochodni, które dawały nieprzyjemne, zimne światło. Chciał natychmiast pójść do matki, ale przed jej pokojem ujrzał sylwetkę ojca. Chciał skręcić do salonu, ale usłyszał głos.
- Czekaj – powiedział ojciec i podszedł do niego.
Jak zwykle był dumny, a głos miał zimny. Nienawidził go od czasu, gdy ukrywał przed nim stan matki. Nie liczyło się dla niego nic, oprócz własnych korzyści. Zapewne byłby gotów ich wszystkich zabić, żeby osiągnąć swój cel. Draco zachował jednak resztki szacunku, ukłonił mu się ledwo zauważalnie.
- Wyruszamy o czwartej nad ranem – warknął mężczyzna.
- Ale... To miało być kilka dni...
- Plany uległy zmianie, nie mamy kilku dni, tylko kilka godzin. Do matki pójdziesz później, teraz czas na omówienie planów.
To koniec, nie zdążą. Nie przygotują obrony zamku w kilka godzin. Jeżeli w ogóle Hermiona poinformowała kogokolwiek, jeżeli zrozumiała. Usiadł przy stole wraz z innymi Śmierciożercami, ale zupełnie nie słuchał o czym mówią. Myślami był gdzieś daleko. Przy Hermionie i wielkiej bitwie, która rozpocznie się już za kilka godzin...
Wszedł do jej pokoju bardzo cicho, na wypadek, gdyby spała.
- To ty, Draco? - usłyszał jej głos i szybko podszedł w jej stronę.
Złapał ją mono za dłoń. Wydała mu się dziwnie chuda i zupełnie bez siły. Pytał o jej stan zdrowia, samopoczucie. Złożył życzenia urodzinowe i przeprosił, że nie ma dla niej żadnego podarunku. Wreszcie ich czas minął.
- Zaraz wyruszamy, życz mi powodzenia – szepnął i wstał.
- Draco... - powiedziała jeszcze słabym głosem i złapała go za rękę.
Zatrzymał się natychmiast i spojrzał na nią łagodnie.
- Tylko błagam, uważaj na siebie. I wróć, proszę, wróć do mnie.
Nie mógł patrzeć na jej cierpienie. Czuł, jakby jego zimne serce ktoś rozkrajał na pół tępym nożem. Oczy zapiekły go od powstrzymywania łez, z którymi walczył od jakiegoś czasu. Był Malfoy'em i mimo nienawiści do tego nazwiska, nie mógł okazywać słabości.
- Wrócę, przysięgam – powiedział łagodnie i pocałował ją w czoło na pożegnanie.
Puścił jej dłoń i odszedł ze ściśniętym sercem.
_______________________________________________________
Odejście z zamku Dracona Malfoya przypominało bardziej ewakuację, niż wyprowadzkę. W pośpiechu pakował wszystkie swoje rzeczy do kufra. Chciał mieć to już za sobą i nie spotkać przypadkiem Hermiony. Co miałby jej powiedzieć? Może i ucieczka była tchórzostwem, ale nie mógł zdobyć się na ponowne kłamstwo. A prawdy nie mógł jej wyjawić. No zniszczyłoby plan przygotowywany miesiącami. A może tak byłoby lepiej? Gdyby poszedł teraz do Dumbledore'a i wszystko mu wyjawił? Ale co stałoby się wtedy z jego matką? Czasem trzeba coś poświęcić, nawet jeśli chodzi o własne szczęście i miłość. Pakowanie nie trwało długo, wszystko wrzucał na szybko do środka bez żadnego składania. Nie miał teraz na to ani czasu, ani ochoty. Zabrał swój kufer i szybko opuścił swoje dormitorium. Odwrócił się jeszcze i omiótł pomieszczenie wzrokiem. Najprawdopodobniej zostanie zniszczone, tak jak reszta zamku. Przemierzał korytarze w kierunku gabinetu Snape'a i wyobrażał sobie Hogwart po zbliżającej się bitwie. Zamiast znanych mu murów widział ruiny, w których świszczy wiatr. Wszystko było widmem zbliżającej się nieuchronnie przyszłości. Ostatecznego rozwiązania i przejęcie kontroli nad światem przez Śmierciożerców. Najpierw Anglia, ale co potem? To z pewnością nie zaspokoi żądzy władzy Czarnego Pana. Zapukał w drzwi i przez chwilę prawie wydawało mu się, że stoją w ogniu. Cały zamek płonie, zamek, który był jego domem. Czy to wszystko będzie jego winą? To on był ich człowiekiem w Hogwarcie, to przez jego dormitorium tu wejdą. A co stanie się z Hermioną? Zabiją ją czy ucieknie? Czy będzie winny jej śmierci? Ona nie może zginąć, musi jej powiedzieć. Powiedzieć wszystkim. Odwrócił się na pięcie i już chciał szybko odejść w stronę dormitorium Gryfonów, ale usłyszał dźwięk otwieranych drzwi.
- Draco, w końcu jesteś – usłyszał za swoimi plecami.
Snape wezwał skrzata, który zajął się kufrem chłopaka. Sam nauczyciel miał ze sobą tylko niewielką torbę.
- Chodźmy – warknął w stronę chłopaka.
Szybko wyszli na korytarz. Draco mijał obojętne twarze innych uczniów, takich nieświadomych, tego co się zbliża. A potem spojrzał w głąb korytarza i jego serce zabiło mocniej. Szła w stronę biblioteki. Złapała jego wzrok, ale nie dała po sobie tego poznać. Zwolnił, żeby jak najbardziej oddalić się od Snape'a. Nie mógł skazać ją na śmierć. Poczekał, aż się zrównali i niezauważalnie dotknął palcami przegubu jej dłoni.
- Uciekajcie – szepnął praktycznie bezdźwięcznie.
Musiał mieć pewność, że nie usłyszy go Snape. Miał tylko nadzieję, że dziewczyna wyczytała to słowo z ruchu jego warg. Było ich ostatnią nadzieją. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby wiedzieć, że się udało. Jej twarz nie była już beztroska, tylko pełna skupienia. Ścisnął mocno jej rękę w geście pożegnania. Bitwa z pewnością przyniesie wiele śmierci, jakie mają szanse, że przeżyją oboje? Od niektórych rzeczy nie było już odwrotu. Wyminął ją szybko i ruszył za Snapem.
- Uciekajcie? - powtórzył Dumbledore zamyślonym głosem.
- Tak – powiedziała stanowczo.
- Jest pani tego pewna, panno Granger?
- Jak niczego innego.
Popędziła do dyrektora, ile sił w nogach. Sporo czasu zajęło jej dostanie się do jego gabinetu i martwiła się, że może być już za późno. Musiała opowiedzieć mu o wszystkim. O nich. Nie było to łatwe, ale wierzyła, że jest osobą, której może zaufać. Ktoś gwałtownie otworzył drzwi.
- Za późno, deportowali się jakiś czas temu – usłyszała za sobą głos profesor McGonagall.
Musiał wiedzieć... Tylko zostawił to dla siebie, przemilczał. A przecież mówił, że o wszystkim poinformuje Dumbledore'a. Kłamał. Znowu. Jak można tak żyć? Ufała mu, a on znów zawiódł i to jeszcze w takiej sprawie...
- Panno Granger, skąd miała panna te informację? - zapytała opiekunka jej domu.
Dziewczyna jęknęła, znów ta sama historia, o której pragnęła teraz nie myśleć.
- Panna Granger spotykała się potajemnie z panem Malfoy'em – wyręczył ją dyrektor.
Hermiona osunęła się trochę na krześle i ukryła twarz w dłoniach. Czy to naprawdę był odpowiedni moment, aby wywlekać jej prywatne strawy? Kiedy Dumbledore opowiadał wszystko w wielkim skrócie, dziewczyna miała ochotę zapaść się pod ziemię. Niestety sytuacja zdecydowanie tego wymagała.
- Jesteś pewna, że nie powiedział ci nic o planach Śmierciożerców? - zapytała kobieta.
Hermiona zaczęła nerwowo potrząsać głową. Niech to przesłuchanie już się skończy... Nie zrobiła przecież nic złego. Ależ tak... Zrobiłaś... - szepnęło coś w jej umyśle. Przecież widziałaś ich tutaj, w Hogwarcie. Ale siedziałaś cicho, taka naiwna... On okazał się sprytniejszy. To twoja wina, wszystko... Ludzie, którzy zginą...
- To moja wina – powiedziała wreszcie bardzo cicho, ledwo słyszalnie.
- Jak to? - dyrektor spojrzał na nią znad okularów.
- Oni tu byli. Śmierciożercy. W Hogwarcie. Zaatakowali mnie, ale obiecałam Draconowi, że nic nie powiem. Mówił, że zabiją go, jeśli ktoś się dowie – patrzyła w swoje dłonie, a poczucie winy paliło jej policzki. - Nie wiedziałam, że to się tak skończy, przysięgam – z jej oczu popłynęły pojedyncze łzy.
McGonagall położyła jej dłoń na ramieniu. Chociaż zdecydowanie był to gest dodający otuchy, Hermiona nadal bała się unieść wzrok.
- Z miłości robimy różne rzeczy, nierzadko bardzo głupie – powiedziała i dziewczyna poczuła falę wdzięczności.
Nie spodziewała się takich słów po surowej opiekunce Gryffindoru.
- Co teraz? - zapytała nieśmiało.
- Ty udasz się do swojego dormitorium, a my podejmiemy stosowne kroki – odpowiedział Dumbledore spokojnym głosem.
- Jednak przyszedłeś – szepnęła kobieta słabym głosem.
- Tak, jestem.
Mężczyzna stał tuż przy drzwiach, jakby się czegoś bał. Jakby chciał znaleźć się jak najdalej od kobiety. Uśmiechnęła się tylko delikatnie, czego jej towarzysz nie mógł dostrzec w półmroku.
- Nie spodziewałam się tego, nie odwiedzasz mnie zbyt często.
Nie widziała go już od tak dawna. Tylko jego sługusów i skrzaty. Z pewnością wiedział o jej cierpieniu i tęsknocie, ale ignorował je uparcie. Jak mogłoby być inaczej? Przecież nie była dla niego nikim ważnym. Spodobał jej się, gdy tylko go zobaczyła. Co z tego że był tylko dzieckiem? Wpatrywała się w niego uparcie przez cztery lata. Nie gap się na niego, głuptasie. Rodzice wybiorą dla ciebie kogoś lepszego – powtarzała jej siostra. Kiedy zaczynała piąty rok nauki on w końcu do niej podszedł i zaprosił na spacer. Jaka była wtedy szczęśliwa, to była wprost idealna partia dla niej. Był uroczy, miły i czarujący. Oboje bogaci, młodzi i zepsuci do szpiku kości. Później skończyli szkołę i kilka lat później ich rodzice wyrazili zgodę na ślub. Wydawało im się, że mają u stóp cały świat. Niszczyli ludzi, którzy stawali im na drodze, a potem zaczęli wyniszczać siebie nawzajem. Mężczyzna jej życia pokazał swoje prawdziwe oblicze, przed którym ostrzegała ją siostra. Stał się zimny i niedostępny, więc i ona starała się taka być. A potem urodziła mu syna i w końcu czuła, że byłaby w stanie oddać za kogoś życie. Nie chciała dla niego takiego losu, jaki spotkał ją. Nie mogła jednak ochronić go przed ojcem. Jej mąż stał się podły i bez serca, chociaż czasami chciała mieć nadzieję, że po prostu skrywa sumienie gdzieś głęboko w sobie.
- Ile to już lat, Narcyzo? - zapytał spokojnie.
- Prawie trzydzieści – odpowiedziała bez namysłu i usłyszała jego westchnienie.
Chciała już znowu zostać sama. Jego obecność nie przynosiła jej już ukojenia, potrafił tylko ranić. Taki był i tak samo wychowywał swojego syna. Zakaszlała kilka razy próbując złapać powietrze.
- To bardzo paskudna klątwa – powiedział chłodnym tonem.
- Zdążyłam zauważyć. Czy Draco dzisiaj wraca? - zapytała słabo.
- Tak – powiedział lakonicznie, jakby nadal unikał z nią kontaktu.
- Spróbuj być dla niego wyrozumiały.
Narcyza nie była pewna, co stało się pomiędzy jej mężem a synem, ale odkąd Draco dowiedział się o jej stanie... Lucjusz unikał nawet wymawiania jego imienia. Nie chciała nawet myśleć, co będzie, gdyby jej syn zawiódł podczas bitwy. Miała nadzieję, że Lucjusz nie byłby w stanie zamordować własnego syna, ale już dawno przekonała się, że po tym człowieku można spodziewać się wszystkiego.
- Przykro mi, ale muszę już iść. Czekają na mnie – pod warstwą uprzejmości krył się lód.
Narcyza kiwnęła tylko głową, chociaż nie była pewna, czy mężczyzna zwrócił na to jakąkolwiek uwagę. Ku jej zaskoczeniu podszedł do jej łóżka i na małej szafce położył bukiet kwiatów.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Narcyzo – szepnął.
Jednak nie zapomniał, ale co to zmieniało? Przyszedł, bo tak wypadało, bo ona umiera. Tylko co w ty momencie dadzą jej kwiaty? Nawet na nie nie spojrzała, ale miała niemiłe wrażenie, że są to chryzantemy. Kto będzie odwiedzał jej grób? Draco, tak, tego była pewna. Jej mąż z pewnością nawet na niego nie spojrzy.
- Idź już – warknęła z trudem i odwróciła twarz w stronę ściany.
Wzdrygnęła się, gdy usłyszała trzaśnięcie drzwi, a po jej policzkach popłynęły łzy.
Wyszedł z jej pokoju wściekły. Na siebie, na nią, na cały świat. Wszyscy oceniali jego postępowanie, ale mogli się tylko domyślać, co czuje. Byli ze sobą prawie trzydzieści lat, a teraz patrzył jak z dnia na dzień ucieka z niej życie. Chociażby chciał, nie umiał okazać odpowiednich uczuć. Mógł tylko robić co w jego mocy. Ta bitwa była jej jedyną nadzieją. Czarny Pan był okrutny, ale potrafił nagradzać. Może cofnąć klątwę, którą rzucił, jeśli tylko wypełnią jego polecenia. Draco nie może się teraz poddać, to od niego zależy wszystko. Musi skupić się na misji, bitwie, która przesądzi o wszystkim. Idiotyczne kwiaty, mógł dać jej coś innego. Coś, co dałoby jej wsparcie, otuchę. Na przykład swoją obecność. Ale nie umiał. Nie mógł na nią patrzeć. Po wszystkich wspólnych latach, kobieta jego życia nie przypominała już samej siebie. Bledsza niż zwykle, słaba, wychudzona. Ukrył twarz w dłoniach. Jeszcze przez chwilę chciał wrócić do jej pokoju. Po prostu usiąść przy niej i trzymać ją za rękę. Ale to wiązałoby się z okazaniem uczuć, których próbował się pozbyć. Jeszcze przez chwilę zastanawiał się nad tym, ale potem usłyszał kroki na korytarzu.
