wtorek, 28 października 2014

Miniaturka - Lepszy dzień.

Na początek trzy ważne sprawy:
1. Nie mam czasu... Na nic, a tę miniaturkę wstawiam tylko dlatego, że większość miałam napisane wcześniej. Rozdziały mogą być teraz rzadziej.
2. "Dorobiłam" się bety. Co prawda ta miniaturka, jeszcze może być z błędami, ale niedługo dostanę poprawioną wersję. Wstawiam ją tak szybko, żeby przy okazji uprzedzić o zaległościach z pisaniem rozdziałów. Moją betą została kochana Hope, za co bardzo jej dziękuję! :)
3. Nad wstawieniem tej miniaturki zastanawiała się długo. Trochę nie wiem, czy podołałam tematowi. Nie jest tutaj jakoś bardzo dużo Dramione, ale chodzi tutaj w dużej mierze o inne kwestie. Omijając już te kwestie, to jest ona dla mnie bardzo ważna...

______________________________________________________________________

[MUZYKA!]

      Ile warte jest życie, kiedy straci się wszystko inne? Cały jego sens? Zwykła egzystencja, puste istnienie. Wegetujesz, a twój własny umysł cię wykańcza, dzień po dniu. Po jakimś czasie przestajesz wierzyć, że istnieje nowy, lepszy dzień. Szczerze mówiąc, to nawet go nie chcesz, bo przyszłość przeraża cię bardziej niż cokolwiek innego. Tylko samotność zapewnia ci pozorne bezpieczeństwo. Chociaż wydaje ci się, że to wszyscy ludzie opuścili ciebie, to sam skazujesz się na ten los. To ty nie do końca świadomie wybierasz zamknięcie się w czterech ścianach. Każdą próbę pomocy odbierasz jako atak, wkroczenie w twoją strefę prywatną, w twoje życie. Po jakimś czasie czujesz się pusty, otępiały, wszystko ci obojętnieje. To właśnie ten etap jest najgorszy, bo nie masz już siły walczyć. O siebie, o swoje życie, o swoją przyszłość. Poddajesz się. Sięgasz dna i nie masz siły się odbić. Wiesz, że nie upadniesz już niżej. Czasem nawet chcesz zawalczyć, ale nie masz sił, bezsilność cię przytłacza, tak jak sam fakt istnienia. I wtedy nadchodzi następny etap, ten ostateczny. Z którego nie ma już powrotu...

      Hermiona Granger snuła się po korytarzach jak cień. Wiecznie blada i niedożywiona. Loki opadały jej na twarz, kiedy szła ze spuszczoną głową, unikając spojrzeń innych uczniów. Wojna zabrała jej wszystko. Rodziców widziała tylko w snach, ich zmasakrowane ciała nie dawały jej w nocy spokojnie spać. Z Ginny było lepiej, jej śmierci przynajmniej nie widziała, mogła sobie tylko wyobrażać. Harry i Ron nie wrócili do szkoły na siódmy rok i ich kontakt po prostu się urwał. Może to przez nią? Miała przecież do nich wyrzuty, że nie ma ich przy niej, gdy tego potrzebuje... Ale to było dawno, kiedy jeszcze czuła cokolwiek. Teraz wszystko było jej obojętne, nie potrzebowała nikogo. Miała samotność, jej najlepszą przyjaciółkę. Rozmyślała czasem, co podczas tej rocznej wojny zniszczyło ją najbardziej. Brutalność którą widziała? Tortury, których doświadczyła czy może gwałt i strata wszystkiego, co kochała. To się teraz nie liczyło, cokolwiek to było uczyniło z niej wrak człowieka, złamało doszczętnie. Poniżenie, jakiego doświadczyła, sprawiało, że nie mogła patrzeć na siebie w lustrze. Czułą się brudna, skalana. Niewarta tego cholernego świata. Pełnego przemocy i bólu. Wreszcie dotarła do swojego dormitorium i rzuciła się na łóżko z westchnieniem. Zasłoniła kotary i po prostu tak leżała. W końcu mogła pobyć sama. Już niedługo – pomyślała. Już niedługo to wszystko się skończy, a ona będzie szczęśliwa...

       Draco Malfoy wcale nie uważał się teraz za lepszego człowieka. Myślał o sobie w tych samych kategoriach co zawsze, ale zaczął czasem dostrzegać też innych ludzi. Zbyt wiele śmierci widział, żeby nie doceniać życia. Swojego, a nawet innych. Patrzył na Hermionę z pewnym zaciekawieniem, a nawet bólem. Nie rozumiał, jak pełna życia dziewczyna mogła zmienić się aż tak. Zawsze uważał ją za silny charakter, a teraz ona z dnia na dzień wydawała się jeszcze większym wrakiem człowieka. Nawet nie miał serca z niej drwić. Zbyt wiele przeszła, złamali ją. Uczynili tylko cieniem dawnej Hermiony, nieudolną imitacją. Draco był obecny, gdy mordowali jej rodziców. Jego ojciec był zamknięty w Azkabanie, ale przynajmniej żywy. Nie mógł nawet wyobrazić sobie jej bólu, gdy na to patrzyła. W pewien sposób cieszył się też, że Gryfonka nie wiedziała śmierci Ginny Weasley, to nawet dla niego był widok dość wstrząsający. Dobrze wiedział, co działo się z nią w lochach jego domu, ale nie umiał tego przerwać. Widział poniżenie, z jakim się spotkała. Dopiero, kiedy tylu ludzi straciło przez niego życie, dostrzegł, jakie głupstwo popełnił. To wszystko mogło wyglądać inaczej, gdyby nie jego ambicje. Czasem nie rozumiał dlaczego pozwolili mu nadal uczęszczać do Hogwartu i wybaczyli. Spojrzał jeszcze ostatni raz na Gryfonkę znikającą za rogiem i pokręcił głową z rezygnacją. Nie zasługiwała na taki los...

       Plan był idealny. Dopracowany w najmniejszym szczególe. Zabrała wszystkie potrzebne jej rzeczy i ruszyła na błonia. Jakoś udało jej się wymknąć w nocy i pozostać niezauważoną. Wreszcie dotarła przed zamek i zaczęła szukać najlepszego miejsca. To musiało być coś specjalnego, najlepszego. Musiało mieć dla niej znaczenie. W końcu zdecydowała się usiąść koło jeziora, twarzą w stronę zamku. Chciała widzieć go dokładnie. Chciała, żeby to był ostatni widok w jej życiu. Usiadła i odetchnęła głęboko. Wyjęła z torby butelkę Ognistej Whiskey i trzy opakowania tabletek. Wysłał je jej Harry, kiedy mieli jeszcze kontakt. Wiedział o jej stanie, chciał jej pomóc. Myślał, że zażywa je regularnie i co jakiś czas dosyłał kolejne opakowanie. Dokładnie takie, o jakie go prosiła. Mówiła, że woli korzystać z mugolskich środków. Tak naprawdę zachowywała je co do jednej tabletki i czekała właśnie na ten dzień. Nad metodą myślała wiele, kres jej życia obfitował w tyle możliwości. Wiedziała jedno, chciała czegoś bezbolesnego, życie przyniosło jej wiele cierpień, śmierć powinna być od nich wybawieniem. Zdecydowała się na coś mugolskiego. Była szlamą, nie zasługiwała na nic magicznego. Dla pewności spojrzała jeszcze na białe blizny, które ukazywały jej status krwi. Jedno słowo, która w ostatnim czasie słyszała tyle razy, jako największą obelgę. Była, kim była i skoro miała umrzeć, to po swojemu, jak mugolaczka. Westchnęła kilka razy głęboko. Czy się bała? Oczywiście. Głupotą byłoby mówić, że samobójcy nie boją się śmierci, ale ich po prostu bardziej przeraża życie i to, co ze sobą niesie. Wybierają mniejsze zło, które w ich mniemaniu będzie dla nich najlepszym rozwiązaniem. Jedynym, jakie widzą. Wahała się. Zawsze pojawiają się jakieś wątpliwości, szczególnie przed tak ważną decyzją, nieodwracalną. Znów spojrzała na zamek, był taki pusty bez tych, których kochała... Szybkim ruchem odkręciła butelkę alkoholu i otworzyła pudełko z lekarstwami. Wysypała na rękę ich garść. Zawahała się tylko na sekundę. Zdecydowanym ruchem wsypała tabletki do ust i popiła je whiskey. Gorycz przelała się przez jej gardło, a po policzkach popłynęły łzy. Patrzyła otępiała na lekarstwa. Nie mogła się już wycofać, zbyt daleko zabrnęła. To nie był czas na sentymenty i przywiązanie do życia. Czuła, jakby coś w środku z niej ją do tego zmuszało. Nie próbowała się przeciwstawiać, zdała się na to uczucie. Połknęła jeszcze jedną porcję leków, a potem kolejną. Kiedy zażyła już wszystko, po prostu czekała. Wątpliwości dopadły ją dopiero, kiedy było już za późno. Nie było już odwrotu, a ona przez ułamek sekundy pomyślała, że chce żyć. Była szczęśliwa, że ma to już za sobą, nie może stchórzyć. Tak, ona wycofanie się z tego uważała za przejaw słabości, a przecież nie była słaba... Była odważna, skoro dała radę to zrobić. Światła Hogwartu zaczęły zlewać się w jedno, jej ostrość widzenia była znikoma. Położyła się na miękkiej, zimnej trawie, bo już trudno było jej trzymać ciało w pionie. Gwiazdy nad nią po kolei traciły i odzyskiwały ostrość, wirowały. Zrobiło jej się wyjątkowo niedobrze. Tylko nie wymiotuj, wszystko zniszczysz – myślała gorączkowo i całą siłą woli zmuszała zawartość swojego żołądka do pozostania na miejscu. Wytrzymaj jeszcze, już niedługo będzie po wszystkim. Czuła jak traci władze w kończynach, a potem jej powieki stały się takie ciężkie... Poddała się tamu uczuciu. Nagle poczuła strach. A co, jeśli jest życie po śmierci? - to była jej ostatnia świadoma myśl...