I pomyśleć tylko, że to miejsce było kiedyś jego domem. Zawsze brakowało w nim ciepła, ale dawał przynajmniej poczucie bezpieczeństwa. Teraz był zupełnie obcy, zimny i ponury. Wielki budynek nie przynosił już wspomnień z dzieciństwa, tylko strach. Od powrotu nie miał informacji od rodziców. Na myśl o śmierci matki, jego ciało przebiegły dreszcze. Co, jeśli po prostu mu o niej nie powiedzieli? Jeżeli umarła sama, a ojca nawet wtedy przy niej nie było? Dogonił Snape'a i przeszedł wraz z nim przez potężną bramę. Ponura posiadłość wyłaniała się spośród wysokich i starych drzew. Wszedł w końcu do domu. Korytarz oświetlało tylko kilka pochodni, które dawały nieprzyjemne, zimne światło. Chciał natychmiast pójść do matki, ale przed jej pokojem ujrzał sylwetkę ojca. Chciał skręcić do salonu, ale usłyszał głos.
- Czekaj – powiedział ojciec i podszedł do niego.
Jak zwykle był dumny, a głos miał zimny. Nienawidził go od czasu, gdy ukrywał przed nim stan matki. Nie liczyło się dla niego nic, oprócz własnych korzyści. Zapewne byłby gotów ich wszystkich zabić, żeby osiągnąć swój cel. Draco zachował jednak resztki szacunku, ukłonił mu się ledwo zauważalnie.
- Wyruszamy o czwartej nad ranem – warknął mężczyzna.
- Ale... To miało być kilka dni...
- Plany uległy zmianie, nie mamy kilku dni, tylko kilka godzin. Do matki pójdziesz później, teraz czas na omówienie planów.
To koniec, nie zdążą. Nie przygotują obrony zamku w kilka godzin. Jeżeli w ogóle Hermiona poinformowała kogokolwiek, jeżeli zrozumiała. Usiadł przy stole wraz z innymi Śmierciożercami, ale zupełnie nie słuchał o czym mówią. Myślami był gdzieś daleko. Przy Hermionie i wielkiej bitwie, która rozpocznie się już za kilka godzin...
Wszedł do jej pokoju bardzo cicho, na wypadek, gdyby spała.
- To ty, Draco? - usłyszał jej głos i szybko podszedł w jej stronę.
Złapał ją mono za dłoń. Wydała mu się dziwnie chuda i zupełnie bez siły. Pytał o jej stan zdrowia, samopoczucie. Złożył życzenia urodzinowe i przeprosił, że nie ma dla niej żadnego podarunku. Wreszcie ich czas minął.
- Zaraz wyruszamy, życz mi powodzenia – szepnął i wstał.
- Draco... - powiedziała jeszcze słabym głosem i złapała go za rękę.
Zatrzymał się natychmiast i spojrzał na nią łagodnie.
- Tylko błagam, uważaj na siebie. I wróć, proszę, wróć do mnie.
Nie mógł patrzeć na jej cierpienie. Czuł, jakby jego zimne serce ktoś rozkrajał na pół tępym nożem. Oczy zapiekły go od powstrzymywania łez, z którymi walczył od jakiegoś czasu. Był Malfoy'em i mimo nienawiści do tego nazwiska, nie mógł okazywać słabości.
- Wrócę, przysięgam – powiedział łagodnie i pocałował ją w czoło na pożegnanie.
Puścił jej dłoń i odszedł ze ściśniętym sercem.
poniedziałek, 22 grudnia 2014
Miniaturka - Przedświąteczna gorączka.
Wiem, zawiodłam, przepraszam. Miał być rozdział, a nie było. Nie ma chyba sensu rozpisywać się tutaj nad powodami, bo są dość błahe. Obiecuję poprawę, to tyle. Dzisiaj mam dla Was świąteczną miniaturkę, dość lekką i wesołą. Zapraszam!
<MUZYKA>
________________________________________________________________________
Hermiona Granger była realistką. Twardo stąpała po ziemi i była pewna tylko dwóch rzeczy. Śmierci i swojej miłości do Dracona Malfoy'a. Wojna skończyła się niedawno i przeżyła ją tylko dzięki niemu. Ocalił ją, a potem pokazał, czym jest życie przepełnione szczęściem, radością, łzami, zazdrością, tęsknotą i uniesieniami. Pokazał jej, czym jest życie przepełnione miłością.
- Pośpiesz się, bo nie zdążymy! - usłyszała jego zniecierpliwiony krzyk dochodzący z pokoju wspólnego! Spojrzała na zegarek, faktycznie nie mieli zbyt dużo czasu. Ich pociąg odjeżdżał za godzinę a przecież nie mogli się spóźnić na tak ważne wydarzenie. Dzisiaj o 18 mieli spotkać się z jej rodzicami w ich domu, mieli spędzić tam ferie zimowe. Omiotła wzrokiem spojrzenie aby upewnić się, że niczego nie zapomniała. Gdy upewniła się, że wszystko leży bezpiecznie w jej kufrze szybkim krokiem zeszła na dół.
- No w końcu – Draco przewrócił teatralnie oczami.
Stał niedbale oparty o regał i uważnie przyglądał się dziewczynie.
- Gotowy? - zapytała Hermiona z uśmiechem.
- Powiedzmy – mruknął przez zaciśnięte zęby.
Był poddenerwowany całą tą sytuacją. Nie dość, że miał poznać rodziców Hermiony, to jeszcze musiał spędzić w ich domu święta. Hermiona wcale nie pomagała, nie zaznajomiła go jeszcze z żadnym mugolskim sprzętem, twierdząc, że będzie to dobra zabawa jak będzie uczył się wszystkiego na bieżąco. Po prostu idealnie... Już nie mógł doczekać się gotowania własnymi rękami czy podróżowania z tymi wszystkimi śmiesznymi mugolami jednym pojazdem.
Wreszcie wyszli z zamku i wsiedli do powozów które miały odwieść ich na peron.
<MUZYKA>
________________________________________________________________________
Hermiona Granger była realistką. Twardo stąpała po ziemi i była pewna tylko dwóch rzeczy. Śmierci i swojej miłości do Dracona Malfoy'a. Wojna skończyła się niedawno i przeżyła ją tylko dzięki niemu. Ocalił ją, a potem pokazał, czym jest życie przepełnione szczęściem, radością, łzami, zazdrością, tęsknotą i uniesieniami. Pokazał jej, czym jest życie przepełnione miłością.
- Pośpiesz się, bo nie zdążymy! - usłyszała jego zniecierpliwiony krzyk dochodzący z pokoju wspólnego! Spojrzała na zegarek, faktycznie nie mieli zbyt dużo czasu. Ich pociąg odjeżdżał za godzinę a przecież nie mogli się spóźnić na tak ważne wydarzenie. Dzisiaj o 18 mieli spotkać się z jej rodzicami w ich domu, mieli spędzić tam ferie zimowe. Omiotła wzrokiem spojrzenie aby upewnić się, że niczego nie zapomniała. Gdy upewniła się, że wszystko leży bezpiecznie w jej kufrze szybkim krokiem zeszła na dół.
- No w końcu – Draco przewrócił teatralnie oczami.
Stał niedbale oparty o regał i uważnie przyglądał się dziewczynie.
- Gotowy? - zapytała Hermiona z uśmiechem.
- Powiedzmy – mruknął przez zaciśnięte zęby.
Był poddenerwowany całą tą sytuacją. Nie dość, że miał poznać rodziców Hermiony, to jeszcze musiał spędzić w ich domu święta. Hermiona wcale nie pomagała, nie zaznajomiła go jeszcze z żadnym mugolskim sprzętem, twierdząc, że będzie to dobra zabawa jak będzie uczył się wszystkiego na bieżąco. Po prostu idealnie... Już nie mógł doczekać się gotowania własnymi rękami czy podróżowania z tymi wszystkimi śmiesznymi mugolami jednym pojazdem.
Wreszcie wyszli z zamku i wsiedli do powozów które miały odwieść ich na peron.
Przez całą drogę nie
odezwał się ani jednym słowem. Był zbyt zestresowany i zajęty
snuciem ponurych wizji zbliżającego się tygodnia. W pociągu
obserwował dziewczynę, która z zapartym tchem czytała jakąś
książkę. Nawet, kiedy rozmawiali Draco zgrabnie unikał tematu
mugolskiego domu. Podróż przeminęła w dobrze znanym im tempie.
Draco miał wrażenie, że właśnie wraca do domu na ferie zimowe,
ale zamiast dobrze znanej mu rodziny, powitali go państwo
Grangerowie.
Hermiona była zaskakująco podobna do swojej matki. Pani Granger również miała burzę loków i to samo mądre spojrzenie. Widać, że to po niej Hermiona odziedziczyła większość cech. Po ojcu miała szeroki uśmiech. Pan Granger wyglądał na miła osobę, jednak Draco stwierdził, że wolałby nie mieć z nim do czynienia. Był bardzo wysokim i dobrze zbudowanym mężczyzną. Przywitali chłopaka serdecznym uśmiechem i uściskiem dłoni. Może nie będzie aż tak źle? - pomyślał Draco
- Dzień dobry, nazywam się Draco Malfoy – Ślizgon lekko ukłonił się.
- Wiemy, wiemy. W każdym liście Hermiony, przynajmniej trzy razy widnieje twoje imię. Miło nam cię w końcu poznać.
Chłopak spojrzał dyskretnie na Hermionę i zobaczył, że nieznacznie się zaczerwieniła. Uspokajająco uścisnął jej dłoń.
- Dobra dziewczyny, nie będziemy tutaj marznąć. Idziemy do samochodu. Draco nie spodziewał się, że kiedykolwiek przyjdzie mu na myśl łacińskie powiedzenie „vanitas vanitatum, et omnia vanitas”,aż do tej chwili. Samochód państwa Granger w niczym nie przypominał limuzyny, którą dostawał od ministerstwa, aby dojechać na King's Cross. Lata swojej świetności miał już dawno za sobą, a w dodatku był w nieciekawym, pomarańczowym kolorze. Zapakowali kufry do bagażnika i zaczęli wsiadać do samochodu.
- Ty nie wsiadaj. Biegniesz z tyłu, nie wpuszczam obcych do auta – usłyszał za swoimi plecami głos ojca Hermiony.
Spojrzał na niego zaskoczony i lekko przerażony. W końcu wszystkiego można się spodziewać po mugolach...
- On tylko żartuje – Hermiona zaśmiała się i pociągnęła chłopaka do samochodu. - Ojciec ma specyficzne poczucie humoru – wyjaśniła półgłosem.
Dobrze wiedzieć... Będzie musiał zapamiętać to na przyszłość. Obrazy za oknem mijały szybko i chłopak miał nadzieję, że droga minie szybko. Czuł się zestresowany całą tą cholerną sytuacją. W samochodzie panowała pełna napięcia cisza. Poczuł, jak Hermiona ściska jego dłoń. Kiedy na nią spojrzał, uśmiechnęła się kojąco. Może ten tydzień nie będzie taki zły... Spędzą go przecież razem, nawet jeśli będzie musiał uczyć się tych wszystkich mugolskich urządzeń. Zatrzymali się przed małym, zadbanym domkiem. Ściany miał pomalowane jasną farbą, a dach złożony z czerwonych dachówek. Odebrał swój kufer i ruszył wąską ścieżką w stronę drzwi. Mały ogródek był ośnieżony. Chłopak starał się nie nadepnąć poza wyłożoną kamieniami przestrzeń. Nieruszana biała powłoka wydawała mu się zbyt idealna. Hermiona otworzyła drzwi i weszli do wąskiego i krótkiego przedpokoju. Dokładnie naprzeciw nich znajdowały się schody na piętro. Po lewej stronie było wejście do małego salonu. Hermiona była wyraźnie zadowolona z powrotu. Z westchnieniem radości odłożyła swój kufer. Draco nie był tak przekonany do całej tej sytuacji, ale przytulne wnętrze domu trochę go uspokoiło. Hermiona nacisnęła dziwny, biały przedmiot na ścianie i w przedpokoju zrobiło się jasno. Chłopak spojrzał na nią z mieszaniną niepewności i zaskoczenia.
- Co ty właśnie zrobiłaś? - szepnął.
- Włączyłam światło – odpowiedziała takim tonem, jakby była to najbardziej naturalna rzecz na świecie. - To takie Lumos, tylko dla mugoli. Chodzi o elektryczność, wytłumaczę ci później.
Westchnął. To będzie ciężki tydzień... Spojrzał na rodziców Hermiony, którzy przyglądali mu się rozbawieni. Faktycznie, zabawne... - pomyślał z irytacją. Ojciec dziewczyny podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu.
- Chodźmy do salonu, porozmawiamy – uśmiechnął się przyjaźnie.
W pokoju było jeszcze gorzej. Rozglądał się po nim zdezorientowany. Tyle było w nim sprzętów, których ani troszkę nie ogarniał. Na szafce naprzeciw niego stało jakieś spore pudło z kilkoma przyciskami. Na suficie wisiała lampa, która w niczym nie przypominała tych z jego domu. Hermiona uśmiechnęła się do niego kojąco.
- Potem pokażę ci wszystkie mugolskie wynalazki. A jutro będziemy piec indyka, cieszysz się?
Wprost kipiał z radości... Usiadł przy stole.
- Zrobię kanapki, z pewnością jesteście głodni – powiedziała pani Granger i poszła do kuchni.
- Czym zajmują się twoi rodzice, Draco? - zapytał ojciec Hermiony.
O tak... Ten temat młody pan Malfoy uwielbiał. Po wojnie zostali ułaskawieni, ponieważ zaczęli szpiegować dla Zakonu. Ojciec nie chciał, ale nie miał wyboru. Robił to dla dobra rodziny. Potem znów odzyskał posadę w ministerstwie, choć już nie tak wysoką.
- Matka nie pracuje, za to ojciec zajmuje wysokie stanowisko w rządzie. A państwo są dontestami, czyli...
Hermiona powiedziała mu o tym w pociągu, ale niestety nie zdążyła wytłumaczyć, czym dokładnie zajmują się ci donteści.
- Dentystami – poprawił go pan Granger.
Cholera, wiedziałem, że z tym słowem jest coś nie tak – pomyślał chłopak.
- Leczymy ludziom zęby. Wyrywamy, wstawiamy nowe...
- Brzmi... Dziwnie. Nie można załatwić tego jakimś szybkim...
Już chciał powiedzieć zaklęciem, ale przypomniał sobie, że rozmawia z mugolami.
- No nic, nieważne... - mruknął.
Pani Granger wróciła z kanapkami i postawiła je na stole. Dalej rozmowa toczyła się całkiem zwyczajnie. Rodzice Hermiony wypytywali chłopaka o jego zainteresowania, naukę i inne mało istotne fakty z jego życia. Wreszcie, po godzinie, Draco, wraz z Hermioną udali się do jej pokoju. Był mały, a ściany miał pomalowane na różowo. Po prawej stronie, przy ścianie stało średniej wielkości biurko, na którym leżało pełno mugolskich książek i pergaminów. Po drugiej stronie pokoju stała komoda w całości wypełniona książkami, miała też zamykany barek, który, jak podejrzewał Draco, w całości zajmowały książki. A szkoda... Żałował teraz, że nie wziął ze sobą ani kropli Ognistej Whiskey. Dokładnie tak wyobrażał sobie jej pokój. Wszystko miało w nim swoje miejsce, a każdą wolną przestrzeń wypełniały książki. Usiadł na jednoosobowym łóżku naprzeciwko drzwi. Z okna można było zobaczyć ośnieżony park.
- Chodź tu – szepnął i pociągnął ją na swoje kolana.
- I jak ci się tutaj podoba? - zapytała ze śmiechem.
- Łatwo nie będzie, ale jakoś dam radę się tutaj zaaklimatyzować – położył jej rękę na talii.
Zaczął przesuwać dłoń w górę powolnym ruchem. Zamruczał do jej ucha jak kot.
- Daj spokój – zaśmiała się i delikatnie, ale stanowczo odepchnęła jego rękę.
W odpowiedzi przewrócił tylko oczami.
- Zaraz wracam – szepnęła i pocałowała go w czoło.
Kiedy został sam, zaczął dokładnie przyglądać się jej pokojowi. Na komodzie stało kilka ramek ze zdjęciami. Pogapił się na nie chwilę, ale one nadal nie wykonywały żadnego ruchu. Dźgnął jedno z nich palcem i czekał na odzew. Nadal nic. Wziął ramkę w dłoń i obrócił ją o dziewięćdziesiąt stopni i potrząsnął. Odłożył na swoje miejsce i dźgnął kolejną fotografię.
- Eeee... Co ty robisz? - usłyszał za swoimi plecami głos Hermiony.
- Zepsute – stwierdził tonem znawcy.
- Słucham? - zapytała z trudem hamując śmiech.
- Nie ruszają się – dźgnął palcem dziewięcioletnią Hermionę. - Są zepsute, uwierz mi, znam się na tym – pokiwał głową ze zrozumieniem.
Teraz dziewczyna przestała się już powstrzymywać i zaczęła śmiać mu się prosto w twarz. Draco patrzył oniemiały, jak dziewczyna zwija się ze śmiechu.
- Naprawię ci to, jeżeli chcesz – powiedział zupełnie niewzruszony jej reakcją i wyciągnął różdżkę.
- Nie, lepiej tego nie dotykaj – powiedziała nadal rozbawiona. - To mugolskie fotografie, one się nie ruszają.
- Wcale?
- Pokażę ci.
Wyjęła z szafki aparat fotograficzny, nawet trochę podobny do tych, które znał. Wyjęła jeszcze czapkę mikołaja i włożyła sobie na głowę. Usiadła chłopakowi na kolanach, objęła go ramieniem i wycelowała w nich aparatem.
- Uśmiech!
Usłyszał ciche cyknięcie.
- Jeszcze jedno, dla pewności. Jutro podejdziemy i je wywołamy. A teraz chodźmy spać, kochanie, bo jestem już bardzo zmęczona – ziewnęła.
Wyjęli z kufrów swoje rzeczy, umyli się i położyli do łóżka. Nie było im najwygodniej i Draco czuł, że jeden, mały ruch w stronę krawędzi i spadnie z łóżka.
- Śpisz? - zapytała szeptem. - Moi rodzice jadą jutro na zakupy, a my będziemy piekli indyka.
- Nigdy w życiu nie widziałem, jak przyrządza się jakie większe dania. Ogólnie nie umiem zrobić nic do jedzenia. Zawsze wszystko robiły za mnie skrzaty – odpowiedział z nieukrywanym przerażeniem. Hermiona spodziewała się, że tak może być.
- To nic, wszystko Ci wytłumaczę, nie masz się o co martwić. - Ścisnęła jego dłoń i pocałowała go zalotnie w szyję. Wiedziała jak go uspokoić. - Chodźmy już spać, jutro czeka nas pracowity dzień. - Dziewczyna położyła Blondynowi głowę na tors, zarzuciła nogę na jego biodro i tak zasnęli.
Obudzili się o wschodzie słońca, żadne z nich nie lubiło zalegać bezczynnie w łóżku. Wykonali poranną toaletę i zeszli na śniadanie. Państwo Granger jeszcze spali, więc zdani byli sami na siebie. Postanowili zrobić kawę i tosty. Nie było to nic z czym nastolatek by sobie nie poradził, a wprowadzało go to w tajniki życia mugoli. Hermiona nie ostrzegła wpatrującego się w toster chłopaka, czekała na moment kulminacyjny. Nie zawiodła się. Draco nie spodziewał się, że tosty zostaną tak gwałtownie wyplute, krzyknął, odskakując nerwowo i odruchowo sięgnął za pazuchę po różdżkę.
- Będziesz atakował chleb? - zapytała dziewczyna, dławiąc się ze śmiechu.
Draco popatrzył na nią z wyrzutem, dla niego cała ta sytuacja bynajmniej nie była zabawna. Czuł się upokorzony. Walczył na śmierć i życie z najsilniejszymi czarodziejami tego świata, a przestraszył się blaszanej skrzynki.
- Jeżeli masz dla mnie więcej takich niespodzianek, to będziesz musiała złożyć wieczystą przysięgę, że zachowasz to wszystko w sekrecie. Jak to wyjdzie na światło dzienne...
W tym czasie do kuchni weszli państwo Granger.
- Kto tak krzyczał? - zapytała mama Hermiony, przeciągając się leniwie.
- To ona! - powiedział Draco, wskazując palcem na Hermionę i rzucając jej mordercze spojrzenie
- Tak, tak. To ja, tak dawno nie było mnie w domu, że zapomniałam jak przerażające może być robienie tostów – spojrzała na chłopaka złośliwie. - O której wyjeżdżacie?
- Właśnie się zbieramy – powiedział ojciec Hermiony biorąc nienadjedzonego tosta, który leżał na talerzu Dracona. - Skoro nie musimy martwić się śniadaniem, to możemy wyruszyć nawet za pięć
minut – spojrzał z łobuzerskim uśmiechem na blondyna.
- Niech się pan nie krępuje. Najadłem się strachu – dodał w myślach.
Wreszcie zostali sami i Hermiona zaczęła wyciągać składniki do pieczeni. Draco poczuł się przytłoczony ich ilością. Ze zdenerwowaniem raz po raz czytał przepis.
- Nie denerwuj się, to trochę, jak lekcja eliksirów. Dodajesz składniki, łączysz je i wychodzą pyszności.
Z obrzydzeniem przyglądał się, jak Hermiona patroszy indyka.
- Daj, ja to zrobię – powiedział z irytacją.
Akurat z tym sobie radził. Co mogło być trudnego w wyjęciu wnętrzności z martwego ptaka? Nawet on sobie z tym poradzi. Potem przyszła pora na inne składniki. Przyglądał się z ciekawością, jak Hermiona przygotowuje farsz. Draco nie był dobrym pomocnikiem, bardziej zalegał i przeszkadzał, niż robił cokolwiek. No cóż, przynajmniej się starał... Kiedy w końcu skończyli przygotowywać potrawę, usłyszeli dziwny dla Dracona dźwięk w salonie. Chłopak spojrzał na Hermionę zdezorientowany.
- To telefon – wyjaśniła, ale nic mu to nie podpowiedziało.
- Co...
- Nagrzej piekarnik. Wciśnij pokrętło i przekręć. Powinien zapalić się ogień. Zaraz wracam – powiedziała i zostawiła go samego z tą zagwozdką.
Patrzył przez chwilę na piekarnik. Wcisnąć i przekręcić, wcisnąć i przekręcić – powtarzał w myślach. Podszedł do tego dziwnego urządzenia i starał się postępować według tej prostej instrukcji. Wcisnął pokrętło, puścił i przekręcił. Wstrzymał oddech i... Nic się nie wydarzyło. Cholera – pomyślał zaskoczony. Nie może dać jej tej satysfakcji. Rozejrzał się po kuchni i jego wzrok padł na zapałki. Och, akurat tym umiał się posługiwać. Otworzył piekarnik i poczuł dziwny zapach. Nie przejął się tym zbytnio. Kucnął i wychylił się do piekarnika. Szybkim ruchem odpalił zapałkę i... BUM!
Hermiona była zaskakująco podobna do swojej matki. Pani Granger również miała burzę loków i to samo mądre spojrzenie. Widać, że to po niej Hermiona odziedziczyła większość cech. Po ojcu miała szeroki uśmiech. Pan Granger wyglądał na miła osobę, jednak Draco stwierdził, że wolałby nie mieć z nim do czynienia. Był bardzo wysokim i dobrze zbudowanym mężczyzną. Przywitali chłopaka serdecznym uśmiechem i uściskiem dłoni. Może nie będzie aż tak źle? - pomyślał Draco
- Dzień dobry, nazywam się Draco Malfoy – Ślizgon lekko ukłonił się.
- Wiemy, wiemy. W każdym liście Hermiony, przynajmniej trzy razy widnieje twoje imię. Miło nam cię w końcu poznać.
Chłopak spojrzał dyskretnie na Hermionę i zobaczył, że nieznacznie się zaczerwieniła. Uspokajająco uścisnął jej dłoń.
- Dobra dziewczyny, nie będziemy tutaj marznąć. Idziemy do samochodu. Draco nie spodziewał się, że kiedykolwiek przyjdzie mu na myśl łacińskie powiedzenie „vanitas vanitatum, et omnia vanitas”,aż do tej chwili. Samochód państwa Granger w niczym nie przypominał limuzyny, którą dostawał od ministerstwa, aby dojechać na King's Cross. Lata swojej świetności miał już dawno za sobą, a w dodatku był w nieciekawym, pomarańczowym kolorze. Zapakowali kufry do bagażnika i zaczęli wsiadać do samochodu.
- Ty nie wsiadaj. Biegniesz z tyłu, nie wpuszczam obcych do auta – usłyszał za swoimi plecami głos ojca Hermiony.
Spojrzał na niego zaskoczony i lekko przerażony. W końcu wszystkiego można się spodziewać po mugolach...
- On tylko żartuje – Hermiona zaśmiała się i pociągnęła chłopaka do samochodu. - Ojciec ma specyficzne poczucie humoru – wyjaśniła półgłosem.
Dobrze wiedzieć... Będzie musiał zapamiętać to na przyszłość. Obrazy za oknem mijały szybko i chłopak miał nadzieję, że droga minie szybko. Czuł się zestresowany całą tą cholerną sytuacją. W samochodzie panowała pełna napięcia cisza. Poczuł, jak Hermiona ściska jego dłoń. Kiedy na nią spojrzał, uśmiechnęła się kojąco. Może ten tydzień nie będzie taki zły... Spędzą go przecież razem, nawet jeśli będzie musiał uczyć się tych wszystkich mugolskich urządzeń. Zatrzymali się przed małym, zadbanym domkiem. Ściany miał pomalowane jasną farbą, a dach złożony z czerwonych dachówek. Odebrał swój kufer i ruszył wąską ścieżką w stronę drzwi. Mały ogródek był ośnieżony. Chłopak starał się nie nadepnąć poza wyłożoną kamieniami przestrzeń. Nieruszana biała powłoka wydawała mu się zbyt idealna. Hermiona otworzyła drzwi i weszli do wąskiego i krótkiego przedpokoju. Dokładnie naprzeciw nich znajdowały się schody na piętro. Po lewej stronie było wejście do małego salonu. Hermiona była wyraźnie zadowolona z powrotu. Z westchnieniem radości odłożyła swój kufer. Draco nie był tak przekonany do całej tej sytuacji, ale przytulne wnętrze domu trochę go uspokoiło. Hermiona nacisnęła dziwny, biały przedmiot na ścianie i w przedpokoju zrobiło się jasno. Chłopak spojrzał na nią z mieszaniną niepewności i zaskoczenia.
- Co ty właśnie zrobiłaś? - szepnął.
- Włączyłam światło – odpowiedziała takim tonem, jakby była to najbardziej naturalna rzecz na świecie. - To takie Lumos, tylko dla mugoli. Chodzi o elektryczność, wytłumaczę ci później.
Westchnął. To będzie ciężki tydzień... Spojrzał na rodziców Hermiony, którzy przyglądali mu się rozbawieni. Faktycznie, zabawne... - pomyślał z irytacją. Ojciec dziewczyny podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu.
- Chodźmy do salonu, porozmawiamy – uśmiechnął się przyjaźnie.
W pokoju było jeszcze gorzej. Rozglądał się po nim zdezorientowany. Tyle było w nim sprzętów, których ani troszkę nie ogarniał. Na szafce naprzeciw niego stało jakieś spore pudło z kilkoma przyciskami. Na suficie wisiała lampa, która w niczym nie przypominała tych z jego domu. Hermiona uśmiechnęła się do niego kojąco.
- Potem pokażę ci wszystkie mugolskie wynalazki. A jutro będziemy piec indyka, cieszysz się?
Wprost kipiał z radości... Usiadł przy stole.
- Zrobię kanapki, z pewnością jesteście głodni – powiedziała pani Granger i poszła do kuchni.
- Czym zajmują się twoi rodzice, Draco? - zapytał ojciec Hermiony.
O tak... Ten temat młody pan Malfoy uwielbiał. Po wojnie zostali ułaskawieni, ponieważ zaczęli szpiegować dla Zakonu. Ojciec nie chciał, ale nie miał wyboru. Robił to dla dobra rodziny. Potem znów odzyskał posadę w ministerstwie, choć już nie tak wysoką.
- Matka nie pracuje, za to ojciec zajmuje wysokie stanowisko w rządzie. A państwo są dontestami, czyli...
Hermiona powiedziała mu o tym w pociągu, ale niestety nie zdążyła wytłumaczyć, czym dokładnie zajmują się ci donteści.
- Dentystami – poprawił go pan Granger.
Cholera, wiedziałem, że z tym słowem jest coś nie tak – pomyślał chłopak.
- Leczymy ludziom zęby. Wyrywamy, wstawiamy nowe...
- Brzmi... Dziwnie. Nie można załatwić tego jakimś szybkim...
Już chciał powiedzieć zaklęciem, ale przypomniał sobie, że rozmawia z mugolami.
- No nic, nieważne... - mruknął.
Pani Granger wróciła z kanapkami i postawiła je na stole. Dalej rozmowa toczyła się całkiem zwyczajnie. Rodzice Hermiony wypytywali chłopaka o jego zainteresowania, naukę i inne mało istotne fakty z jego życia. Wreszcie, po godzinie, Draco, wraz z Hermioną udali się do jej pokoju. Był mały, a ściany miał pomalowane na różowo. Po prawej stronie, przy ścianie stało średniej wielkości biurko, na którym leżało pełno mugolskich książek i pergaminów. Po drugiej stronie pokoju stała komoda w całości wypełniona książkami, miała też zamykany barek, który, jak podejrzewał Draco, w całości zajmowały książki. A szkoda... Żałował teraz, że nie wziął ze sobą ani kropli Ognistej Whiskey. Dokładnie tak wyobrażał sobie jej pokój. Wszystko miało w nim swoje miejsce, a każdą wolną przestrzeń wypełniały książki. Usiadł na jednoosobowym łóżku naprzeciwko drzwi. Z okna można było zobaczyć ośnieżony park.
- Chodź tu – szepnął i pociągnął ją na swoje kolana.
- I jak ci się tutaj podoba? - zapytała ze śmiechem.
- Łatwo nie będzie, ale jakoś dam radę się tutaj zaaklimatyzować – położył jej rękę na talii.
Zaczął przesuwać dłoń w górę powolnym ruchem. Zamruczał do jej ucha jak kot.
- Daj spokój – zaśmiała się i delikatnie, ale stanowczo odepchnęła jego rękę.
W odpowiedzi przewrócił tylko oczami.
- Zaraz wracam – szepnęła i pocałowała go w czoło.
Kiedy został sam, zaczął dokładnie przyglądać się jej pokojowi. Na komodzie stało kilka ramek ze zdjęciami. Pogapił się na nie chwilę, ale one nadal nie wykonywały żadnego ruchu. Dźgnął jedno z nich palcem i czekał na odzew. Nadal nic. Wziął ramkę w dłoń i obrócił ją o dziewięćdziesiąt stopni i potrząsnął. Odłożył na swoje miejsce i dźgnął kolejną fotografię.