      Musiał się przewietrzyć. Ten dzień był ciężki, a on potrzebował trochę oddechu, w samotności. Miał dość nienawistnych spojrzeń innych uczniów. Chciał po prostu przejść się brzegiem jeziora i przemyśleć swoją przeszłość i przyszłość w tej szkole. Ruszył powoli w dół, prosto do jeziora, a jego wzrok padł na ciemny, nieruchomy kształt leżący niedaleko. Zmarszczył brwi i wytężył wzrok. Zrobił jeszcze kilka kroków i jego serce przyspieszyło bieg. Poznał tę burzę loków. Zbiegł do niej szybko i uklęknął.
- Granger! Ej, Granger, co jest? - potrząsnął nią lekko.
Nie ruszała się, była blada i nie dawała żadnych oznak życia. Spojrzał na butelkę po alkoholu i opakowanie tabletek.
- Kurwa, Granger! - krzyknął.
Schował pudełko do kieszeni. Wziął dziewczynę na ręce i pobiegł ile sił w nogach w stronę zamku. Jej bezwładne ciało było wyjątkowo ciężkie. Nawet, jeśli oddychała, to bardzo słabo, wręcz niezauważalnie. Przyspieszył jeszcze trochę. Tyle złego przeżyła, nie mogła umrzeć w ten sposób.
- Granger, nie wygłupiaj się! Żyj, głupia dziewczyno, żyj! Zobaczysz, wyjdziesz z tego, jeszcze wszystko się ułoży, jeszcze będziesz szczęśliwa. Tylko żyj, jeszcze przez chwilę, zaraz ktoś ci pomoże. Już tylko chwila, wytrzymaj – mówił do niej błagalnym tonem, choć nie mogła go słyszeć. Wpadł jak burza do skrzydła szpitalnego i rozejrzał się po nim histerycznie.
- Pani Pomfrey! - wrzasnął – Pani Pomfrey!
Czarownica wyszła ze swojego pokoiku, zaspana i ubrana w zielony szlafrok. Spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem.
- Nie krzycz, to jest... - przerwała gdy zobaczyła nieprzytomną dziewczynę na jego rękach. - Och, Merlinie! Co się z nią stało? - zapytała zaniepokojonym głosem i podbiegła do nich. - Połóż ją na najbliższym łóżku.
Draco z ulgą pozbył się ciężaru nieprzytomnego ciała i podał pielęgniarce opakowanie po tabletkach. Przyjrzała mu się uważnie i zmarszczyła brwi. Podeszła do dziewczyny i zmierzyła jej puls na przegubie.
- Będzie żyła. Proszę wyjść, panie Malfoy – warknęła.
Kiedy zamknął za sobą drzwi, odetchnął z ulgą. Oparł się o ścianę i przymknął oczy. Tak mało brakowało... Co tej głupiej dziewczynie strzeliło do głowy?

       Rozchyliła lekko powieki i natychmiast przymknęła je pod wpływem rażącego światła. Umarłam – pomyślała natychmiast. Ale skoro nie żyła, to dlaczego czuła ból i było jej tak cholernie niedobrze? Nie wytrzymała, odwróciła się i zwymiotowała za krawędź łóżka. Czyli jednak ją uratowali. Głupie sentymenty, mogła wybrać pewniejszy sposób, inne miejsce... A teraz wszystko trafił szlag. Po jej policzkach popłynęły łzy. Czuła okropny zawód, że nadal jest na świecie, plan był przecież idealny...
- O, obudziłaś się – usłyszała głos pani Pomfrey i spojrzała w tamą stronę. - Miałaś ogromne szczęście, że znalazł cię pan Malfoy. Ledwo udało mi się ciebie uratować.
Szczęście... - powtórzyła w myślach dziewczyna. To było bardzo względne stwierdzenie. Ona nie czuła nic oprócz smutku. Nie mówiąc już o jakimkolwiek przejawie wdzięczności do Malfoy'a. Znów coś zepsuł! Jak zwykle on... Nękał ją tyle lat, a teraz nawet nie dał w spokoju umrzeć. Zapałała do niego jeszcze większą niechęcią, niż zwykle. To nic, znajdzie inny sposób, ułoży nowy plan. Wszystko jeszcze będzie po jej myśli.

         Czekali oboje przed gabinetem McGonalgall. Nie odzywali się do siebie, a Hermiona raz po raz rzucała mu niechętne spojrzenia.
- Myślę, że powinnaś mi podziękować. Gdyby nie ja, nie byłoby cię tu – powiedział w końcu obojętnym tonem.
- Och, tak, dziękuję ci, że mój plan, który układałam od miesięcy, trafił szlag – zironizowała.
- Przestań robić z siebie idiotkę. Stać cię na więcej, Granger...
- Świetnie, po prostu... - zaczęła, ale w tym momencie drzwi do gabinetu dyrektora otworzyły się.
- Zapraszam, panie Malfoy – usłyszeli surowy głos McGonagall.
Chłopak wszedł szybko i rozsiadł się na fotelu naprzeciwko biurka.
- Mam dla pana zadanie – zaczęła nauczycielka bez ogródek. - Panna Granger nie ma w zamku nikogo bliskiego, ale ktoś musi się nią zaopiekować. Pan będzie idealny.
Draco patrzył na nią przez chwilę z niedowierzaniem, a potem wybuchnął śmiechem.
- To jakiś żart? - prychnął.
- Nie, to nie żart. Przecież chciałeś tak bardzo odkupić swoje winy, Teraz masz okazję, idealną. A może już nie chcesz? - uniosła brwi.
- Sęk w tym, że ja nie grzeszę delikatnością – powiedział, jakby to przesądzało całą sprawę.
- To nic, panie Malfoy. Jej nie jest potrzebny ktoś, kto będzie się nad nią litował i współczuł, ale ktoś, kto będzie stanowczy i bezpośredni.
- I co ja niby mam robić? - zapytał z rezygnacją.
Sam przecież w wakacje kontaktował się z McGonagall i prosił o pozwolenie na powrót do szkoły. Miał u niej dług wdzięczności.
- Pokazać, że życie to nie kara. Jakieś najprostsze przyjemności.
- Akurat na tym się znam – uśmiechnął się szelmowsko.
- Myślę, że się nie zrozumieliśmy. Chodziło mi raczej o zachody słońca i inne takie... - mruknęła patrząc na niego uważnie.
- Dobra, ale jak ja mam się z nią obchodzić? Nie mam doświadczenia z takimi ludźmi.
- Niech pan pod żadnym pozorem nie neguje jej postępowania. Nie krzyczy, nie denerwuje się na nią. Nie mówi, że wszystko będzie dobrze, bo to dla niej tylko puste słowa. I niech pan zapomni o wyśmiewaniu się z niej.
Przewrócił teatralnie oczami w odpowiedzi.
- Niech pan poprosi tutaj pannę Granger.
Niechętnie wstał i zawołał Gryfonkę. Przyszła i nie patrząc na nikogo, usiadła w fotelu obok niego. Głowę miała spuszczoną.
- Nie możemy pozwolić, aby taka sytuacja się powtórzyła. Przydzielam ci opiekuna, którym będzie pan Malfoy.
Dziewczyna spojrzała na nią przerażonymi oczami.
- Nie! Nie on! - spojrzała błagalnie na dyrektorkę.
- Tak zdecydowałam, a pan Malfoy się zgodził. Nie przyjmuję sprzeciwu.
- Ma pani może fiolki? - zapytał Draco niespodziewanie.
- Tak, mam – zmarszczyła brwi.
- Granger, potrzebuję twoich wspomnień – powiedział beztroskim tonem.
- Zapomnij – warknęła dziewczyna.
- Daj spokój, potrzebuję ich.
- Których? - dziewczyna zmiękła pod ostrym wzrokiem dyrektorki.
- Najważniejszych przez te lata szkoły.
Wziął fiolki, a dziewczyna wyciągnęła różdżkę.
- Nie ufam mu – powiedziała jeszcze do McGonagall.
- Ale ja ufam, to musi ci wystarczyć.
Dziewczyna po kolei przemieszczała swoje wspomnienia do fiolek. Kiedy skończyła, Draco schował wszystkie do kieszeni szaty. Miał już pewien plan...
- Pozę pan już iść, panie Malfoy.
Sam nawet nie wiedział, czemu nagle zaczęło mu zależeć na wykonaniu zadania. Może miał lekkie wyrzuty sumienia, bo to w jego domu była torturowana? Patrzył na to i nie mógł jej pomóc. Ale pomoże jej teraz. Musi jeszcze tylko napisać jeden list...