- Eeee... Co ty robisz? - usłyszał za swoimi plecami głos Hermiony.
- Zepsute – stwierdził tonem znawcy.
- Słucham? - zapytała z trudem hamując śmiech.
- Nie ruszają się – dźgnął palcem dziewięcioletnią Hermionę. - Są zepsute, uwierz mi, znam się na tym – pokiwał głową ze zrozumieniem.
Teraz dziewczyna przestała się już powstrzymywać i zaczęła śmiać mu się prosto w twarz. Draco patrzył oniemiały, jak dziewczyna zwija się ze śmiechu.
- Naprawię ci to, jeżeli chcesz – powiedział zupełnie niewzruszony jej reakcją i wyciągnął różdżkę.
- Nie, lepiej tego nie dotykaj – powiedziała nadal rozbawiona. - To mugolskie fotografie, one się nie ruszają.
- Wcale?
- Pokażę ci.
Wyjęła z szafki aparat fotograficzny, nawet trochę podobny do tych, które znał. Wyjęła jeszcze czapkę mikołaja i włożyła sobie na głowę. Usiadła chłopakowi na kolanach, objęła go ramieniem i wycelowała w nich aparatem.
- Uśmiech!
Usłyszał ciche cyknięcie.
- Jeszcze jedno, dla pewności. Jutro podejdziemy i je wywołamy. A teraz chodźmy spać, kochanie, bo jestem już bardzo zmęczona – ziewnęła.
Wyjęli z kufrów swoje rzeczy, umyli się i położyli do łóżka. Nie było im najwygodniej i Draco czuł, że jeden, mały ruch w stronę krawędzi i spadnie z łóżka.
- Śpisz? - zapytała szeptem. - Moi rodzice jadą jutro na zakupy, a my będziemy piekli indyka.
- Nigdy w życiu nie widziałem, jak przyrządza się jakie większe dania. Ogólnie nie umiem zrobić nic do jedzenia. Zawsze wszystko robiły za mnie skrzaty – odpowiedział z nieukrywanym przerażeniem. Hermiona spodziewała się, że tak może być.
- To nic, wszystko Ci wytłumaczę, nie masz się o co martwić. - Ścisnęła jego dłoń i pocałowała go zalotnie w szyję. Wiedziała jak go uspokoić. - Chodźmy już spać, jutro czeka nas pracowity dzień. - Dziewczyna położyła Blondynowi głowę na tors, zarzuciła nogę na jego biodro i tak zasnęli.
Obudzili się o wschodzie słońca, żadne z nich nie lubiło zalegać bezczynnie w łóżku. Wykonali poranną toaletę i zeszli na śniadanie. Państwo Granger jeszcze spali, więc zdani byli sami na siebie. Postanowili zrobić kawę i tosty. Nie było to nic z czym nastolatek by sobie nie poradził, a wprowadzało go to w tajniki życia mugoli. Hermiona nie ostrzegła wpatrującego się w toster chłopaka, czekała na moment kulminacyjny. Nie zawiodła się. Draco nie spodziewał się, że tosty zostaną tak gwałtownie wyplute, krzyknął, odskakując nerwowo i odruchowo sięgnął za pazuchę po różdżkę.
- Będziesz atakował chleb? - zapytała dziewczyna, dławiąc się ze śmiechu.
Draco popatrzył na nią z wyrzutem, dla niego cała ta sytuacja bynajmniej nie była zabawna. Czuł się upokorzony. Walczył na śmierć i życie z najsilniejszymi czarodziejami tego świata, a przestraszył się blaszanej skrzynki.
- Jeżeli masz dla mnie więcej takich niespodzianek, to będziesz musiała złożyć wieczystą przysięgę, że zachowasz to wszystko w sekrecie. Jak to wyjdzie na światło dzienne...
W tym czasie do kuchni weszli państwo Granger.
- Kto tak krzyczał? - zapytała mama Hermiony, przeciągając się leniwie.
- To ona! - powiedział Draco, wskazując palcem na Hermionę i rzucając jej mordercze spojrzenie
- Tak, tak. To ja, tak dawno nie było mnie w domu, że zapomniałam jak przerażające może być robienie tostów – spojrzała na chłopaka złośliwie. - O której wyjeżdżacie?
- Właśnie się zbieramy – powiedział ojciec Hermiony biorąc nienadjedzonego tosta, który leżał na talerzu Dracona. - Skoro nie musimy martwić się śniadaniem, to możemy wyruszyć nawet za pięć
minut – spojrzał z łobuzerskim uśmiechem na blondyna.
- Niech się pan nie krępuje. Najadłem się strachu – dodał w myślach.
Wreszcie zostali sami i Hermiona zaczęła wyciągać składniki do pieczeni. Draco poczuł się przytłoczony ich ilością. Ze zdenerwowaniem raz po raz czytał przepis.
- Nie denerwuj się, to trochę, jak lekcja eliksirów. Dodajesz składniki, łączysz je i wychodzą pyszności.
Z obrzydzeniem przyglądał się, jak Hermiona patroszy indyka.
- Daj, ja to zrobię – powiedział z irytacją.
Akurat z tym sobie radził. Co mogło być trudnego w wyjęciu wnętrzności z martwego ptaka? Nawet on sobie z tym poradzi. Potem przyszła pora na inne składniki. Przyglądał się z ciekawością, jak Hermiona przygotowuje farsz. Draco nie był dobrym pomocnikiem, bardziej zalegał i przeszkadzał, niż robił cokolwiek. No cóż, przynajmniej się starał... Kiedy w końcu skończyli przygotowywać potrawę, usłyszeli dziwny dla Dracona dźwięk w salonie. Chłopak spojrzał na Hermionę zdezorientowany.
- To telefon – wyjaśniła, ale nic mu to nie podpowiedziało.
- Co...
- Nagrzej piekarnik. Wciśnij pokrętło i przekręć. Powinien zapalić się ogień. Zaraz wracam – powiedziała i zostawiła go samego z tą zagwozdką.
Patrzył przez chwilę na piekarnik. Wcisnąć i przekręcić, wcisnąć i przekręcić – powtarzał w myślach. Podszedł do tego dziwnego urządzenia i starał się postępować według tej prostej instrukcji. Wcisnął pokrętło, puścił i przekręcił. Wstrzymał oddech i... Nic się nie wydarzyło. Cholera – pomyślał zaskoczony. Nie może dać jej tej satysfakcji. Rozejrzał się po kuchni i jego wzrok padł na zapałki. Och, akurat tym umiał się posługiwać. Otworzył piekarnik i poczuł dziwny zapach. Nie przejął się tym zbytnio. Kucnął i wychylił się do piekarnika. Szybkim ruchem odpalił zapałkę i... BUM!
Usłyszał huk i poczuł an twarzy nieopisane gorąco. Oszołomiony tym wszystkim, niewyraźnie słyszał krzyk Hermiony. Odwrócił się i spojrzał na nią z niewinną miną.
- Ups – powiedział.
- TY IDIOTO! MOGŁEŚ WYSADZIĆ W POWIETRZE CAŁY DOM! - wrzeszczała.
- Wcisnąłem, przekręciłam i nic! To użyłem zapałek. Trzeba było mówić, że te są wybuchowe!
Hermiona nadal była wściekła, ale z trudem powstrzymywała śmiech. Nic nie mówiąc podała chłopakowi lusterko. Twarz miał całą osmaloną, a brwi doszczętnie spalone.
- NO PO PROSTU, KURWA, NO NIE! - takiego grymasu nienawiści Hermiona nie widziała u niego jeszcze nigdy. Draco zaczął wymachiwać rękoma, wykrzykując w amoku przypadkowe słowa. Lusterko skończyło na podłodze, rozwalone w drobny mak.
- MAM DOŚĆ TEGO MUGOLSKIEGO ŚWIATA! JA SIĘ TUTAJ NIE NADAJĘ. WRACAM DO DOMU! - wykrzyczał Ślizgon i ruszył w stronę pokoju Hermiony. Dziewczyna nie bardzo wiedziała co ma zrobić, nie spodziewała się takiego wybuchu złości. Nie przypuszczała, że Draconowi tak bardzo ciąży pobyt tutaj. Stała jeszcze zszokowana przez chwilę w środku kuchni a potem zdecydowała się, że da mu jeszcze chwilę czasu. Zabrała się za za sprzątanie rozbitego lusterka. Z góry dało się słyszeć jeszcze pojedyncze przekleństwa skierowane do całego mugolskiego świata, jednak po chwili ucichły, tak jak wszystkie odgłosy dochodzące z piętra. Hermiona stwierdziła, że wystarczy mu tej samotności i ruszyła na górę aby z nim porozmawiać na spokojnie. Weszła do pokoju i zobaczyła, że jej chłopak siedzi na łóżku obok spakowanego kufra. Podeszła do niego, usiadła mu na kolanach, pocałowała go zalotnie w szyję i zapytała:
- Na prawdę chcesz już uciekać? - uśmiechnęła się najładniej jak umiała.
- Jeżeli naprawisz mi jakoś brwi to się zastanowię nad pozostaniem w tym świecie porażek i niepowodzeń – burknął.
Z dołu dobiegły do nich głosy rodziców Hermiony.
- To jak będzie, kocie? Zostajesz? - zamruczała.
- CO TU SIĘ STAŁO? - usłyszeli krzyk pani Granger.
- Ups... chyba weszli do kuchni – powiedział Draco.
Indyk piekł się już bezpiecznie w piekarniku, z dala od Dracona, a wszyscy szykowali się do wigilii. Draco czuł się trochę zawstydzony obecnością w tym domu, miał nadzieje, że nie wygłupi się już bardziej. Hermiona założyła czerwoną sukienkę i rozpuściła loki. W jego oczach wyglądała po prostu pięknie i nie wyobrażał sobie, że mogłaby być kimś innym. Żadna dziewczyna nie wydawała się teraz nawet w połowie tak mądra i piękna jak ona. Po złożeniu życzeń (najbardziej kłopotliwej dla Dracona części tego wieczoru) zasiedli do wigilijnej kolacji. Przezornie nawet nie tknął indyka, ale bardzo posmakowała mu reszta mugolskich dań. Kiedy byli już najedzeni, cała czwórka rozłożyła się na dywanie przy kominku, a pani Granger wyciągnęła z szafki rodzinny album i wino. Draco z rozbawieniem przyglądał się zdjęciom Hermiony z czasów kiedy miała kilka latek. Zdjęcia te bardzo różniły się od tych z jego albumu rodzinnego. Było w nich więcej ciepła i radości. Matka z lubością opowiadała różne anegdotki z dzieciństwa swojej córki. Hermiona, cała czerwona, ukryła twarz w dłoniach i w najbardziej upokarzających momentach szeptała tylko zrezygnowane Mamo... Błagam... Dla Dracona było to słodkie, nie przypominał sobie, żeby jego rodzice opowiadali jakiekolwiek śmieszne historie z jego dzieciństwa, jakby był to powód do wstydu. Zawsze wydawało mu się, że Hermiona odkąd tylko nauczyła się czytać, spędzała przy książkach większość czasu. Okazało się, że nie zawsze tak było, jako mała dziewczynka nieźle rozrabiała i swoimi wyczynami dorównywała większości chłopaków. Dowiedział się, że gdy miała cztery lata, pierwszy raz wykazując swoje magiczne zdolności, zmieniła kolor zębów jednego z pacjentów w gabinecie swoich rodziców. Za to kiedy miała sześć lat, stwierdziła, że nie podobają się jej loki i jakimś cudem obcięła włosy na bardzo krótko. Z pewnością musiała wyglądać komicznie. Kiedy było już bardzo późno, wszyscy zmęczeni udali się do swoich łóżek. Draco zasnął natychmiast, nie zważając na niewygody.
Rano obudziło go poszturchiwanie Hermiony.
- Wstawaj! Prezenty! - krzyknęła prosto do jego ucha.
Zarwał się jak oparzony i oboje popędzili w piżamach na dół. Pod ogromną choinką znaleźli kilka paczek i natychmiast zabrali się za odpakowywanie ich. Hermiona dostała od rodziców wielką księgę o jakimś fikcyjnym, mugolskim detektywie Holmesie i piszczała jak mała dziewczynka, a Draco w swojej paczce od państwa Granger znalazł butelkę mugolskiego alkoholu. Od Hermiony dostał za to kilka książek dotyczących zaklęć i latania (a jakby inaczej?) oraz mały, złoty przedmiot. - To taki mały namierzacz. Zawsze, kiedy poczujesz się samotny, będziesz mógł teleportować się do miejsca,w którym aktualnie przebywam – wyjaśniła.
Przytulił ja mocno w podzięce. Teraz przyszedł czas na część, której najbardziej wyczekiwał. Chłopak z uwagą przyglądał się, jak dziewczyna odpakowuje prezent od niego. Kiedy otworzyła małe pudełeczko, oczy jej rozbłysły.
- Jesteś pewien? Przecież ja...
- Jestem pewien, że cię kocham. A tylko takiej kobiecie mógłbym to dać, nie obchodzi mnie twoje pochodzenie.
Dziewczyna podała mu srebrny łańcuszek z zawieszką w kształcie węża i odgarnęła włosy. Zawiesił jej na szyi rodzinną pamiątkę Malfoy'ów, która przechodziła z pokolenia na pokolenie i pocałował ją w kark. Te kolejne pięć dni w świecie mugoli nie może być takie złe. Dla tej dziewczyny mógłby spędzić tutaj nawet resztę życia...
____________________________________________
To byłoby na tyle. Dzisiaj mija dokładnie pół roku, odkąd opublikowałam prolog i chciałabym Was bardzo serdecznie podziękować za wszystko! Za wyświetlania, komentarze, Waszą obecność i wsparcie. Jesteście po prostu cudownie i strasznie Was kocham! Chciałabym jeszcze życzyć Was spokojnych, rodzinnych świąt. Żebyście się nażarli za wszystkie czasy i odpoczęli. Żebyście mieli wiele pozytywnej energii i wszystkiego co najlepsze!
Wasza kochana (i świąteczna),
Mary!
sobota, 13 grudnia 2014
Rozdział XXIX - Mecz.
No i jestem z nowym rozdziałem kochani, miłego czytania! <3
_________________________________________________________
Kiedy tylko Hermiona zobaczyła jej długie, lśniące włosy, nie mogła się już powstrzymać. Wściekłość zupełnie zaślepiła jej umysł, co nie zdarzało się prawie nigdy. To wszystko było przez nią. Szantażowała Dracona, wykorzystała do własnych celów jego uczucia. Korytarz był prawie pusty, a Katy stała oparta o ścianę i ewidentnie na kogoś czekała. Hermiona przyspieszyła kroku, chciała dotrzeć do niej jak najszybciej.
- Witaj, Moller – powiedziała, stając naprzeciw niej.
W kieszeni szaty trzymała kurczowo różdżkę, tak na wszelki wypadek. Nie wiedziała, jak potoczy się ich rozmowa, ale miała nadzieję, że jednak nie pójdzie w tę stronę. Wolała być jednak przygotowana na wszystko. Dziewczyna nie odpowiedziała jej, tylko obrzuciła obojętnym spojrzeniem.