- Jaki plan na dzisiaj? - zapytała na wstępie, kiedy spotkali się kilka dni później.
Do tego czasu dziewczyna leżała pod obserwacją w skrzydle szpitalnym. Wszystko miał dokładnie opracowane i dopracowane w najmniejszym szczególe. Zaprowadził ją do nieużywanej sali, w której postawił myśloodsiewnię. Był wręcz dumny ze swojego planu, był taki idealny... Tak, Draco Malfoy miał tendencję do popadania w samozachwyt.
- Zrobimy sobie małą wycieczkę – powiedział dziarskim tonem.
Wlał zawartość fiolki do naczynia i dotknął niej różdżką.
- No, Granger, wchodzimy – na wszelki wypadek pozwolił jej zanurzyć się we wspomnieniach jako pierwszej.
Znaleźli się w pociągu, wiozącym ich do Hogwartu. Mała, jedenastoletnia Hermiona weszła w towarzystwie pulchnego chłopca. szybko do przedziału w którym siedzieli już Potter i Weasley. Czy ktoś nie widział ropuchy? Neville zgubił swoją – powiedziała.
Wspomnienia leciały szybko. Łazienka, kiedy zaatakował ich troll. Poszukiwania Kamienia Filozoficznego. Moment, w którym Ron wstawił się za nią na boisku, gdy Draco nazwał ją szlamą (w tym momencie Malfoy udawał, że jego palce są wyjątkowo interesujące). Stworzenie eliksiru wielosokowego. Spotkanie w Dziurawym Kotle. Wrzeszcząca Chata i zmieniacz czasu. Mistrzostwa świata, WESZ, turniej... Gwardia Dumbledore'a. Poszukiwanie horkruksów. Krzyki Rona, gdy torturowali ją w Malfoy Manor. Bitwa...
Draco był bardzo szczęśliwy, gdy dobiegło to końca. Wreszcie wrócili do prawdziwego świata i mógł odetchnąć. Hermiona miała łzy w oczach.
- Po co mi to pokazałeś? Żeby mi przypomnieć, jak wiele straciłam? - zapytała z wyrzutem.
- Nie, żeby ci przypomnieć, jak wiele masz.
Podszedł do drzwi kantorka przy klasie i otworzył je. Hermiona podeszła i zajrzała do niego niepewnie, jej serce zabiło szybciej. Harry i Ron poderwali się natychmiast, kiedy ją zobaczyli. Stała i patrzyła na nich oniemiała, niezdolna wykonać żadnego ruchu. Pierwszy podszedł do niej Harry i przytulił mocno.
- Jak mogłaś nam to zrobić, głuptasku? Nawet nie wiesz, jak się martwiliśmy.
Załkała w jego ramionach. Kiedy w końcu go puściła i przytuliła do Rona, Harry z ociąganiem podszedł do Draco. Uparcie starał się nie patrzeć na jego twarz.
- Eee... Dzięki za list i za opiekę nad nią – wydusił w końcu z siebie.
- Daruj sobie, Potter. Miałem dług u McGonagall – odpowiedział zimnym tonem.
- Co nie zmienia faktu, że się zaangażowałeś.
Znów podszedł do Hermiony.
- Gdybym wiedział, że nie zażywasz tych tabletek nigdy bym ci ich nie wysłał – powiedział łagodnym tonem.
- Wiemy, że straciłaś wiele – powiedział Weasley, patrząc na nią uważnie. - Chcemy jednak, żebyś zawsze pamiętała, że my jesteśmy twoją rodziną. Twój dom jest przy nas i zawsze możesz do niego wrócić. Nigdy cię nie opuścimy.
Hermiona nic nie odpowiedziała, po prostu znów ich przytuliła. Draco wymknął się z pomieszczenia dyskretnie. Nie chciał im przeszkadzać, ta scena była zbyt prywatna, nie powinien jej słuchać. Poczuł też małe ukłucie żalu w sercu...

        Dni mijały, a Draco Malfoy z satysfakcją przyglądał się Hermionie. Częściej się odzywała i więcej jadła. Nie był nawet pewien, w którym momencie tak naprawdę się w to zaangażował, ale po raz pierwszy czuł, że robi coś dobrego. Naprawdę zrywa z bolesną przeszłością. A teraz miał dla niej kolejną niespodziankę. Coś innego, niż tradycyjne, wspólne odrabianie prac domowych. Był naprawdę dumny z siebie i swojego pomysłu. Zaprowadził ją do pustej sali, w której mieli zwyczaj przesiadywać, głównie w ciszy. Teraz jednak czekała tam na nich masa włóczki. Dziewczyna spojrzała tylko na niego pytająco.
- No co, Granger, nie uważasz, że skrzaty potrzebują twoich swetrów? - zapytał dziarskim tonem.
- Też będziesz je robił? - zapytała niepewnie.
- Jasne, jak ty, to i ja - siadł i wyciągnął różdżkę. - Idziesz? - zapytał niecierpliwym tonem.
Siedzieli tam ponad godzinę. Hermiony sweterki i czapki były prawie idealne, ale Draco ograniczył się do szalików, które były szczytem jego możliwości.
- Co teraz? - zapytała szatynka.
- Jak to co? Idziemy do pokoju wspólnego Slytherinu, gdzieś trzeba je rozłożyć.
- Ale... Wiesz ilu będzie tam ludzi o tej porze? - zapytała teraz już wyraźnie zaskoczona.
Chłopak w odpowiedzi wyciągnął tylko srebrny materiał.
- Potter zostawił mi to, gdyby miało mi pomóc w nawróceniu cię na drogę normalności – uśmiechnął się złośliwie. - I tak, wiem ilu będzie ludzi i nie obchodzi mnie to.
Przed pokojem wspólnym odetchnął głęboko. To jego towarzyskie samobójstwo... Mimo tego wszedł do środka pewnym krokiem, upewniwszy się, że Hermiona idzie za nim. Bez słowa zaczął rozmieszczać kolorową garderobę w różnych kątach.
- Eee... Draco? Co ty robisz? - zapytała Pansy z zaskoczoną miną.
- Rozkładam szaliki dla skrzatów, żeby móc je uwolnić. Im też należą się urlopy – odpowiedział z pełną powagą.
- Stary... Czy ty się dobrze czujesz? - Zabini rzucił Parkinson przerażone spojrzenie.
- Lepiej niż kiedykolwiek, ale skrzaty z pewnością czują się źle. Zniewolone i lekceważone – rzucił obojętnym tonem, po czym wyszedł w pomieszczenia, a Hermiona wybiegła za nim.
Kiedy tylko ściągnęła pelerynę, zobaczył jej ucieszoną twarz. Nie był to jej tradycyjny cień uśmiechu, ale prawdziwy, szczery. To była dla niego najlepsza nagroda. Warto było zrobić z siebie idiotę wśród tylu Ślizgonów, aby tylko to zobaczyć. Radość na jej twarzy pokazała mu, że wszystkie jego starania nie poszły na marne...

      Wreszcie nadeszła zima i w końcu Draco mógł wykonać ostatni etap planu. Hermiona uśmiechała się teraz coraz częściej. Czasem nawet pozwalała sobie na krótki, szczery śmiech, który przynosił mu niesamowitą ulgę. A tej nocy miało się wszystko zmienić na lepsze, czegoś takiego nie mogli przegapić. Czekał na nią przed wejściem do zamku, niecierpliwiąc się cholernie. Wreszcie pojawiła się na schodach. Głowę trzymała jakby wyżej, niż na początku ich spotkań i szła jakby pewniej.
- Gdzie idziemy? - zapytała, uśmiechając się delikatnie, ale Draco umiał już rozróżnić, że nie jest to szczery gest.
- Zobaczysz.
Zaprowadził ja przed bramę zamku, czuł się taki podekscytowany...
- Teleportujemy się – oświadczył.
Dziewczyna złapała go za ramię i świat zawirował. Wylądowali w kolorowym tłumie ludzi. Muzyka i śmiechy rozbrzmiewały wokół nich.
- Cholera – usłyszała głos Ślizgona i znów poczuła szarpnięcie w okolicach pępka.
Znaleźli się teraz na spadzistym dachu i cały ten tłum obserwowali z góry. Niebo rozjaśniały sztuczne ognie. Tłum ludzi pod nimi i papierowe smoki. Całość dawała efekt wprost pionujący, a Hermiona nie mogła oderwać od tego wzroku.
- Czy to chińskie Święto Wiosny? - zapytała, patrząc na wszystko zafascynowana.
Światło grało w jej oczach. Była taka piękna... Teraz albo nigdy – pomyślał.
- Hermiono... - zaczął.
Odwróciła głowę w jego stronę, tylko na to czekał. Złapał ją za podbródek i delikatnie pocałował. Miał nadzieję, że nie odtrąci go, ale ona tylko rozchyliła lekko swoje usta. Kiedy lekko się od niej odsunął., natychmiast spuściła wzrok.
Hermiona zerkała to na sztuczne ognie, to na twarz Dracona. Bez słowa położyła mu głowę na ramieniu. Była taka głupia, że chciała z tego wszystkiego zrezygnować... Teraz wiedziała już, że nadejdzie dla niej jeszcze nowy, lepszy dzień, a nawet wiele takich. Bo trzeba żyć, bez względu na to, ile razy runęło niebo...

czwartek, 23 października 2014

Rozdział XX - Konkurent.