- Wiem o wszystkim. Nie chcę, być nieuprzejma, ale ja i Dracon nie życzymy sobie ciebie w naszym życiu – powiedziała przepełnionym jadem głosem.
Katy spojrzała na nią oczami pełnymi zdziwienia.
- Jak... Jak to możliwe? Przecież składał przysięgę...
Jej domysły się sprawdziły. Złożył przysięgę, która gwarantowała jej bezpieczeństwo. Przełknęła głośno ślinę.
- Nie wszystko przewidziałaś – powiedziała cicho.
Nagle wyraz twarzy Katy zmienił się diametralnie. Znów była zimna i wyniosła. Spojrzała na Hermionę z powątpiewaniem.
- Jakie to ma znaczenie? Jak sądzisz, szlamo, ile będzie trwała wasza bajka? Ile czasu zajmie mu zabawienie się z tobą i dołączenie twojej bielizny do swoich trofeów? Czy naprawdę uważasz go za typ faceta, który się przywiązuje i lubi zobowiązania? Nawet nie wyobrażasz sobie, ile razy z nim spałam. I wiesz co? Było mu bardzo dobrze, bo zawsze wracał po więcej. A ty, co masz mu do zaoferowania? Ile rozkoszy będziesz w stanie mu dać? Prędzej czy później znów przyleci do mnie, bo będzie brakowało mu normalnej dziewczyny.
W Hermionie wszystko się gotowało, kiedy słuchała tych słów. Patrzyła na idealną twarz dziewczyny, która stała przed nią i straciła nad sobą panowanie. Słuchanie o innych partnerkach Dracona w tym kontekście było dla niej po prostu bolesne. Puściła trzymaną w kieszeni różdżkę i rzuciła się na Ślizgonkę.
- Zamknij się w końcu – krzyknęła i uderzyła dziewczynę otwartą dłonią w twarz.
Huk, który rozległ się na korytarzu, zwrócił uwagę stojących nieopodal uczniów. Przyglądali się teraz z zaciekawieniem rozgrywającej się scenie. Wokół kłócących się dziewczyn zaczęła zbierać się grupa gapiów. Gryfonka przez chwilę była zszokowana swoim czynem, ale nie miała na to czasu. Katy wyciągnęła różdżkę i Hermiona zrobiła to samo.
- Expelliarmus – krzyknęła blondynka, ale Gryfonka w odpowiednim momencie wyczarowała tarczę.
Stały naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem. Hermiona z satysfakcją patrzyła na czerwony ślad, który zostawiła po sobie na policzku Ślizgonki. Nie zamierzała atakować pierwsza, czekała na ruch swojej przeciwniczki.
- Dawaj, atakuj, skoro jesteś tak głupia – zaśmiała się Gryfonka.
Katy była wyraźnie doprowadzona do granic wściekłości. Nie była już taka piękna, cała czerwona i potargana. Nagle z tłumu wyszli Harry, Ron i Zabini. Wybraniec stanął między dziewczynami i uniósł ręce.
- Spokojnie – mruknął ostrożnie.
Blaise podszedł do Katy, złapał ją w pasie i siłą zaczął ciągnąć w stronę lochów.
- Jeszcze się policzymy, szlamo – krzyknęła na odchodne.
- Chcę zobaczyć, jak się starasz – odwrzasnęła Hermiona, cała czerwona z wściekłości.
Doprowadzał ją do szału każdą częścią siebie. Każdym spojrzeniem i mimiką twarzy. Jak człowiek może być aż tak irytujący?
- No co, kochanie, nie będziesz mi kibicować? - usłyszała jego rozbawiony głos, co zdenerwowało ją jeszcze bardziej.
- Zapomnij – mruknęła.
Od co najmniej pół godziny sprzeczali się o zbliżający się nieuchronnie mecz między Gryffindorem a Slytherinem. Draco najwidoczniej uwielbiał drażnić ją w ten sposób, bo robił to przy praktycznie każdym spotkaniu.
- I tak was rozgromimy – wzruszył ramionami.
- No to jeszcze się zdziwisz – warknęła.
- Dobra, koniec, nie bulwersuj się tak – zaśmiał się i pociągnął ją na swoje kolana.
Zachichotała i wtuliła się w jego ramię. Trzy tygodnie czystego szczęścia. W końcu mogli się sobą nacieszyć, bez kłótni i przykrości. Na szczęście nikt nie zauważył ich, gdy Hermiona rzuciła u się na szyję. Wszyscy byli wtedy w Wielkiej Sali. Mieli prawdziwe szczęście, bo żadnemu z nich nie było na rękę ujawnianie się w tej chwili. Jak zareagowaliby na to Harry i Ron? A gdyby wiadomość dotarła do rodziców Dracona? Chociaż chcieli żyć normalnie, to nie mieli ku temu możliwości. Przyciągnął ją do siebie i pocałował delikatnie.
- No już, nie obrażaj się – zamruczał do jej ucha.
Zrobiła urażoną minę i wbiła wzrok w ścianę, teraz czekała na jego ruch. Robiła już tak niezliczoną ilość razy, zawsze grając na jego uczuciach w ten sam sposób. Z pewnością już dawno przejrzał jej strategię, ale nie dawał niczego po sobie poznać. Z każdym dniem zależało mu coraz bardziej, ale nadal nie mógł się zdobyć, aby wyznać jej swoje uczucia. Chociaż wszystko zaplanował bardzo dokładnie. Wraz z Zabinim i młodą Weasley. Gryfonka miała wykraść dla niech jedzenie z kuchni i trzymać Hermionę daleko od jego dormitorium, aż wszystkiego nie przygotuje. Cieszył się na to jak mały chłopiec. Nigdy wcześniej nie kochał, a skoro to już się stało, to chce, żeby wszystko było idealnie. Dokładnie z planem i po jego myśli. Teraz jednak ważniejszy był dla niego dzisiejszy mecz. Szczególnie, że na wygranej zależało mu podwójnie. Oprócz oczywistego powodu chciał jeszcze utrzeć nosa tej upartej Gryfonce, która nadal udawała śmiertelnie na niego obrażoną. Robił to specjalnie przy każdej okazji, bo uwielbiał patrzeć kiedy się irytuje, a jeszcze bardziej, kiedy robiła się wściekła. Wtedy była prawdziwą lwicą, którą uwielbiał. Pocałował ją w czubek nosa, żeby przestała się już na niego gniewać. Podziałało, uśmiechnęła się delikatnie. Przybliżył się do niej, aby pocałować ją w usta, ale wtedy ktoś im przeszkodził. Blaise wpadł szybko do jego dormitorium, oczywiście nie pukając.
- Nie chcę przeszkadzać, ale niedługo zaczyna się mecz. Lepiej się rusz Draco, bo musimy dzisiaj zmiażdżyć Gryfonów. Bez urazy, Granger – puścił do niej oczko.
Dziewczyna w odpowiedzi przewróciła tylko oczami i westchnęła.
- Zrozumiałam aluzję, już sobie idę – wstała, pocałowała blondyna w czoło, a wychodząc przybiła Zabiniemu piątkę.
Siedziała już na trybunach i czekała na wejście zawodników. Był środek czerwca, nie mogła pozwolić sobie na szalik z barwami Gryffindoru, więc obie z Ginny zdecydowały się tylko na krawaty i kapelusze w tych kolorach. Młoda panna Weasley od dawna była już pewna, co czuje do czarnoskórego Ślizgona, ale jakoś nie spieszyło jej się do związku z nim. Co powiedziałaby rodzinie, a w szczególności braciom? Udawali więc, że są tylko przyjaciółmi, ale odkąd nocowała u niego po zniknięciu Hermiony i Rona, coś się zmieniło. Teraz oszukiwała już sama siebie, że Blaise jest dla niej nikim. Wypatrywała uporczywie, aż chłopak wejdzie w końcu na boisko. Bardzo podobał jej się w zielonym sportowym stroju, jakiś taki jeszcze dostojniejszy i bardziej męski. Właśnie to pociągało ją najbardziej, że umiał poskromić jej temperament i czuła się przy nim jak mała dziewczynka. Wreszcie wyszli, wypatrywała go niecierpliwie. Skupiła na nim swój wzrok, chociaż i tak miała nadzieję, że Slytherin przegra ten mecz. Nie zniosłaby jego docinek, gdyby było inaczej. Ach, jak ona żałowała, że nie może zagrać razem z nimi i przyczynić się do klęski Zabiniego. Kontuzja ramienia po ostatnim treningu nie była poważna, ale dyskwalifikowała ją w dzisiejszym meczu. Pozostawało jej tylko kibicować Gryfonom całym sercem, które w dużej mierze należało do Ślizgona. Wreszcie rozległ się gwizdek i wystartowali. Przez cały czas śledziła Ślizgona wzrokiem. Latał na swojej Błyskawicy z zaskakującą szybkością, aż momentami bolały ją oczy.
- Trzymaj kciuki, Ginny, musimy wygrać. Nie możemy dać im tej satysfakcji – usłyszała głos siedzącej obok Hermiony.
- Nie martw się, nie mają szans – posłała przyjaciółce mściwy uśmiech.
Znów odnalazła wzrokiem chłopaka i śledziła każdy jego ruch. Skupiając na nim całą swoją uwagę była zaskoczona, gdy usłyszała obok siebie ogłuszający ryk. To Gryffindor zdobył 10 punktów. Zganiła się w myślach, powinna śledzić przebieg gry, nie obserwować Ślizgona. Starała się uważnie obserwować ruch Kafla między zawodnikami i wstrzymała oddech, kiedy przejął go Blaise. Ruszył wprost na bramkę, Ron próbował obronić prawą obręcz, ale Ślizgon był szybszy. Gryfoni wstrzymali oddech, gdy Slytherin zremisował. Uradowany Zabini zaczął krążyć wokół boiska wymachując rękami w akcie celebracji gola. Ginny po raz kolejny stwierdziła, iż uśmiech chłopaka jest rozbrajający. Wtem Blaise zrobił coś kompletnie nieoczekiwanego, ruszył w stronę trybun okupowanych przez Gryfonów i zawisł na miotle metr przed Ginny. Nie spotkało się to z wielkim entuzjazmem Gryfonów, którzy zaczęli rzucać w niego różnimy przedmiotami i wygwizdywać. Uchylił się przed lecącą w jego stronę ryczącą maskotką w kształcie lwa. Nie zwracając uwagi na krzyki Gryfonów, zbliżył się jeszcze trochę do Ginny. Poczuła, że robi jej się gorąco. Włożył rękę pod wierzchnią warstwę sportowego stroju i wyjął włożoną tam wcześniej różę. Musiała być zaczarowana, ponieważ mimo sposobu jej przechowywania, jej wygląd był nienaruszony. Sprawnym ruchem podał kwiat Ginny, puścił do niej oko i szybko się oddalił. Miała wrażenie, że zaraz zapadnie się pod ziemię, uwaga wszystkich zgromadzonych osób była skupiona tylko na niej. Poczuła, że Hermiona ściska jej dłoń i usłyszała jej śmiech zaraz koło swojego ucha. Rozległy się brawa ze strony Krukonów i Puchonów, a z części trybun należących do pozostałych dwóch domów dobiegały tylko gwizdy i buczenie. Ginny spojrzała na swojego brata i dostrzegła, że jego twarz jest cała czerwona z wściekłości. Dalsza część meczu była na tyle absorbująca, że wszyscy zapomnieli o wcześniejszym wydarzeniu. Tylko ruda Gryfonka wciąż wpatrywała się w kwiat z wypiekami na twarzy. Efektywność Rona jako obrońcy znacznie zmalała, bo zamiast skupiać się na meczu, wpatrywał się wściekle to w Ginny, to w Blaise'a. Mecz był długi i kiedy Harry złapał w końcu znicz, nie przesądziło to o wygranej Gryfonów. Przegrali 10 punktami, co tylko pogorszyło nastrój uczniów Gryffindoru. Kiedy uczestnicy zeszli z mioteł, jeszcze bardziej rozwścieczony Ron podszedł do Jimmy'ego Peakesa i zabrał mu pałkę. Nim ktokolwiek zdążył się zorientować, ruszył w stronę Zabiniego, który w najlepsze rozmawiał z Draconem.
- Trzymaj łapy z dala od mojej siostry – ryknął i zamachnął się.
Ślizgon odwrócił się i dostał ciężkim przedmiotem prosto w twarz. Chłopak upadł ciężko na ziemię, tracąc przytomność. Ginny krzyknęła i zacisnęła dłoń na ręce Hermiony. Obecni na trybunach uczniowie wstrzymali oddech, pojedyncze dziewczyny zapiszczały. Kiedy tylko Draco zorientował się, co zrobił Ron, natychmiast rzucił się na niego i uderzył go w twarz. Reszta obu drużyn krzycząc rzuciła się sobie do gardeł. Nagle rozległ się wystrzał i wszyscy umilkli i stanęli w bezruchu. Na boisku wszedł Dumbledore, a za nim kilku nauczycieli. Snape machnięciem różdżki sprawił, że ciało Ślizgona zawisło metr nad ziemią. Ruszył wraz z nim w stronę zamku. Ginny nie widziała, co działo się dalej na boisku, bo pognała za Blaisem do skrzydła szpitalnego. Wpadła tam chwilę po tym, gdy ułożyli chłopaka na łóżku.
- Proszę stąd wyjść – usłyszała karcący głos pani Pomfrey.
Zignorowała ją i usiadła koło nieprzytomnego chłopaka. Chwilę później wbiegła tam reszta drużyny Slytherinu wraz z Hermioną. Malfoy wycierał krew wypływającą z nosa, a inny gracz przykładał dłoń do opuchniętej szczęki.
- Co z nim? - krzyknął ktoś z tłumu w stronę pielęgniarki.
- Najprawdopodobniej ma złamaną szczękę, ale na razie nie mogę powiedzieć nic więcej. Proszę was wszystkich, o opuszczenie tego miejsca.
Po chwili wszyscy spełnili jej polecenie. Ślizgoni ruszyli w stronę lochów, ale Ginny wolała zostać i czekać na więcej informacji.
- Co z Ronem? - zapytała jeszcze Hermionę, gdy ta już odchodziła.
- Nie wiem, Dumbledore wezwał go na rozmowę.
Gryfonka czekała ponad godzinę. Kiedy przyszła dowiedzieć się o stan chłopaka, pielęgniarka pozwoliła jej zostać przy jego łóżku. Siedziała więc w ciszy, trzymając go z rękę i wpatrując się w jego opuchniętą twarz, wyczekując najmniejszego ruchu. Po kilkunastu minutach poczuła, że chłopak ścisnął jej dłoń. Spojrzała szybko na jego twarz. Zamrugał kilka razy powiekami.
- Ginny? - jego głos był obcy, mówił z trudem.
Kiedy otworzył usta, spostrzegła, że brakuje mu zęba. Jaka wściekła była wtedy na Rona za to, co mu zrobił. Jak mógł być tak brutalny i lekkomyślny...
- Jestem tu – odpowiedziała chłopakowi cicho.
Nie chciała go męczyć, nie powinien się teraz nadwyrężać. Pocałowała go delikatnie w usta.
- Śpij – powiedziała łagodnie.
To właśnie był ten dzień. Wszystko miał idealnie zaplanowane i przygotowane. Blaise, który doszedł już do siebie, pomógł mu wszystko obmyślić i urządzić. Wczoraj zakończył swój szlaban, który odbywał wraz z Ronem i miał w końcu wolny wieczór. To jest ta noc, kiedy powie jej wszystko. Jeszcze tylko ta ostatnia lekcja, tylko te kilka minut eliksirów. Wreszcie zabrzmiał dzwonek i chłopak spakował się w pośpiechu.