To już 20 rozdział, aż po prostu w to nie wierzę!
Ten rozdział dedykuję Melody, która nieświadomie sprawiła, że rozdział jest o kilka dni szybciej i jest (mam nadzieję) ciekawszy, niż zapowiadał się pierwotnie. Mianowicie zupełnie nie szło mi pisanie go i byłam z niego wyjątkowo niezadowolona, a potem przeczytałam jej komentarz i przyszło mi po prostu tysiąc pomysłów na najbliższe rozdziały! Dziękuję! :3
__________________________________________________________________

Zazdrość to cień miłości. Im większa miłość, tym dłuższy cień.

 - Hermiono, proszę – patrzył na nią błagalnym wzrokiem i uśmiechał przymilnie.
- Nie – odpowiedziała krótko i powróciła do czytania książki.
- No proszę! Co chcesz w zamian? - był wyjątkowo natarczywy.
- Nic, po prostu tego nie zrobię – nie podniosła nawet wzroku znad opasłego tomu.
- Nie bądź taka! Mam cię błagać na kolanach? Proszę, proszę, proszę! - nie dawał za wygraną i cały czas próbował wymóc na niej pomoc.
- Daj mi spokój – warknęła i z hukiem zatrzasnęła książkę.
Wstała i ruszyła w stronę wyjścia, ale natręt szybko ruszył za nią. Nie mogła się go pozbyć cały dzień. Kręcił się obok niej i próbował przekonać do zmiany zdania. Miała tego już serdecznie dość. Na początku to było dość zabawne, ale teraz już tylko irytowało.
- Myślałem, że fajna z ciebie dziewczyna – powiedział z wyrzutem.
Najwidoczniej zmienił taktykę. Zrezygnował z nachalnych próśb na rzecz szantażu emocjonalnego. Słysząc to, Hermiona przewróciła tylko teatralnie oczami.
- Powiedziałam już, że tego nie zrobię. Dlaczego sam z nią nie porozmawiasz? - spojrzała na niego cierpliwie.
- Ona nie chce ze mną rozmawiać! A ja nie rozumiem o co jej chodzi – jęknął.
- Nie wpłynę na jej decyzje. Skoro się nie odzywa, to ma swoje powody.
- Chociaż spróbuj z nią porozmawiać!
- Nie bądź żałosny, Zabini – usłyszeli za sobą kpiący głos.
Serce Hermiony natychmiast przyspieszyło swój bieg. Odwróciła się i spojrzała prosto w stalowe oczy. Uśmiechnęła się mimowolnie na jego widok.
- Czego tu szukasz, Malfoy? Myślałam, że nie zapuszczasz się w rejony biblioteki – mruknęła.
- Miałem swoje powody, szukałem swojego kumpla. Nadal za tobą łazi? - zaśmiał się.
Dziewczyna kiwnęła tylko głową w odpowiedzi i również się zaśmiała. Blaise spojrzał na nich wściekle.
- Po co mnie szukałeś? - zapytał, patrząc na niego spod byka.
- Chciałem się tylko upewnić, że nie zamęczasz Granger, wystarczy, że przy mnie nie gadasz o nikim inny, niż młoda Weasley.
Blaise rzucił Hermionie jeszcze ostatnie błagalne spojrzenie i ruszył z swoim przyjacielem. Gryfonka uśmiechnęła się jeszcze do siebie i wróciła do biblioteki.

      Draco Malfoy zdecydowanie nie mógł nazywać się człowiekiem szczęśliwym. Był tak blisko Hermiony, ale z własnej głupoty już nie mógł nazywać jej swoją. Uczucia, których nie zaznał nigdy wcześniej, doprowadzały go teraz do szaleństwa. Oddałby wszystko, żeby naprawić swój błąd i znów być z nią. Teraz nie rozumiał, jak mógł podnieść na nią rękę. Była ta blisko niego, a jednocześnie tak daleko. Od początku wiedział, że ta cała przyjaźń nie była dobrym pomysłem. Nie potrafił udawać, że mu nie zależy na niej, jako najważniejszej dziewczynie w jego życiu. Zwykłe spotkania i przyjacielskie rozmowy to było dla niego zbyt mało. Musiał ją odzyskać, choćby miało mu to zająć resztę jego marnego życia.

      Znów pogrążyła się w lekturze, w końcu miała trochę spokoju. Odetchnęła głęboko i próbowała skupić się na II Rewolucji Goblinów, chociaż ten esej pisało jej się wyjątkowo ciężko. Tak naprawdę, to marzyła, żeby po prostu znaleźć się już we własnym łóżku.
- Eee... Hej... - usłyszała nad sobą miękki głos i zirytowana uniosła wzrok.
Już chciała powiedzieć tej osobie, co myśli o przerywaniu komuś pisania pracy domowej, ale spojrzała prosto w ciepłe, brązowe tęczówki.
- Tak? - zapytała łagodniejszym tonem, niż zamierzała.
Znała chłopaka, który własnie koło niej stał. Był to Puchon z siódmej klasy, o kasztanowych włosach i szerokim uśmiechu. Chociaż usilnie się starała, nie mogła przypomnieć sobie jego imienia.
- Simon – powiedział, uwalniając ją od problemu i wyciągnął do niej rękę.
- Hermiona – uścisnęła jego dłoń i uśmiechnęła się delikatnie.
- Obserwuję cię od jakiegoś czasu – stwierdził niespodziewanie i usiadł na krześle obok niej.
Poczuła się zmieszana i nie była pewna, co powinna odpowiedzieć.
- Dlaczego? - zapytała w końcu, przeklinając infantylność swojej odpowiedzi.
- W sumie to... Zastanawiam się, czemu jeszcze się nie zapoznaliśmy, tyle lat chodzimy do jednej szkoły – posłał jej szeroki uśmiech i lekko pochylił w jej stronę.
- Co zdecydowało o tym, że podszedłeś akurat dzisiaj? - zmierzyła go czujnym spojrzeniem.
- Czy ja wiem? Już niedługo kończę tę szkołę. Kiedy, jak nie teraz?
Zaśmiała się krótko.
- Nadal nie odpowiedziałeś, dlaczego mnie obserwujesz. Mam zacząć się bać? - podjęła to wyzwanie spojrzeń i uśmiechów, chociaż była beznadziejna w tej grze.
- Wiele czasu tu spędzasz, bardzo dużo czytasz. Jestem tym zafascynowany, nic nie pociąga mnie bardziej niż inteligentna dziewczyna – znów ten uroczy uśmiech.
Zaśmiała się szczerze, słysząc jego słowa. Rozmawiali przez chwilę o książce, którą Hermiona trzymała w ręce i o eseju, który pisze.
- Skoro to już ustaliliśmy – zaczął dziarskim tonem – to może dasz się zaprosić na spacer dziś wieczorem?
Jego uśmiech był wyjątkowo radosny, a ton nieznoszący sprzeciwu. Hermiona zastanowiła się chwilę nad jego słowami. Po tym wszystkim co się ostatnio zdarzyło, potrzebowała czegoś nowego, świeżego. Musiała odpocząć od Dracona i problemów. Nie ryzykowała wiele, a ten chłopak wydawał się naprawdę bardzo miły.
- O dziewiętnastej przed wejściem głównym – powiedziała stanowczym tonem.
- Umówieni – powiedział, wstał energicznie i ruszył w stronę drzwi, machając jeszcze Hermionie na pożegnanie.
Dziewczyna uśmiechała się jeszcze chwilę. Przyłapała się też, że po raz któryś z rzędu czyta tę samą linijkę, zupełnie nie skupiając się na tekście. Westchnęła w końcu z rezygnacją i odłożyła opasły tom. Nie była teraz w stanie napisać tego eseju, wolała wrócić do swojego dormitorium i powoli zacząć przygotowywać się do spotkania. Czuła na tę myśl dziwną ekscytację.

      Była bardzo zdenerwowana, sytuacja była dla niej zupełnie nowa. Nie wiedziała jak ma się zachowywać wobec Puchona i jak podtrzymywać rozmowę. Gdzieś w jej podświadomości czaił się również Dracon i dziewczyna czuła, że nie postępuje wobec niego dobrze. Nie powinna spotykać się z kimś innym. Potem jednak doszła do wniosku, że skoro są tylko przyjaciółmi, to nic mu do tego. Czuła, jak jej zestresowane serce przyspiesza swój bieg. Co ja takiego robię? - zapytała się w duchu. Stanęła przed wejściem i czekała. Co chwilę nerwowo spoglądała na zegarek. Po kilku minutach zjawił się Simon. Powitał ją szerokim uśmiechem.
- Wiem, że lubisz czytać, więc przyniosłem ci bardzo ciekawą książkę – jego głos był jak zwykle pełen entuzjazmu.
Pogrzebał w torbie i wyciągnął Historia magii. Najciekawsze i najmniej znane fragmenty. Hermiona ucieszyła się widząc ten tytuł, nie miała jeszcze okazji przeczytać tego dzieła. Kiedy brała je od chłopaka, przypadkiem dotknęła jego dłoni. Speszona szybko zabrała książkę i spuściła lekko wzrok.
- Koniecznie przeczytaj o rozłamie w 1200 roku – powiedział i postukał palcem w okładkę. - Z pewnością ci się spodoba, to naprawdę ciekawe.
- Przeczytam całość – Hermiona pospiesznie schowała książkę do torby.
Mimo stresującego początku, Simon okazał się idealnym kompanem do rozmów, szczególnie tych na poważne i naukowe tematy. Dziewczyna nawet nie zauważyła kiedy minęły dwie godziny, a zimno stało się nie do zniesienia. Puchon odprowadził ją do schodów i na pożegnanie pocałował przelotnie w policzek. Hermiona wręcz poczuł, jak się rumieni...