- Nie tak szybko, panie Malfoy – usłyszał głos Snape'a.
Serce mu przystanęło. Nie, tylko nie dziś... Niech dadzą mu jeszcze kilka dni. Chociaż kilka dni szczęścia.
- Tak? - odwrócił się w stronę profesora.
- Dziś wieczorem masz się stawić u mnie. Spakowany, nie wracasz już do Hogwartu...
_________________________________________________________
Kiedy tylko Hermiona zobaczyła jej długie, lśniące włosy, nie mogła się już powstrzymać. Wściekłość zupełnie zaślepiła jej umysł, co nie zdarzało się prawie nigdy. To wszystko było przez nią. Szantażowała Dracona, wykorzystała do własnych celów jego uczucia. Korytarz był prawie pusty, a Katy stała oparta o ścianę i ewidentnie na kogoś czekała. Hermiona przyspieszyła kroku, chciała dotrzeć do niej jak najszybciej.
- Witaj, Moller – powiedziała, stając naprzeciw niej.
W kieszeni szaty trzymała kurczowo różdżkę, tak na wszelki wypadek. Nie wiedziała, jak potoczy się ich rozmowa, ale miała nadzieję, że jednak nie pójdzie w tę stronę. Wolała być jednak przygotowana na wszystko. Dziewczyna nie odpowiedziała jej, tylko obrzuciła obojętnym spojrzeniem.
- Wiem o wszystkim. Nie chcę, być nieuprzejma, ale ja i Dracon nie życzymy sobie ciebie w naszym życiu – powiedziała przepełnionym jadem głosem.
Katy spojrzała na nią oczami pełnymi zdziwienia.
- Jak... Jak to możliwe? Przecież składał przysięgę...
Jej domysły się sprawdziły. Złożył przysięgę, która gwarantowała jej bezpieczeństwo. Przełknęła głośno ślinę.
- Nie wszystko przewidziałaś – powiedziała cicho.
Nagle wyraz twarzy Katy zmienił się diametralnie. Znów była zimna i wyniosła. Spojrzała na Hermionę z powątpiewaniem.
- Jakie to ma znaczenie? Jak sądzisz, szlamo, ile będzie trwała wasza bajka? Ile czasu zajmie mu zabawienie się z tobą i dołączenie twojej bielizny do swoich trofeów? Czy naprawdę uważasz go za typ faceta, który się przywiązuje i lubi zobowiązania? Nawet nie wyobrażasz sobie, ile razy z nim spałam. I wiesz co? Było mu bardzo dobrze, bo zawsze wracał po więcej. A ty, co masz mu do zaoferowania? Ile rozkoszy będziesz w stanie mu dać? Prędzej czy później znów przyleci do mnie, bo będzie brakowało mu normalnej dziewczyny.
W Hermionie wszystko się gotowało, kiedy słuchała tych słów. Patrzyła na idealną twarz dziewczyny, która stała przed nią i straciła nad sobą panowanie. Słuchanie o innych partnerkach Dracona w tym kontekście było dla niej po prostu bolesne. Puściła trzymaną w kieszeni różdżkę i rzuciła się na Ślizgonkę.
- Zamknij się w końcu – krzyknęła i uderzyła dziewczynę otwartą dłonią w twarz.
Huk, który rozległ się na korytarzu, zwrócił uwagę stojących nieopodal uczniów. Przyglądali się teraz z zaciekawieniem rozgrywającej się scenie. Wokół kłócących się dziewczyn zaczęła zbierać się grupa gapiów. Gryfonka przez chwilę była zszokowana swoim czynem, ale nie miała na to czasu. Katy wyciągnęła różdżkę i Hermiona zrobiła to samo.
- Expelliarmus – krzyknęła blondynka, ale Gryfonka w odpowiednim momencie wyczarowała tarczę.
Stały naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem. Hermiona z satysfakcją patrzyła na czerwony ślad, który zostawiła po sobie na policzku Ślizgonki. Nie zamierzała atakować pierwsza, czekała na ruch swojej przeciwniczki.
- Dawaj, atakuj, skoro jesteś tak głupia – zaśmiała się Gryfonka.
Katy była wyraźnie doprowadzona do granic wściekłości. Nie była już taka piękna, cała czerwona i potargana. Nagle z tłumu wyszli Harry, Ron i Zabini. Wybraniec stanął między dziewczynami i uniósł ręce.
- Spokojnie – mruknął ostrożnie.
Blaise podszedł do Katy, złapał ją w pasie i siłą zaczął ciągnąć w stronę lochów.
- Jeszcze się policzymy, szlamo – krzyknęła na odchodne.
- Chcę zobaczyć, jak się starasz – odwrzasnęła Hermiona, cała czerwona z wściekłości.
Doprowadzał ją do szału każdą częścią siebie. Każdym spojrzeniem i mimiką twarzy. Jak człowiek może być aż tak irytujący?
- No co, kochanie, nie będziesz mi kibicować? - usłyszała jego rozbawiony głos, co zdenerwowało ją jeszcze bardziej.
- Zapomnij – mruknęła.
Od co najmniej pół godziny sprzeczali się o zbliżający się nieuchronnie mecz między Gryffindorem a Slytherinem. Draco najwidoczniej uwielbiał drażnić ją w ten sposób, bo robił to przy praktycznie każdym spotkaniu.
- I tak was rozgromimy – wzruszył ramionami.
- No to jeszcze się zdziwisz – warknęła.
- Dobra, koniec, nie bulwersuj się tak – zaśmiał się i pociągnął ją na swoje kolana.
Zachichotała i wtuliła się w jego ramię. Trzy tygodnie czystego szczęścia. W końcu mogli się sobą nacieszyć, bez kłótni i przykrości. Na szczęście nikt nie zauważył ich, gdy Hermiona rzuciła u się na szyję. Wszyscy byli wtedy w Wielkiej Sali. Mieli prawdziwe szczęście, bo żadnemu z nich nie było na rękę ujawnianie się w tej chwili. Jak zareagowaliby na to Harry i Ron? A gdyby wiadomość dotarła do rodziców Dracona? Chociaż chcieli żyć normalnie, to nie mieli ku temu możliwości. Przyciągnął ją do siebie i pocałował delikatnie.
- No już, nie obrażaj się – zamruczał do jej ucha.
Zrobiła urażoną minę i wbiła wzrok w ścianę, teraz czekała na jego ruch. Robiła już tak niezliczoną ilość razy, zawsze grając na jego uczuciach w ten sam sposób. Z pewnością już dawno przejrzał jej strategię, ale nie dawał niczego po sobie poznać. Z każdym dniem zależało mu coraz bardziej, ale nadal nie mógł się zdobyć, aby wyznać jej swoje uczucia. Chociaż wszystko zaplanował bardzo dokładnie. Wraz z Zabinim i młodą Weasley. Gryfonka miała wykraść dla niech jedzenie z kuchni i trzymać Hermionę daleko od jego dormitorium, aż wszystkiego nie przygotuje. Cieszył się na to jak mały chłopiec. Nigdy wcześniej nie kochał, a skoro to już się stało, to chce, żeby wszystko było idealnie. Dokładnie z planem i po jego myśli. Teraz jednak ważniejszy był dla niego dzisiejszy mecz. Szczególnie, że na wygranej zależało mu podwójnie. Oprócz oczywistego powodu chciał jeszcze utrzeć nosa tej upartej Gryfonce, która nadal udawała śmiertelnie na niego obrażoną. Robił to specjalnie przy każdej okazji, bo uwielbiał patrzeć kiedy się irytuje, a jeszcze bardziej, kiedy robiła się wściekła. Wtedy była prawdziwą lwicą, którą uwielbiał. Pocałował ją w czubek nosa, żeby przestała się już na niego gniewać. Podziałało, uśmiechnęła się delikatnie. Przybliżył się do niej, aby pocałować ją w usta, ale wtedy ktoś im przeszkodził. Blaise wpadł szybko do jego dormitorium, oczywiście nie pukając.
- Nie chcę przeszkadzać, ale niedługo zaczyna się mecz. Lepiej się rusz Draco, bo musimy dzisiaj zmiażdżyć Gryfonów. Bez urazy, Granger – puścił do niej oczko.
Dziewczyna w odpowiedzi przewróciła tylko oczami i westchnęła.
- Zrozumiałam aluzję, już sobie idę – wstała, pocałowała blondyna w czoło, a wychodząc przybiła Zabiniemu piątkę.
Siedziała już na trybunach i czekała na wejście zawodników. Był środek czerwca, nie mogła pozwolić sobie na szalik z barwami Gryffindoru, więc obie z Ginny zdecydowały się tylko na krawaty i kapelusze w tych kolorach. Młoda panna Weasley od dawna była już pewna, co czuje do czarnoskórego Ślizgona, ale jakoś nie spieszyło jej się do związku z nim. Co powiedziałaby rodzinie, a w szczególności braciom? Udawali więc, że są tylko przyjaciółmi, ale odkąd nocowała u niego po zniknięciu Hermiony i Rona, coś się zmieniło. Teraz oszukiwała już sama siebie, że Blaise jest dla niej nikim. Wypatrywała uporczywie, aż chłopak wejdzie w końcu na boisko. Bardzo podobał jej się w zielonym sportowym stroju, jakiś taki jeszcze dostojniejszy i bardziej męski. Właśnie to pociągało ją najbardziej, że umiał poskromić jej temperament i czuła się przy nim jak mała dziewczynka. Wreszcie wyszli, wypatrywała go niecierpliwie. Skupiła na nim swój wzrok, chociaż i tak miała nadzieję, że Slytherin przegra ten mecz. Nie zniosłaby jego docinek, gdyby było inaczej. Ach, jak ona żałowała, że nie może zagrać razem z nimi i przyczynić się do klęski Zabiniego. Kontuzja ramienia po ostatnim treningu nie była poważna, ale dyskwalifikowała ją w dzisiejszym meczu. Pozostawało jej tylko kibicować Gryfonom całym sercem, które w dużej mierze należało do Ślizgona. Wreszcie rozległ się gwizdek i wystartowali. Przez cały czas śledziła Ślizgona wzrokiem. Latał na swojej Błyskawicy z zaskakującą szybkością, aż momentami bolały ją oczy.
- Trzymaj kciuki, Ginny, musimy wygrać. Nie możemy dać im tej satysfakcji – usłyszała głos siedzącej obok Hermiony.
- Nie martw się, nie mają szans – posłała przyjaciółce mściwy uśmiech.
Znów odnalazła wzrokiem chłopaka i śledziła każdy jego ruch. Skupiając na nim całą swoją uwagę była zaskoczona, gdy usłyszała obok siebie ogłuszający ryk. To Gryffindor zdobył 10 punktów. Zganiła się w myślach, powinna śledzić przebieg gry, nie obserwować Ślizgona. Starała się uważnie obserwować ruch Kafla między zawodnikami i wstrzymała oddech, kiedy przejął go Blaise. Ruszył wprost na bramkę, Ron próbował obronić prawą obręcz, ale Ślizgon był szybszy. Gryfoni wstrzymali oddech, gdy Slytherin zremisował. Uradowany Zabini zaczął krążyć wokół boiska wymachując rękami w akcie celebracji gola. Ginny po raz kolejny stwierdziła, iż uśmiech chłopaka jest rozbrajający. Wtem Blaise zrobił coś kompletnie nieoczekiwanego, ruszył w stronę trybun okupowanych przez Gryfonów i zawisł na miotle metr przed Ginny. Nie spotkało się to z wielkim entuzjazmem Gryfonów, którzy zaczęli rzucać w niego różnimy przedmiotami i wygwizdywać. Uchylił się przed lecącą w jego stronę ryczącą maskotką w kształcie lwa. Nie zwracając uwagi na krzyki Gryfonów, zbliżył się jeszcze trochę do Ginny. Poczuła, że robi jej się gorąco. Włożył rękę pod wierzchnią warstwę sportowego stroju i wyjął włożoną tam wcześniej różę. Musiała być zaczarowana, ponieważ mimo sposobu jej przechowywania, jej wygląd był nienaruszony. Sprawnym ruchem podał kwiat Ginny, puścił do niej oko i szybko się oddalił. Miała wrażenie, że zaraz zapadnie się pod ziemię, uwaga wszystkich zgromadzonych osób była skupiona tylko na niej. Poczuła, że Hermiona ściska jej dłoń i usłyszała jej śmiech zaraz koło swojego ucha. Rozległy się brawa ze strony Krukonów i Puchonów, a z części trybun należących do pozostałych dwóch domów dobiegały tylko gwizdy i buczenie. Ginny spojrzała na swojego brata i dostrzegła, że jego twarz jest cała czerwona z wściekłości. Dalsza część meczu była na tyle absorbująca, że wszyscy zapomnieli o wcześniejszym wydarzeniu. Tylko ruda Gryfonka wciąż wpatrywała się w kwiat z wypiekami na twarzy. Efektywność Rona jako obrońcy znacznie zmalała, bo zamiast skupiać się na meczu, wpatrywał się wściekle to w Ginny, to w Blaise'a. Mecz był długi i kiedy Harry złapał w końcu znicz, nie przesądziło to o wygranej Gryfonów. Przegrali 10 punktami, co tylko pogorszyło nastrój uczniów Gryffindoru. Kiedy uczestnicy zeszli z mioteł, jeszcze bardziej rozwścieczony Ron podszedł do Jimmy'ego Peakesa i zabrał mu pałkę. Nim ktokolwiek zdążył się zorientować, ruszył w stronę Zabiniego, który w najlepsze rozmawiał z Draconem.
- Trzymaj łapy z dala od mojej siostry – ryknął i zamachnął się.
Ślizgon odwrócił się i dostał ciężkim przedmiotem prosto w twarz. Chłopak upadł ciężko na ziemię, tracąc przytomność. Ginny krzyknęła i zacisnęła dłoń na ręce Hermiony. Obecni na trybunach uczniowie wstrzymali oddech, pojedyncze dziewczyny zapiszczały. Kiedy tylko Draco zorientował się, co zrobił Ron, natychmiast rzucił się na niego i uderzył go w twarz. Reszta obu drużyn krzycząc rzuciła się sobie do gardeł. Nagle rozległ się wystrzał i wszyscy umilkli i stanęli w bezruchu. Na boisku wszedł Dumbledore, a za nim kilku nauczycieli. Snape machnięciem różdżki sprawił, że ciało Ślizgona zawisło metr nad ziemią. Ruszył wraz z nim w stronę zamku. Ginny nie widziała, co działo się dalej na boisku, bo pognała za Blaisem do skrzydła szpitalnego. Wpadła tam chwilę po tym, gdy ułożyli chłopaka na łóżku.
- Proszę stąd wyjść – usłyszała karcący głos pani Pomfrey.
Zignorowała ją i usiadła koło nieprzytomnego chłopaka. Chwilę później wbiegła tam reszta drużyny Slytherinu wraz z Hermioną. Malfoy wycierał krew wypływającą z nosa, a inny gracz przykładał dłoń do opuchniętej szczęki.
- Co z nim? - krzyknął ktoś z tłumu w stronę pielęgniarki.
- Najprawdopodobniej ma złamaną szczękę, ale na razie nie mogę powiedzieć nic więcej. Proszę was wszystkich, o opuszczenie tego miejsca.
Po chwili wszyscy spełnili jej polecenie. Ślizgoni ruszyli w stronę lochów, ale Ginny wolała zostać i czekać na więcej informacji.
- Co z Ronem? - zapytała jeszcze Hermionę, gdy ta już odchodziła.
- Nie wiem, Dumbledore wezwał go na rozmowę.
Gryfonka czekała ponad godzinę. Kiedy przyszła dowiedzieć się o stan chłopaka, pielęgniarka pozwoliła jej zostać przy jego łóżku. Siedziała więc w ciszy, trzymając go z rękę i wpatrując się w jego opuchniętą twarz, wyczekując najmniejszego ruchu. Po kilkunastu minutach poczuła, że chłopak ścisnął jej dłoń. Spojrzała szybko na jego twarz. Zamrugał kilka razy powiekami.
- Ginny? - jego głos był obcy, mówił z trudem.
Kiedy otworzył usta, spostrzegła, że brakuje mu zęba. Jaka wściekła była wtedy na Rona za to, co mu zrobił. Jak mógł być tak brutalny i lekkomyślny...
- Jestem tu – odpowiedziała chłopakowi cicho.
Nie chciała go męczyć, nie powinien się teraz nadwyrężać. Pocałowała go delikatnie w usta.
- Śpij – powiedziała łagodnie.
To właśnie był ten dzień. Wszystko miał idealnie zaplanowane i przygotowane. Blaise, który doszedł już do siebie, pomógł mu wszystko obmyślić i urządzić. Wczoraj zakończył swój szlaban, który odbywał wraz z Ronem i miał w końcu wolny wieczór. To jest ta noc, kiedy powie jej wszystko. Jeszcze tylko ta ostatnia lekcja, tylko te kilka minut eliksirów. Wreszcie zabrzmiał dzwonek i chłopak spakował się w pośpiechu.
- Nie tak szybko, panie Malfoy – usłyszał głos Snape'a.
Serce mu przystanęło. Nie, tylko nie dziś... Niech dadzą mu jeszcze kilka dni. Chociaż kilka dni szczęścia.
- Tak? - odwrócił się w stronę profesora.
- Dziś wieczorem masz się stawić u mnie. Spakowany, nie wracasz już do Hogwartu...
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Rozdział XXVIII - Powroty.
Nie śpię, bo uczę się do egzaminu piszę fanfiction. No cóż, kiedyś trzeba, bo chcę wyrobić się z tym opowiadaniem do określonej daty! :) No cóż, rozdział krótki i dość... Zapychający? Trochę tak. Ale mam nadzieję, że może komuś się spodoba :)
Mam jutro (tak, od 4 godzin jest poniedziałek) egzamin, więc trzymajcie za mnie kciuki, kochani! <3
_________________________________________________________
Otworzyła oczy i pierwsze, co do niej dotarło, to miękkość ciepłej pościeli. Była zupełnym przeciwieństwem zimnego, twardego kamienia, który przez tydzień był jej łóżkiem. Pomieszczenie, w którym teraz się znajdowała było niezwykle jasne. Zamrugała powiekami. Bodźce docierały do niej powoli, było zupełnie otumaniona. Dopiero po chwili poczuła, że ktoś trzyma ja za rękę. Spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła bladą, drobną osóbkę. Ginny drzemała na krześle, a na policzkach miała nadal świeże ślady łez. Hermiona nie chciała jej obudzić, więc nie wykonała żadnego ruchu. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Nie miała już wątpliwości, gdzie się znajduje, to z pewnością było skrzydło szpitalne. Po chwili zaczęły wracać do niej wspomnienia. Ciemność, strach i ból. Wiele bólu.
Z bijącym sercem nasłuchiwali najmniejszych odgłosów na korytarzu. Czuła na sobie nieprzyjemne Zaklęcie Kameleona, ale i tak bała się, że ktoś może ich zauważyć. Kurczowo trzymała w dłoni różdżkę, którą dostali od Dracona, i i kuśtykała, wsparta na przyjacielu, w stronę wyjścia. To na szczęście udało im się bezproblemowo i już po chwili poczuła na swojej skórze chłodny, nocy wiatr. Po raz pierwszy od około tygodnia poczuła świeże powietrze. Dopiero w tym momencie poczuła się naprawdę wolna. Przystanęła na chwilę, żeby rozkoszować się tą chwilą. Ron jednak pociągnął ją gwałtownie. No tak, to jeszcze nie był koniec. Jeszcze nie byli bezpieczni. Skierowali się w stronę bramy, która nawet nie chciała drgnąć, kiedy Hermiona używała całej swojej siły, ale otworzyła się pod delikatnym dotykiem Rona. Najwidoczniej przeważyła jego czysta krew. Kiedy w końcu znaleźli się poza Malfoy Manor, ukryli się w lesie nieopodal. Dziewczyna wyczarowała Patronusa z wiadomością i wysłała go do Dumbledore'a. Położyła się na miękkiej trawie, która była dla niej ukojeniem. Tak wygodna, na świeżym powietrzu... Zamknęła oczy...
Hermiona delikatnie poruszyła ręką, którą trzymała Ginny i dziewczyna natychmiast zerwała się z miejsca. Miała bardzo czujny sen, szczególnie, kiedy na coś czekała. Spojrzała na Hermionę nieprzytomnie, ale zaraz w jej oczach znów zaszkliły się łzy.
- Hermiona – szepnęła tylko i usiadła oniemiała.
- Co z Ronem? - wychrypiała dziewczyna.
- Wyszedł stąd już dawno, popękane żebra szybko się zrosły. Teraz są z Harry'm na zajęciach. Ja nie poszłam, ale oni musieli. Nie chcieli zarobić szlabanu za nieobecność na eliksirach. Z tobą było o wiele gorzej, niż z nim. Ciężej przyjęłaś tortury i brak pożywienia. Zakażenie z rannej nogi zaczęło przemieszczać się z krwią po organizmie. Kiedy was znaleźli, byłaś już nieprzytomna. Jak teraz się czujesz? – pogłaskała przyjaciółkę po splątanych włosach.
- Chyba dobrze. Czy-czy długo spałam? - zająknęła się dziewczyna.
- Przywieźli cię tu o drugiej w nocy, jest dwunasta. Tylko dziesięć godzin, spodziewali się, że będzie to trwało dłużej. Czy to prawda, co mówił Ron? Że Draco przyszedł w nocy was torturować, ale udało wam się go oszołomić? - zniżyła głos do szeptu.
Hermiona pokręciła przecząco głową i spuściła wzrok na swoje dłonie. Zawdzięczają mu swoje życie. Ryzykował swoje, żeby ich uratować. Tylko dlaczego? Czy chodziło tylko o to, że nie jest mordercą? Może wygrały sentymenty?
- Nie, on nas uratował – powiedziała ledwo słyszalnie. - Ale kazał nam przekazywać to, co powiedział Ron. Dla własnego bezpieczeństwa. Och, Ginny, tylko ty możesz o tym wiedzieć – ścisnęła jej rękę.
- Nie martw się. Wiesz co? Wydaje mi się, że w głębi swojego skamieniałego serca, gdzieś na samym dnie jego podświadomości, on cię naprawdę kocha, Hermiono. Zanim zaprzeczysz, posłuchaj. Ryzykował dla ciebie swoje życie, gdyby chodziło tylko o Rona, z pewnością nie zrobiłby nic w tym kierunku...
- Ginny, on mnie zdradził, a potem nazwał szlamą – warknęła.
- Rozmawiałam o ty Blaise'm i...
- Skończ!
- Jak wolisz!
Hermiona odwróciła się na bok, dając tym samym Ginny do zrozumienia, że nie ma ochoty na dalszą rozmowę.
- Widziałaś go dzisiaj? - zapytała jeszcze.
- Nie. Nie było go na śniadaniu. Nie rzucił mi się w oczy też nigdzie indziej.
Co z nim zrobili? Jaką poniósł karę za ich ucieczkę? Miała tylko nadzieję, że nie zapłacił za to życiem. Musiała się od kogoś dowiedzieć o jego stanie. Od Blaise'a? A co, jeśli nie powiedział mu, po co jedzie do domu? Wszystko nie tak... Poderwała się szybko.
- Pani Pomfrey! - zawołała.
Pielęgniarka zjawiła się natychmiast, słysząc jej głos. Spojrzała na nią zaniepokojona.
- Co się stało? - zapytała łagodnie.
- Musze stąd wyjść, natychmiast! Czuję się już dobrze – szybko stanęła na ziemi i z zaskoczeniem stwierdziła, że z jej nogą jest już prawie dobrze.
- Nie ma mowy! Musisz tu ostać chociażby do wieczora!
- Nie mogę. Błagam, to naprawdę ważne – zrobiła najbardziej zbolałą minę, na jaką było ją stać.
- Pójdę na ugodę, możesz wyjść po zakończeniu lekcji i ani chwili wcześniej.
Hermiona opadła ciężko na łóżko i spojrzała na Ginny. To była w tym momencie jej ostatnia nadzieja. Blaise jak najszybciej musiał o wszystkim się dowiedzieć.
- Błagam, sprowadź tu Zabiniego jak najszybciej. On musi o wszystkim wiedzieć, musi mu pomóc!
Dziewczyna kiwnęła delikatnie głową i wstała. Kiedy Hermiona została sama, myślała o tym, co kierowało chłopakiem, kiedy ratował ich ze swojego domu. A co, jeśli Ginny miała rację i chodziło o miłość. Nie, to niemożliwe. Gdyby ją kochał, nie zdradziłby jej. Chociaż z drugiej strony, znowu ją uratował, nie wiadomo, który to już raz. Zawsze, kiedy była w niebezpieczeństwie, on w jakiś dziwny sposób był przy niej. Zawsze, gdy go potrzebowała. A może teraz on potrzebował jej? O ile nie uśmiercili go za jego lekkomyślność... Odrzuciła tę myśl, Lucjusz Malfoy miał byt wysoką pozycję, żeby zabili jego syna.
Ni musiała długo czekać na Ślizgona. Dla Ginny zrobiłby wszystko, a jeszcze jedna opuszczona lekcja nie robiła mu różnicy. Wszedł do pomieszczenia raźnym krokiem i usiadł przy łóżku Gryfonki.
- No, Granger, jak się czujesz? - uśmiechnął się szeroko.
- Dobrze, ale Blaise... Nie ma czasu. Czy Draco wrócił?
Chłopak zmarszczył brwi.
- Nie... Myślę, że coś zatrzymało go w domu. Jak właściwie udało mu się was wyciągnąć?
- Tutaj jest problem... On, wykradł dla nas różdżkę i kazał się oszołomić, żeby zrzucić na niego winę za ucieczkę. Martwię się, że mógł ponieść jakieś konsekwencje. Mógłbyś się jakoś dowiedzieć? Błagam, Blaise.
Chłopak wydawał się lekko oniemiały. Długo przetwarzał informacje, aż w końcu wstał.
- Tak, myślę, że mogę się dowiedzieć.
Nie mówiąc już nic więcej, wyszedł z pomieszczenia. Opadła ciężko na poduszki. Nie mogła już nic zrobić. Tkwiła w tej cholernej bezczynności. Czekała, a w końcu będzie mogła wyjść z tego miejsca i znaleźć się w końcu we własnym dormitorium.
- Hermiona? - usłyszała za sobą cichy głos.
Odwróciła się i ujrzała Harry'ego i Rona. Zerwała się szybko i rzuciła się Potter'owi na szyję. Tak bardzo z nim tęskniła.
- Jak się czujesz? - zapytał.
- Już prawie dobrze – odpowiedziała cicho.
Pani Pomfrey pozwoliła jej wyjść już na obiad, ale i tak skierowała się od razu do swojego dormitorium. Położyła się wreszcie we własnym łóżku i odetchnęła głęboko. Nie miała zamiaru ruszać się z niego aż do wieczora. Nie miała teraz ochoty z nikim się widzieć. Godziny mijały, a ona walczyła z powracającymi wspomnieniami i natrętnymi myślami. Chciała, żeby to wszystko już się skończyło. Zbyt wiele wydarzyło się w jej życiu ostatnimi czasy. Drzemała, kiedy Ginny weszła do jej pokoju. Potrząsnęła nią delikatnie.
- Hermiono, musisz się obudzić – powiedziała głośno, prosto do jej ucha.
Dziewczyna zerwała się gwałtownie, patrząc nieprzytomnie na przyjaciółkę.
- Blaise czeka na dole, ma dla ciebie jakąś ważną informację.
Hermiona wstała natychmiast, zupełnie rozbudzona. Ubrała się szybko i nawet nie oglądając się na Ginny, ruszyła po schodach. Zabini stał zaraz za portretem. Wystarczyło jedno spojrzenie, aby zobaczyć, jak bardzo jest zdenerwowany. Nie musiał nic mówić, Hermiona już wiedziała, że nie jest dobrze.
- Jak bardzo źle jest? - zapytała ze ściśniętym sercem.
- Torturowali go. Byli wściekli, że był tak lekkomyślny, pokładali w informacjach od was spore nadzieje. Teraz dochodzi do siebie, ale nie jest najlepiej. Nikt, oprócz matki i ojca, jakoś nieszczególnie dba, aby wrócił do zdrowia.
Poczuła, jak jej serce przeszywa skurcz. Torturowali go, bo pomógł im uciec.
- Skąd masz te informacje?
- Skontaktowałem się z matką za pomocą sieci Fiu. Ona wie, co dzieje się w Malfoy Manor.
- Wie, kiedy wróci do zamku?
- Na razie nadal jest nieprzytomny, ale mam nadzieję, że już niedługo.
Nieprzytomny... Odwróciła się, żeby odejść, ale Blaise złapał ją za ramię. Odwróciła się szybko. Cokolwiek jeszcze chciał jej powiedzieć, miała nadzieję, że zrobi to szybko.
- On cię naprawdę kocha – powiedział, patrząc jej w oczy.
- Zabini, on mnie zdradził. Tak nie postępują ludzi zakochani – wyrwała się z jego uścisku gwałtownie.
- On tego nie zrobił...
- Widziałam ich razem – przerwała mu ostrym tonem.
- To wszystko moja wina! Ja... Ja się upiłem i powiedziałem jej... O was. Dzień wcześniej. Powiedział mi potem, że cię kocha. Upijał się co wieczór, bo nie mógł wytrzymać z tym wszystkim. Musisz mi uwierzyć. Mi i jemu. Jaki miałby inny powód, żeby ryzykować dla ciebie swoje życie?
- Nie chce o tym rozmawiać, Blaise.
Odwróciła się od niego i przeszła przez portret. A co, jeśli Zabini mówi prawdę? Czy może zaufać Draconowi raz jeszcze? Już tyle razy ją zranił, ale czy to możliwe, że teraz nie z własnej winy? Co, jeśli ona go szantażowała? Na razie najważniejsze było, żeby wrócił bezpiecznie do zamku. Jak bardzo musieli go torturować, że nadal jest nieprzytomny? Pozostawało jej teraz już tylko czekanie...