      Dni mijały, a Hermiona czuła, że znalazła w Hogwarcie swoją bratnią duszę. Spędzała z Simonem bardzo dużo swojego wolnego czasu. Razem się uczyli i pożyczali sobie książki, aby potem dyskutować o nich godzinami. Chłopak był zawsze pełen entuzjazmu i pozytywnej energii, która była Hermionie bardzo potrzebna w tym czasie. Wreszcie miała kogoś, kto nie narzekał, że Gryfonka przesiaduje tyle w bibliotece i cały czas się uczy. Nie prosił o pomoc w pracach domowych lub drwił z jej ambicji. Mogła być przy nim w zupełności sobą.
Z Draconem widywała się co jakiś czas. Chodzili późnymi wieczorami (żeby nikt nie mógł ich zobaczyć) na spacery po błoniach i dużo rozmawiali. Hermiona poznała go od trochę innej strony, tej ludzkiej. Dowiedziała się na przykład, że Śligon uwielbia zwierzęta, a przede wszystkim te czysto krwiste, z rodowodem. Dopiero teraz byli tak naprawdę ze sobą blisko, czas spędzali na rozmowach o zainteresowaniach i planach na przyszłość. Hermiona z zadowoleniem zauważyła, że Śligon coraz częściej szczerze się uśmiecha. Jakby nabierał pewności, że między nimi wszystko jest w porządku i nie musi żyć już w poczuciu winy. Gryfonka tęskniła za jego dotykiem i czasem, kiedy stali blisko siebie i czuła wyraźnie jego zapach, który znała tak dobrze, czuła ukłucie żalu, że nie jest już jej. Chociaż to była jej świadoma decyzja, coraz częściej jej żałowała. Tylko teraz wszystko było inaczej, pojawił się Simon, a Hermiona nie wiedziała, jak powiedzieć o nim Ślizgonowi. Zdecydowała się na to któregoś burzowego dnia, kiedy siedzieli oboje w jego dormitorium, grzejąc się przy kominku. Tak bardzo nie chciała go zranić, ale musiała być względem niego szczera. Sama dokładnie nie wiedziała, czym jest dla niej relacje z Puchonem, nie umiała określić, czy to przyjaźń, czy coś więcej. Powie Draco o wszystkim, przecież nie robi nic złego... Przecież nie są razem...
- Draco... - zaczęła bardzo ostrożnie. - Czuję, że muszę ci o czymś powiedzieć.
Chłopak spojrzał na nią i przeciągnął się jak kot. Płomienie odbijały się w jego oczach.
- Tak? - zapytał ziewając.
- Ja... Ja się z kimś spotykam. Uważam, że powinieneś o tym wiedzieć. Jestem ci to winna. - spuściła wzrok czekając na jego odzew.
- Och, no to... Gratulacje, cieszę się twoim szczęściem i te takie inne pierdoły – powiedział obojętnym tonem. - Co to za chłopak? - uśmiechnął się do niej złośliwie.
Nie wiedziała dokładnie, jakiej reakcji się spodziewała, ale na pewno nie takiej. A przynajmniej nie na taką podświadomie miała nadzieję. Wolała, żeby krzyczał, wściekał się lub powiedział cokolwiek, co pozwoliłoby jej sądzić, że jest zazdrosny. Ale on był zimny, obojętny. Poczuł zawód i smutek. Nie ma nic gorszego, niż obojętność. Już krzyk byłby lepszy, wiedziałaby przynajmniej, że mu zależy... Weź się w garść! - skarciła się w myślach. - Sama chciałaś takiego układu, nie możesz teraz niczego od niego oczekiwać. Mimo tego jakoś straciła ochotę na siedzenie w jego dormitorium i zapragnęła pobyć sama.
- Simon, Puchon z siódmej klasy. Ja... Umówiłam się z nim i muszę już iść – uśmiechnęła się przepraszająco i wstała pospiesznie.

      Wpatrywał się w drzwi, za którymi przed chwilą zniknęła.Stracił ją... Stracił najprawdopodobniej bezpowrotnie... Ma teraz kogoś innego, a on powinien pozwolić jej odejść. Po ty wszystkim, co się stało, zasługuje na szczęście, którego on nie umie jej zagwarantować. Nie bądź egoistą! Ten jeden, cholerny raz nie bądź egoistą! - krzyczał do siebie w myślach. W środku cały aż dygotał z niemej wściekłości na siebie. Nie mógł uwierzyć, że jej tak po prostu już nie zależy. Musiał się dowiedzieć, musiał zaryzykować. Nie mógł pozwolić tak po prostu jej odejść, choćby bardzo się starał. Zbyt bardzo mu zależało, po raz pierwszy w życiu. Nie miał nic do stracenia, ale wszystko do zyskania. Ale zostawił to na inny dzień, teraz pozostała mu tylko butelka Ognistej...

      Prosto z biblioteki szła na spotkanie z Simonem. Czuła ekscytację, powiedział, że ma dla niej jakąś niespodziankę. Wprost zżerała ją ciekawość. Od samego rana była wyjątkowo szczęśliwa i przekonana, że nic nie może tego zniszczyć. W oddali zobaczyła, blond czuprynę i jej serce przeszył krótki skurcz. Choćby nie wiadomo jak się starała, po prostu nie umiała się go pozbyć, ta mała reakcja na jego widok zdradzała wszystkie jej uczucia. Przyspieszyła trochę kroku, aby minąć go jak najszybciej. Kiedy w końcu się zrównali, chłopak delikatnie musnął jej dłoń, a ona poczuła zapach jego perfum. Niekontrolowanie jej serce przyspieszyło swój bieg. Chłopak rozejrzał się szybko po korytarzu, byli sami.
- Ja już więcej tak nie mogę, Granger – szepnął.
- Słucham? - zdążyła tylko zapytać nieprzytomnym głosem.
Chłopak szybkim ruchem pociągnął ją za rękę do pustej sali i zatrzasnął za nimi drzwi. Popchnął ją lekko na ścianę i zaczął przybliżać się do niej z kuszącym uśmiechem. Był już tak blisko, pochylił lekko głowę. Poczuła jego rękę na swojej talii. Gryfonka pomyślała, że serce zaraz wyrwie się jej z piersi...

niedziela, 19 października 2014

Rozdział XIX - Wyznanie.

Witam Was bardzo serdecznie! :3 Dopadł mnie jakiś twórczy kryzys. Wena jest, pomysły są, ale nic, co napisałam mi się nie podoba. Wciąż nie jestem zadowolona, zmieniam coś, poprawiam. Oszaleć można!
Niedługo będzie więcej Katy, która sporo namiesza!
Dziękuję Wam bardzo, że jesteście <3
~Mary!
_______________________________________________________________________


      Była sama. Bała się, jak jeszcze nigdy w życiu. Wokół niej stały wysokie postacie w maskach i kapturach. Próbowała krzyczeć, ale nie mogła. Krąg zaczął się zacieśniać, a ona zaczęła się dusić. Nie mogła nabrać powietrza w obolałe płuca. Świat wirował, a czarne postacie były coraz bliżej. Zachwiała się i wpadła na jedną z nich, która natychmiast popchnęła ją na środek kręgu. Upadła boleśnie i spojrzała na swojego oprawcę. Jego stalowe oczy błysnęły w świetle pochodni. Podbiegła do niego i z nadzieją zerwała szybko jego maskę. Lucjusz Malfoy zaśmiał się chłodno i spojrzał na nią z wyższością.
- Szukaj dalej – szepnął, a jago głos poniósł się echem pośród idealnej ciszy.
Odsunęła się od niego szybko i rozejrzała. Podeszła do innego mężczyzny i po chwili jego maska znalazła się w jej rękach. Czarnoskóry chłopak uśmiechnął się drwiąco, a po sali przeszedł szmer rozbawienia.
- Szukaj dalej – powiedział, patrząc jej wyzywająco prosto w oczy.
Rozejrzała się gorączkowo po postaciach. Musiał gdzieś tam być, to pewne... Podeszła do mężczyzny stojącego najbliżej niej. Szybkim ruchem zerwała jego maskę. Harry Potter patrzył na nią z nieukrywaną niechęcią.
- Szukaj dalej – jego głos był pełen odrazy.
Wszystkie zgromadzone postacie zaczęły się śmiać, a ten dźwięk grzmiał w jej głowie. Musi go znaleźć, musi to przerwać. Zaczęła odwracać się gorączkowo i histerycznie rozglądać po zamaskowanych twarzach. Łzy spływały szybko po jej policzkach. Musi go znaleźć, tylko on będzie mógł to zakończyć. Świat znów zaczął wirować, pośród śmiechu, który roznosił się po komnacie. Zrobiło jej się słabo i upadła na zimną posadzkę.
- Nie – powiedziała cicho, zaskoczona, że znów może mówić. - NIE – krzyknęła, histerycznie łapiąc powietrze.
Śmiech tylko stał się głośniejszy.
- PRZESTAŃCIE, BŁAGAM! DRACO, POMÓŻ MI! SKOŃCZ TO! DRACO, BŁAGAM! DRACO!
Rozejrzała się po twarzach, śmiali się wszyscy. Znikąd nie było dla niej ratunku. Przecież nie zostawiłby jej tak. Powinien wyjść z tłumu i jej pomóc.
- DRACO, SŁYSZYSZ MNIE? - krzyczała ile sił w płucach, ale i tak nie była w stanie zagłuszyć śmiechu, który rozbrzmiewał w jej uszach.
- Harmiona? - usłyszała jego zaniepokojony głos.
Rozejrzała się, ale nigdzie go nie dostrzegała.
- Hermiono, obudź się. To tylko sen, obudź się – jego głos był tak odległy...
Otworzyła gwałtownie oczy i nabrała w płuca powietrza, jakby nie oddychała od wieków. To tylko sen... - powiedziała w myślach.
- Hermiono? - usłyszała nad sobą niepewny głos i spojrzała w tamtą stronę.
Blondyn pochylał się nad nią z zaniepokojoną miną. Przyglądał jej się czujnie. Włosy miał potargane i wyglądał, jakby dopiero się obudził.
- Już dobrze to był tylko sen – szepnął.
- Nie, ja nadal śnię. Kiedy się obudzę, nie będzie cię tu, już od dawna cię przy mnie nie ma – powiedziała i odwróciła się na drugi bok.
Momentalnie zasnęła.