Nie mogła w nocy spać. Jej myśli błądziły wokół blondyna. Jeżeli nawet już udało jej się zdrzemnąć, to widziała jego zmasakrowane ciało. Rano była zupełnie nieprzytomna, ledwo mogła patrzeć na oczy, a jej ochota do życia była zerowa. Zmusiła się, żeby zejść na śniadanie, a na historii magii zasnęła. Ten dzień był dla niej wprost okropny. W skrócie opowiedziała Ginny o wszystkim, co działo się Malfoy Manor. Obiadu nawet nie tknęła, zastanawiała się, po co w ogóle na niego zeszła. Wyszła z niego jako pierwsza i wtedy go zobaczyła. Szedł korytarzem bardzo powoli i kulał na jedną nogę. Nawet z tej odległości mogła zobaczyć jego podbite oko. Zrobiło jej się gorąco na jego widok, a wszystkie wątpliwości minęły.
- Draco... - szepnęła.
Nie mogła się powstrzymać i rzuciła się biegiem w jego stronę. Była tak strasznie szczęśliwa, że znów go widzi. Tak strasznie się bała. Teraz już wszystko musiało im się ułożyć. Kiedy widziała, w jakim jest stanie, rozumiała, że Zabini nie kłamał. Nikt nie poświęciłby się tak dla osoby, którą gardzi. Kiedy w końcu do niego dobiegła, rzuciła mu się z impetem na szyję. Nie obchodziło ją teraz, że ktoś może ich zobaczyć. Liczył się tylko on. Złapał ją w pasie jedną ręką i podniósł. Okręcił dwa razy wokół własnej osi i usłyszał jej śmiech. To właśnie był dźwięk, który definiował jego szczęście.
Mam jutro (tak, od 4 godzin jest poniedziałek) egzamin, więc trzymajcie za mnie kciuki, kochani! <3
_________________________________________________________
Otworzyła oczy i pierwsze, co do niej dotarło, to miękkość ciepłej pościeli. Była zupełnym przeciwieństwem zimnego, twardego kamienia, który przez tydzień był jej łóżkiem. Pomieszczenie, w którym teraz się znajdowała było niezwykle jasne. Zamrugała powiekami. Bodźce docierały do niej powoli, było zupełnie otumaniona. Dopiero po chwili poczuła, że ktoś trzyma ja za rękę. Spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła bladą, drobną osóbkę. Ginny drzemała na krześle, a na policzkach miała nadal świeże ślady łez. Hermiona nie chciała jej obudzić, więc nie wykonała żadnego ruchu. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Nie miała już wątpliwości, gdzie się znajduje, to z pewnością było skrzydło szpitalne. Po chwili zaczęły wracać do niej wspomnienia. Ciemność, strach i ból. Wiele bólu.
Z bijącym sercem nasłuchiwali najmniejszych odgłosów na korytarzu. Czuła na sobie nieprzyjemne Zaklęcie Kameleona, ale i tak bała się, że ktoś może ich zauważyć. Kurczowo trzymała w dłoni różdżkę, którą dostali od Dracona, i i kuśtykała, wsparta na przyjacielu, w stronę wyjścia. To na szczęście udało im się bezproblemowo i już po chwili poczuła na swojej skórze chłodny, nocy wiatr. Po raz pierwszy od około tygodnia poczuła świeże powietrze. Dopiero w tym momencie poczuła się naprawdę wolna. Przystanęła na chwilę, żeby rozkoszować się tą chwilą. Ron jednak pociągnął ją gwałtownie. No tak, to jeszcze nie był koniec. Jeszcze nie byli bezpieczni. Skierowali się w stronę bramy, która nawet nie chciała drgnąć, kiedy Hermiona używała całej swojej siły, ale otworzyła się pod delikatnym dotykiem Rona. Najwidoczniej przeważyła jego czysta krew. Kiedy w końcu znaleźli się poza Malfoy Manor, ukryli się w lesie nieopodal. Dziewczyna wyczarowała Patronusa z wiadomością i wysłała go do Dumbledore'a. Położyła się na miękkiej trawie, która była dla niej ukojeniem. Tak wygodna, na świeżym powietrzu... Zamknęła oczy...
Hermiona delikatnie poruszyła ręką, którą trzymała Ginny i dziewczyna natychmiast zerwała się z miejsca. Miała bardzo czujny sen, szczególnie, kiedy na coś czekała. Spojrzała na Hermionę nieprzytomnie, ale zaraz w jej oczach znów zaszkliły się łzy.
- Hermiona – szepnęła tylko i usiadła oniemiała.
- Co z Ronem? - wychrypiała dziewczyna.
- Wyszedł stąd już dawno, popękane żebra szybko się zrosły. Teraz są z Harry'm na zajęciach. Ja nie poszłam, ale oni musieli. Nie chcieli zarobić szlabanu za nieobecność na eliksirach. Z tobą było o wiele gorzej, niż z nim. Ciężej przyjęłaś tortury i brak pożywienia. Zakażenie z rannej nogi zaczęło przemieszczać się z krwią po organizmie. Kiedy was znaleźli, byłaś już nieprzytomna. Jak teraz się czujesz? – pogłaskała przyjaciółkę po splątanych włosach.
- Chyba dobrze. Czy-czy długo spałam? - zająknęła się dziewczyna.
- Przywieźli cię tu o drugiej w nocy, jest dwunasta. Tylko dziesięć godzin, spodziewali się, że będzie to trwało dłużej. Czy to prawda, co mówił Ron? Że Draco przyszedł w nocy was torturować, ale udało wam się go oszołomić? - zniżyła głos do szeptu.
Hermiona pokręciła przecząco głową i spuściła wzrok na swoje dłonie. Zawdzięczają mu swoje życie. Ryzykował swoje, żeby ich uratować. Tylko dlaczego? Czy chodziło tylko o to, że nie jest mordercą? Może wygrały sentymenty?
- Nie, on nas uratował – powiedziała ledwo słyszalnie. - Ale kazał nam przekazywać to, co powiedział Ron. Dla własnego bezpieczeństwa. Och, Ginny, tylko ty możesz o tym wiedzieć – ścisnęła jej rękę.
- Nie martw się. Wiesz co? Wydaje mi się, że w głębi swojego skamieniałego serca, gdzieś na samym dnie jego podświadomości, on cię naprawdę kocha, Hermiono. Zanim zaprzeczysz, posłuchaj. Ryzykował dla ciebie swoje życie, gdyby chodziło tylko o Rona, z pewnością nie zrobiłby nic w tym kierunku...
- Ginny, on mnie zdradził, a potem nazwał szlamą – warknęła.
- Rozmawiałam o ty Blaise'm i...
- Skończ!
- Jak wolisz!
Hermiona odwróciła się na bok, dając tym samym Ginny do zrozumienia, że nie ma ochoty na dalszą rozmowę.
- Widziałaś go dzisiaj? - zapytała jeszcze.
- Nie. Nie było go na śniadaniu. Nie rzucił mi się w oczy też nigdzie indziej.
Co z nim zrobili? Jaką poniósł karę za ich ucieczkę? Miała tylko nadzieję, że nie zapłacił za to życiem. Musiała się od kogoś dowiedzieć o jego stanie. Od Blaise'a? A co, jeśli nie powiedział mu, po co jedzie do domu? Wszystko nie tak... Poderwała się szybko.
- Pani Pomfrey! - zawołała.
Pielęgniarka zjawiła się natychmiast, słysząc jej głos. Spojrzała na nią zaniepokojona.
- Co się stało? - zapytała łagodnie.
- Musze stąd wyjść, natychmiast! Czuję się już dobrze – szybko stanęła na ziemi i z zaskoczeniem stwierdziła, że z jej nogą jest już prawie dobrze.
- Nie ma mowy! Musisz tu ostać chociażby do wieczora!
- Nie mogę. Błagam, to naprawdę ważne – zrobiła najbardziej zbolałą minę, na jaką było ją stać.
- Pójdę na ugodę, możesz wyjść po zakończeniu lekcji i ani chwili wcześniej.
Hermiona opadła ciężko na łóżko i spojrzała na Ginny. To była w tym momencie jej ostatnia nadzieja. Blaise jak najszybciej musiał o wszystkim się dowiedzieć.
- Błagam, sprowadź tu Zabiniego jak najszybciej. On musi o wszystkim wiedzieć, musi mu pomóc!
Dziewczyna kiwnęła delikatnie głową i wstała. Kiedy Hermiona została sama, myślała o tym, co kierowało chłopakiem, kiedy ratował ich ze swojego domu. A co, jeśli Ginny miała rację i chodziło o miłość. Nie, to niemożliwe. Gdyby ją kochał, nie zdradziłby jej. Chociaż z drugiej strony, znowu ją uratował, nie wiadomo, który to już raz. Zawsze, kiedy była w niebezpieczeństwie, on w jakiś dziwny sposób był przy niej. Zawsze, gdy go potrzebowała. A może teraz on potrzebował jej? O ile nie uśmiercili go za jego lekkomyślność... Odrzuciła tę myśl, Lucjusz Malfoy miał byt wysoką pozycję, żeby zabili jego syna.
Ni musiała długo czekać na Ślizgona. Dla Ginny zrobiłby wszystko, a jeszcze jedna opuszczona lekcja nie robiła mu różnicy. Wszedł do pomieszczenia raźnym krokiem i usiadł przy łóżku Gryfonki.
- No, Granger, jak się czujesz? - uśmiechnął się szeroko.
- Dobrze, ale Blaise... Nie ma czasu. Czy Draco wrócił?
Chłopak zmarszczył brwi.
- Nie... Myślę, że coś zatrzymało go w domu. Jak właściwie udało mu się was wyciągnąć?
- Tutaj jest problem... On, wykradł dla nas różdżkę i kazał się oszołomić, żeby zrzucić na niego winę za ucieczkę. Martwię się, że mógł ponieść jakieś konsekwencje. Mógłbyś się jakoś dowiedzieć? Błagam, Blaise.
Chłopak wydawał się lekko oniemiały. Długo przetwarzał informacje, aż w końcu wstał.
- Tak, myślę, że mogę się dowiedzieć.
Nie mówiąc już nic więcej, wyszedł z pomieszczenia. Opadła ciężko na poduszki. Nie mogła już nic zrobić. Tkwiła w tej cholernej bezczynności. Czekała, a w końcu będzie mogła wyjść z tego miejsca i znaleźć się w końcu we własnym dormitorium.
- Hermiona? - usłyszała za sobą cichy głos.
Odwróciła się i ujrzała Harry'ego i Rona. Zerwała się szybko i rzuciła się Potter'owi na szyję. Tak bardzo z nim tęskniła.
- Jak się czujesz? - zapytał.
- Już prawie dobrze – odpowiedziała cicho.
Pani Pomfrey pozwoliła jej wyjść już na obiad, ale i tak skierowała się od razu do swojego dormitorium. Położyła się wreszcie we własnym łóżku i odetchnęła głęboko. Nie miała zamiaru ruszać się z niego aż do wieczora. Nie miała teraz ochoty z nikim się widzieć. Godziny mijały, a ona walczyła z powracającymi wspomnieniami i natrętnymi myślami. Chciała, żeby to wszystko już się skończyło. Zbyt wiele wydarzyło się w jej życiu ostatnimi czasy. Drzemała, kiedy Ginny weszła do jej pokoju. Potrząsnęła nią delikatnie.
- Hermiono, musisz się obudzić – powiedziała głośno, prosto do jej ucha.
Dziewczyna zerwała się gwałtownie, patrząc nieprzytomnie na przyjaciółkę.
- Blaise czeka na dole, ma dla ciebie jakąś ważną informację.
Hermiona wstała natychmiast, zupełnie rozbudzona. Ubrała się szybko i nawet nie oglądając się na Ginny, ruszyła po schodach. Zabini stał zaraz za portretem. Wystarczyło jedno spojrzenie, aby zobaczyć, jak bardzo jest zdenerwowany. Nie musiał nic mówić, Hermiona już wiedziała, że nie jest dobrze.
- Jak bardzo źle jest? - zapytała ze ściśniętym sercem.
- Torturowali go. Byli wściekli, że był tak lekkomyślny, pokładali w informacjach od was spore nadzieje. Teraz dochodzi do siebie, ale nie jest najlepiej. Nikt, oprócz matki i ojca, jakoś nieszczególnie dba, aby wrócił do zdrowia.
Poczuła, jak jej serce przeszywa skurcz. Torturowali go, bo pomógł im uciec.
- Skąd masz te informacje?
- Skontaktowałem się z matką za pomocą sieci Fiu. Ona wie, co dzieje się w Malfoy Manor.
- Wie, kiedy wróci do zamku?
- Na razie nadal jest nieprzytomny, ale mam nadzieję, że już niedługo.
Nieprzytomny... Odwróciła się, żeby odejść, ale Blaise złapał ją za ramię. Odwróciła się szybko. Cokolwiek jeszcze chciał jej powiedzieć, miała nadzieję, że zrobi to szybko.
- On cię naprawdę kocha – powiedział, patrząc jej w oczy.
- Zabini, on mnie zdradził. Tak nie postępują ludzi zakochani – wyrwała się z jego uścisku gwałtownie.
- On tego nie zrobił...
- Widziałam ich razem – przerwała mu ostrym tonem.
- To wszystko moja wina! Ja... Ja się upiłem i powiedziałem jej... O was. Dzień wcześniej. Powiedział mi potem, że cię kocha. Upijał się co wieczór, bo nie mógł wytrzymać z tym wszystkim. Musisz mi uwierzyć. Mi i jemu. Jaki miałby inny powód, żeby ryzykować dla ciebie swoje życie?
- Nie chce o tym rozmawiać, Blaise.
Odwróciła się od niego i przeszła przez portret. A co, jeśli Zabini mówi prawdę? Czy może zaufać Draconowi raz jeszcze? Już tyle razy ją zranił, ale czy to możliwe, że teraz nie z własnej winy? Co, jeśli ona go szantażowała? Na razie najważniejsze było, żeby wrócił bezpiecznie do zamku. Jak bardzo musieli go torturować, że nadal jest nieprzytomny? Pozostawało jej teraz już tylko czekanie...
Nie mogła w nocy spać. Jej myśli błądziły wokół blondyna. Jeżeli nawet już udało jej się zdrzemnąć, to widziała jego zmasakrowane ciało. Rano była zupełnie nieprzytomna, ledwo mogła patrzeć na oczy, a jej ochota do życia była zerowa. Zmusiła się, żeby zejść na śniadanie, a na historii magii zasnęła. Ten dzień był dla niej wprost okropny. W skrócie opowiedziała Ginny o wszystkim, co działo się Malfoy Manor. Obiadu nawet nie tknęła, zastanawiała się, po co w ogóle na niego zeszła. Wyszła z niego jako pierwsza i wtedy go zobaczyła. Szedł korytarzem bardzo powoli i kulał na jedną nogę. Nawet z tej odległości mogła zobaczyć jego podbite oko. Zrobiło jej się gorąco na jego widok, a wszystkie wątpliwości minęły.
- Draco... - szepnęła.
Nie mogła się powstrzymać i rzuciła się biegiem w jego stronę. Była tak strasznie szczęśliwa, że znów go widzi. Tak strasznie się bała. Teraz już wszystko musiało im się ułożyć. Kiedy widziała, w jakim jest stanie, rozumiała, że Zabini nie kłamał. Nikt nie poświęciłby się tak dla osoby, którą gardzi. Kiedy w końcu do niego dobiegła, rzuciła mu się z impetem na szyję. Nie obchodziło ją teraz, że ktoś może ich zobaczyć. Liczył się tylko on. Złapał ją w pasie jedną ręką i podniósł. Okręcił dwa razy wokół własnej osi i usłyszał jej śmiech. To właśnie był dźwięk, który definiował jego szczęście.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