      Nie miała racji. On nadal tam był, drzemał na krześle. Chwilę zajęło jej, zanim dotarło do niej wszytko, co zdarzyło się w nocy. Chłopak otworzył oczy.
- O, obudziłaś się – uśmiechnął się do niej delikatnie.
- Nawet się do mnie nie zbliżaj – krzyknęła i odsunęła się jak najdalej od niego.
- Niech ci będzie, ale musimy porozmawiać, nie sądzisz? - spojrzał na nią i uniósł jedną brew.
- Nie mamy o czym – odpowiedziała chłodno.
- Właśnie, że mamy. Albo będziesz grzeczna i ze mną porozmawiasz, albo będę musiał wyczyścić ci pamięć. Sama rozumiesz, po tym wszystkim, co wczoraj widziałaś...
- Niech będzie – spojrzała na niego z nieukrywaną niechęcią.
Nie miała przy sobie różdżki, była skazana na niego.
- No to pytaj, Granger. Co chcesz wiedzieć?
- Jak możesz być takim dupkiem? Jak mogłeś mi to zrobić? Jak możesz być takim kłamcą? Jak możesz być Śmierciożercą? - wyrzuciła z siebie wszystko jednym tchem.
- Po kolei. Najpierw chcę wyjaśnić to, co stało się między nami jakiś czas temu. To jest teraz moim priorytetem.
- Nie chcę tego słuchać – krzyknęła.
- To co, Granger, – pomachał jej różdżką przed nosem – mam użyć odpowiedniego zaklęcia?
- Och, daj mi spokój – warknęła i rzuciła w niego pierwszą rzeczą, którą miała pod ręką, czyli poduszką.
Uchylił się w ostatniej chwili i rzucił jej zirytowane spojrzenie. Popatrzyła na niego wyzywająco,a potem jej wzrok padł na coś, co znajdowało się pod poduszką. Czarna wstążka kontrastowała z białym prześcieradłem i bardzo rzucała się w oczy. Hermiona poczuła ukłucie żalu w sercu. To była taka pamiątka po nich. Zachował ją.
- Śpisz z moją wstążką pod poduszką? - zapytała z niedowierzaniem i pomachała mu nią przed nosem
- Wcale nie – warknął i wyrwał jej skrawek materiału z ręki.
- W takim razie co ona tu robi?
- Nie mam pojęcia – wysyczał. - Możemy już porozmawiać jak normalni ludzie?
- Proszę bardzo, mów – odpowiedziała.
Usiadł obok niej, ale odsunęła się najdalej jak mogła. Spojrzał na nią z irytacją i odchrząknął.
- To zaczęło się po koniec tamtego roku – zaczął jakimś obcym, zachrypniętym głosem. - Ojciec zaczął zabierać mnie na ich spotkania. Na początku byłem podekscytowany. Chciałem być taki, jak on. Nawet sobie nie wyobrażasz, jaki byłem z siebie dumny. Czułem się taki dojrzały, wyróżniony. To była dla mnie... Zabawa, przygoda. Byłem tylko chłopcem, ale później musiałem wydorośleć, zbyt szybko. Coś, co kiedyś mnie ekscytowało, później zaczęło przerażać. Na początku nawet nie wiedziałem, w co się pakuję. Bajka skończyła się w połowie wakacji – zawiesił głos i ukrył na chwilę twarz w dłoniach. - Kazali mi zamordować. Dziewczynę, której nie znałem. Płakała, błagała, a ja nie mogłem nic zrobić. Nie miałem wyboru i nie mogłem zawieść ojca. Później nie mogłem na siebie patrzeć, nie umiałem nocami spać, a kiedy już zasnąłem, ta dziewczyna pojawiała się za każdym razem. To jednak nie koszmary były najgorsze, tylko presja, którą zacząłem odczuwać. To już przestała być gra, stałem się częścią czegoś, co zaczęło mnie przerastać. Potem było gorzej. Ojciec powiedział, że teraz jestem częścią tej grupy i nie mogę się wycofać. Muszę dbać o dobro rodziny, muszę robić wszystko, co każą, bo zbyt wiele zależy ode mnie. Tak naprawdę, to właśnie od tego momentu straciłem panowanie nad swoim życiem. Stałem się marionetką. Później bywało różnie, ale za to ze mną bywało gorzej. Byłem rozdarty między sumieniem, a rodziną i obowiązkiem. Któregoś razu znów kazano mi zabić, Penelopę Clearwater ściślej mówiąc – spojrzał na nią niepewnie, ale patrzyła na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy. - Nie chciałem tego, ale musiałem. Jedyne, co mam na swoją obronę, to fakt, że i tak nie wyszłaby stamtąd żywa, a ja ukróciłem jej cierpień, zakończyłem tortury. Czułem się ze sobą coraz gorzej, ale później poznałem ciebie. Byłaś taka dobra, taka... Inna, niż wszystko, co znałem do tej pory. Bałem się tego trochę, nie mogłem mieć wątpliwości, musiałem być silny i nie rozpraszać się. A potem... Potem zaatakował cię wilkołak. Nie mogłem tak po prostu cię zostawić. Zdążyłem w ostatnim momencie, to był odruch. Nie wiedziałem co robić, więc wybrałem najskuteczniejsze wyjście. Żałowałem, ale przynajmniej przeżyłaś. Za to ja dostałem to – podciągnął lekko rękaw i pokazał jej Mroczny Znak. Skrzywiła się nieznacznie i spojrzała na jego przedramię z obrzydzeniem. - Dalszą historię już znasz, naszą historię. Byłaś trochę takim światełkiem, a potem powiedziałaś, że się mną brzydzisz. Też czułem to w stosunku do siebie, już od dawna, ale twoja opinia była zbyt ważna. Coś we mnie pękło, sam nie wiem, dlaczego ci to zrobiłem. To była jedna z gorszych rzeczy, do jakich się posunąłem, ale pogubiłem się, cholernie. Bałem się, wielu Śmierciożerców żyje w strachu, nawet mój ojciec, chociaż nigdy się do tego nie przyzna. Nawet nie wiesz, co strach może zrobić z człowiekiem... Ja się już nie mogę wycofać, nie chodzi nawet o moje życie, ale o matkę, ojca i wszystkim moich bliskich. Ja nie chcę być Śmierciożercą, ja muszę nim być. W nocy... W nocy oni przyszli, żeby coś ukraść... Nic ważnego z punktu widzenia Hogwartu i nawet Czarnego Pana. To już koniec, znasz całą moją historię – spojrzał na nią wymownie.
- Świetnie, powiedziałeś mi wszystko, mogę już wyjść? - zapytała zimnym tonem.
- Niekoniecznie, muszę zadbać, żebyś nikomu nie powiedziała o Śmierciożercach.
- I co zamierzasz zrobić?
- Zaufać ci. To jak? Zamierzasz komuś o tym powiedzieć?
- Nie wiem, Draco. Nie mogę cię kryć, prosisz o zbyt wiele.
- Proszę, chodzi o moje życie. Moje i mojej rodziny. Posłuchaj, jeżeli będą planowali coś niebezpiecznego, to z pewnością powiadomię o tym Dumbledore'a. Nie skazuj mnie na śmierć, nie po to się przed tobą otworzyłem. Mogłem wyczyścić ci pamięć.
- Proszę bardzo, niech będzie. Nikomu nie powiem, spłacam dług za uratowanie życia, dwa razy. Nie jesteś zły, Draco, ale miałeś po prostu pecha – mówiła wyjątkowo lodowatym tonem. - Czy mogę już iść?
Kiwnął krótko głową. Wstała i zaczęła iść w stronę drzwi, ale złapał ją za ramie. Wyrwała je szybko.
- Naprawdę przepraszam za tamtą sytuację. Ja... Straciłem kontrolę i naprawdę żałuję. Proszę, wybacz mi.
Milczała przez chwilę i wpatrywała się w swoje dłonie, ale po chwili spojrzała na niego z determinacją.
- Ja rozumiem, że nie masz łatwego życia, naprawdę – mówiła bardzo powoli, dokładnie dobierając słowa. - To dla mnie zbyt wiele. To, co zrobiłeś... Nie mówię już o tym, do czego byłeś zmuszony... O uderzeniu mnie, zamordowaniu wilkołaka. Nikomu nie powiem, kim jesteś, ale nie chcę mieć z tobą zbyt wiele wspólnego. Ta relacja od początku była skazana na niepowodzenie. Kiedyś z pewnością ci wybaczę, ale to wcale nie będzie łatwe. Ja po prostu... Musze pobyć teraz sama, z daleka od ciebie. Przepraszam.
Nie zamierzał już nadal ją przytrzymywać przy sobie. Zabolały go jej słowa, ale czego innego mógł się spodziewać po tym wszystkim?
- Twoja różdżka jest w szufladzie – powiedział i wskazał na komodę.
Rzucił na nią zaklęcie kameleona, po czym wyszła bez słowa.

      Usiadła pod ścianą i ukryła twarz w dłoniach. W głowie miała okropny mętlik, a słowa Dracona dźwięczały jej w uszach. Nie byłe teraz taka pewna, czy dobrze go potraktowała. Jak ty byś się zachowała, gdyby od tego zależało życie Twojej rodziny? - ta natrętna myśl wciąż do niej powracała. Była rozdarta między współczuciem, a pogardą. Jakaś część jej chciała pójść do niego natychmiast i powiedzieć, że rozumie. Ale z drugiej strony nie chciała na niego patrzeć, nie po tym co zrobił. Uderzył Cię, tego się nie wybacza! - krzyczała do siebie w myślach. Nie chciała się nawet domyślać, jak chłopak musi się czuć z ciążącą na nim odpowiedzialnością. Wstała i przez chwilę walczyła sama ze sobą, w którą stronę pójść. Westchnęła i ruszyła w stronę swojego dormitorium. Próbowała pozbyć się wyrzutów sumienia. Nie masz wobec niego żadnych zobowiązań. Nie po tym wszystkim. Sam jest sobie winien – powtarzała w myślach.

      Ginny szła właśnie korytarzem w stronę Wielkiej Sali. Rozmyślała o Hermionie, która nie wróciła na noc, martwiła się o nią, ale uznała, że dziewczyna po prostu zasnęła w bibliotece, do której udała się wieczorem. Nagle ktoś złapał ją za ramię. Dziewczyna odwróciła się i zobaczyła wysoką Ślizgonkę, Katy Moller. Przewróciła teatralnie oczami i spojrzała na nią z pogardą.
- Czego chcesz? - zapytała znudzonym tonem.
- Porozmawiać – blondynka uśmiechnęła się smutno.
- O czym?
- O Zabinim. Wiem, że możesz mi nie wierzyć, ale mnie potraktował tak samo. Ja nic do ciebie, nie mam, Weasley. Chcę solidarnie, po kobiecemu cię ostrzec. Blaise od jakiegoś czasu dużo o tobie mówi. A dokładniej tym, co by z Tobą robił. To dupek, wykorzystuje dziewczyny.
- Dobra, Katy, nie mam zamiaru rozmawiać z tobą na ten temat. To wyłącznie moja sprawa – Ginny spojrzała na nią z irytacją.
- Jak sobie chcesz, ale wspomnisz moje słowa, Weasley – uśmiechnęła się jeszcze i odeszła.
Gryfonka przystanęła na chwilę, żeby opanować wściekłość, ale za chwilę znów ruszyła w swoją stronę.

      Rudowłosa dziewczyna siedziała na parapecie i wpatrywała się w płatki śniegu, które wirowały w świetle latarni. Chciała tylko kochać i być kochana. Chociaż udawała niezależną i twardą, to czasem potrzebowała tylko dotyku, ciepłego słowa. Czasem była już po prostu zmęczona tym wszystkim, sobą. Chciała uciec gdzieś, gdzie nikt jej nie znał. Żeby mogła zacząć wszystko od początku. Bała się zaangażować, nie chciała być jego kolejną zabawką. Była rozdarta miedzy sercem, a rozumem. Nie wiedziała, ile czasu jeszcze będzie mogła trzymać go na dystans, unikać, udawać, że jest jej obojętny. Może i przez chwilę pomyślała, że to coś innego, że nie traktuje tego wszystkiego przedmiotowo, ale myliła się. Cholerna Katy... - pomyślała. Dziewczyna zasiała w niej ziarno niepewności, które teraz kiełkowało w niej z zaskakującą szybkością. Zabini to dupek, wykorzystuje dziewczyny. Chcę cię ostrzec - wciąż dźwięczał jej w głowie perlisty śmiech Ślizgonki. Wspomnisz moje słowa, Weasley... Ginny odetchnęła głęboko i wstała. Bratanie się ze Ślizgonem od początku było złym pomysłem. Powinna o tym wiedzieć od początku. Położyła się do swojego łóżka. Słyszała miarowy oddech Hermiony. Przyjaciółka nie chciała powiedzieć jej gdzie spędziła poprzednią noc, w ogóle nie mówiła wiele.


Tydzień później.      Hermiona rozmyślała nad tym od pewnego czasu. A teraz był idealny czas na zamiany, ostatni dzień tego roku. Nie wiedziała jakie plany na tę noc ma Malfoy, ale miała nadzieję, że żadne konkretne. Chociaż Ginny od jakiegoś czasu unikała Zabiniego, to dla niej zrobiła wyjątek i wypytała o plany Draco. Podobno nie miał żadnych. Hemriona nie była pewna, czy robi dobrze, ale miała wyrzuty sumienia po tym jak potraktowała go ostatnio. Otworzył się przed nią i wytłumaczył wszystkie swoje irracjonalne zachowania. Postanowiła dać mu szansę, ostatnią.
Ruszyła do łazienki, aby wziąć prysznic i ubrać się w coś bardziej odpowiedniego. Po godzinie była gotowa. Ubrała swoją najlepszą sukienkę, sama nawet nie wiedziała dokładnie dlaczego. Była w niebieskim kolorze, górę miała obcisłą, z krótkim rękawem i niewielkim dekoltem, a dół szeroki i do połowy uda. Rozpuściła włosy i ubrała niewysokie obcasy. Przyjrzała się sobie i westchnęła, nie wyglądała nawet w połowie tak dobrze, jakby chciała. Na szyję zawiesiła łańcuszek z zawieszką w kształcie gwiazdki, który dostała od Malfoy'a. Wzięła pelerynę i pospiesznie wyszła.
Stała pod drzwiami do jego dormitorium, a stras był ogromny. Nie wiedziała, czy robi dobrze, ale przecież tyle już nad tym myślała, wszystko miała zaplanowane! Zapukała szybko. Brak odpowiedzi. Poczekała chwilę i zapukała jeszcze raz. Znów cisza. Nacisnęła na klamkę, drzwi były otwarte. Weszła szybko do środka. Blondyn siedział w fotelu z butelką alkoholu. Patrzył w ogień.
- Wynoś się, Zabini. Mówiłem, że chcę być sam – warknął.
- To nie Zabini – powiedziała Harmiona cicho.
Draco odwrócił się natychmiast i spojrzał na nią zaskoczony. W jego oczach zobaczyła dziwny błysk. Odłożył alkohol i podszedł do niej szybko.
- Co tu robisz? - zapytał.
- Pomyślałam, że nikt nie chciałby spędzać Sylwestra samotnie. A zresztą... Ostatnio nie zachowałam się najlepiej. Po prostu wyszłam. Chcę, żebyś wiedział, że doceniam, że otworzyłeś się przede mną. I... - westchnęła. - Rozumiem pewne twoje zachowania.
Uśmiechnął się tylko w odpowiedzi.
- Wyglądasz pięknie – powiedział.
- Posłuchaj... To co zrobiłeś... Nie wiem, czy będę potrafiła ci to w pełni wybaczyć. Uważam, że za bardzo się ze wszystkim pośpieszyliśmy. Proponuję zawieszenie broni i powrót do tego, co było podczas konkursu i tylko tego. Może być? - wyciągnęła dłoń.
- Mi pasuje – uścisnął ją. - Chyba niezbyt do siebie pasujemy, to nie mogło się udać – powiedział z uśmiechem.
- Tak, to nie miało szans.
Chociaż się uśmiechała, czuła w sobie wielki smutek i pustkę. Wiedziała jednak, że zrobił coś, czego nie można wybaczyć tak po prostu. Najwidoczniej związek nie był im pisany, ale zawsze mogli spróbować z przyjaźnią. Zbyt wiele się między nimi zdarzyło, żeby mógł być jej obojętny. Nie wiedziała, czy robi dobrze, ale kierowała się zasadą, że każdy zasługuje na drugą szansę. Szczególnie ktoś tak zagubiony.
- Nie będziemy przecież siedzieć w Sylwestra w zamku, niedługo będzie pokaz fajerwerków. Chodź, zmieścimy się oboje – wzięła do ręki pelerynę-niewidkę.
Jakoś udało im się wyjść i stanęli na błoniach wśród innych uczniów. Tak było im najlepiej, nikt nie mógł ich zobaczyć i to było idealne. Trochę, jakby byli tylko oni. Stali tak i czekali na pokaz. Chociaż żadne z nich nigdy by tego nie powiedziało, to chcieli tak trwać w nieskończoność. Razem. Niewidzialni, żeby nikt nie mógł zniszczyć ich szczęścia. 

środa, 15 października 2014

Rozdział XVIII - Bolesna prawda.

Na wstępie mała informacja. Kiedy skończycie ten rozdział, możecie sobie pogratulować! Będzie to oznaczało, że właśnie, wraz ze mną, przebrnęliście przez połowę tego opowiadania. Czy to dużo, czy mało, do oceny pozostawiam Wam :) Teraz już wiem, że się nie poddam i skończę to opowiadanie! A wszystko dzięki Wam <3
Dziękuję też za wszystkie komentarze pod ostatnim rozdziałem, były po prostu cudowne i dały mi tyle siły do działanie, że nawet nie umiem tego opisać! Dziękuję, że jesteście! <3
Co do tego posta... Jest dłuższy niż kilka ostatnich i trochę boję się Waszych reakcji na niego...
~ Mary!
________________________________________________

Wiem, złamałem Ci serce, rozbiłem je na milion kawałków. Teraz te odłamki znajduję, wszędzie, w sobie, we wszystkim co robię.

      W końcu nastały ferie świąteczne. W tym roku Hermiona została w zamku, jej rodzice wyjeżdżali do rodziny, a ona wolała pobyć wśród przyjaciół. Całą siłą woli powstrzymywała się od rozdrapywania ran, unikała Draco jak tylko mogła. Tydzień po wydarzeniu, które tak ją zraniło, czuła się coraz lepiej. Starała się być pełna optymizmu. Niedługo rozpocznie się kolejny rok, rok zmian... Przynajmniej taką miała nadzieję. Będzie musiała skupić się na nauce i tylko na niej. Nie było jej łatwo, ale miała przy sobie Ginny, wspierały się nawzajem. Nie było to najprostsze zadanie, Hermiona cudem przekonała rudą przyjaciółkę, że dyskretne rzucenie upiorogacka na Cho nie jest najlepszym pomysłem. Teraz nastały wolne dni, więc miały więcej czasu dla siebie, to wszystko zbliżyło je jeszcze bardziej.
Któregoś dnia siedziały w nocy w pokoju wspólnym, zostały już tylko one. Na ferie w tym roku zostało tylko siedmioro uczniów z Gryffindoru, troje Krukonów, sześciu Puchonów i trzech Ślizgonów. Zamek stał się wyjątkowo pustym, ale przez to i przyjemniejszym miejscem. Hermiona, która w dormitorium została sama, przeniosła się do Ginny. Siedziały właśnie przed kominkiem i rozmawiały chichocząc.
- On nie daje mi spokoju, to irytujące. Uwziął się na mnie i ciągle za mną łazi! To straszne! - poskarżyła się Ginny.
- Przecież sam powiedział, że uwielbia cię irytować i czeka na jeden z twoich wybuchów złości. Tak w sumie, to skąd on o nich wie? - zaśmiała się Hermiona.
- Nie mam pojęcia – Ginny spuściła wzrok.
Nie powiedziała przyjaciółce o swoim ataku na Malfoy'a. Starała się unikać jego tematu, aby niepotrzebnie nie przywoływać niemiłych wspomnień. Zmieniła szybko temat na jakiś bezpieczniejszy. Po krótkim czasie portret Grubej Damy otworzył się, a przez dziurę przelazł nie kto inny jak Blaise Zabini. Hermiona spojrzała na niego z zaskoczeniem, a Ginny irytacją.
- Co ty tutaj robisz? Skąd znałeś hasło? - zapytała panna Granger.
Chłopak w odpowiedzi puścił tylko oczko do naburmuszonej Ginny.
- Wygrał je w zakładzie – mruknęła i zgromiła go wzrokiem. - Czego chcesz? - warknęła.
- Tym razem od ciebie nic nie chcę – uśmiechnął się do niej szeroko. - Idź spać, dorośli muszą porozmawiać.
- Chyba sobie żartujesz... - mruknęła.
- Zaraz wrócę, Hermiono. No, mała, idziemy – podszedł do Ginny, podniósł ją, jakby była lalką, a nie prawdziwą osobą. Ruszył w stronę dormitorium dziewczyn.
Hermiona uśmiechała się, patrząc na nich. Panna Weasley była przy nim wyjątkowo niska, bezskutecznie próbowała mu się wyrwać. Było już późno, więc robiła to najciszej, jak mogła. Nagle Hermiona o czymś sobie przypomniała.
- Zabini! Nie! - powiedziała, kiedy chłopak był już przy schodach.
- Wiem, że jesteś po jej stronie, ale to nic nie da – uśmiechnął się półgębkiem.
- Nie, nie, to nie jest najlepszy pomysł!
- No to patrz! - wziął rozbieg i pokonał kilka pierwszych schodów prowadzących do dormitorium dziewcząt.
Stopnie natychmiast spłaszczyły się, a powierzchnia zrobiła się wyjątkowo gładka. Ślizgonowi nie udało się złapać równowagi. W ostatnim momencie odchylił się do tyłu, żeby upaść na plecy. Dzięki temu Ginny miała miękkie lądowanie, upadła prosto na chłopaka. Blaise jęknął z bólu, a Hermiona nie mogła powstrzymać śmiechu.
- A nie mówiłam? - zapytała.
- Ginny, nic ci nie jest? - zapytał od razu Zabini niepewnym głosem.
- Nie, idioto, ale teraz mnie puść, bo w końcu zrobisz nam obojgu krzywdę – pozbierała się z ziemi i otrzepała. - Dobranoc – warknęła w ich stronę i weszła na, normalne już, schody.
Blaise patrzył za nią, aż nie zniknęła ze drzwiami, a później usiadł koło Hermiony.
- O czym chciałeś porozmawiać? - zapytała, opatulając się szczelniej kocem.
- Co tam u ciebie? Jak się czujesz? - zapytał z nienaturalnym uśmiechem.
- Zabini, w życiu normalnie nie rozmawialiśmy, a ty pytasz co u mnie. Mów, czego chcesz!
- Naprawdę pytam tylko, jak się czujesz.
- Malfoy cię nasłał? - spojrzała na niego czujnie.
Ślizgon westchnął z rezygnacją. Ewidentnie starał się nie patrzeć na dziewczynę.
- Słuchaj, wiem, że to skończony kretyn, ale to mój kumpel... Prosił mnie, żebym przyszedł i przekazał ci informację. Znaczy... Miałem nie mówić, że to od niego. No cóż, nie jestem dobry w kłamstwach.
- Czy on po prostu nie może dać mi żyć w spokoju? Bez niego?
- On naprawdę żałuje.
- Żałuje?
Dziewczyna odgarnęła włosy do tyłu i odwróciła twarz tak, żeby w świetle ognia chłopak mógł zobaczyć jej policzek. Siniak prawie zupełnie już zniknął, ale dwa równoległe, cienkie rozcięcia nadal były widoczne. Zabini skrzywił się nieznacznie.
- Zostaną ci małe blizny – szepnął.
- Wiem, pamiątki po mojej głupocie i naiwności – odpowiedziała, patrząc w ogień.
Nastała dość niezręczna cisza. Dziewczyna patrzyła na kominek, a chłopak na swoje ręce.
- Jaką informację? - mruknęła wreszcie Hermiona.
- Miałem zapytać, czy masz jakieś plany na jutrzejszą noc i powiedzieć, żebyś nie wychodziła wtedy z dormitorium – wyrecytował z pamięci.
- Słucham? - zapytała z niedowierzaniem.
- Sam nie wiem, o co mu chodzi. Nie chciał mi powiedzieć. Chyba o coś ważnego, bo był bardzo przejęty.
Czyżby Draco miał jakieś plany względem niej? Na pewno niczego nie będzie mu ułatwiać, chociażby miałam całą noc przesiedzieć przed portretem Grubej Damy, to z pewnością nie będzie obecna w Wieży Gryffindoru. Uśmiechnęła się delikatnie do siebie.
- Przekaż mu, że zamierzam jutro całą noc spędzić w łóżku – uśmiechnęła się do Blaise'a uspokajająco. - Dobranoc – wstała i ruszyła do swojego dormitorium.

      Bał się. Bał się, jak cholera. Ta noc mogła zmienić wszystko, całe jego życie. Jeżeli coś pójdzie nie tak... Nawet nie chciał o tym myśleć. Przynajmniej Ona była bezpieczna... Tylko to podnosiło go teraz na duchu. Siedział sam w Pokoju Wspólnym i czekał na Snape'a. Jego czarna, długa szata i maska leżały obok niego. Całą siłą woli starał się nie patrzeć w tamtą stronę. Chciał mieć to wszystko już za sobą. Na każdy, najmniejszy dźwięk czuł skurcz w sercu i zaczynał nasłuchiwać. W końcu rozległo się pukanie, dokładnie dwa uderzenia, tak, jak się umawiali. Poderwał się szybko z miejsca i wpuścił nauczyciela do swojego dormitorium.
- Wszystko poszło dobrze? - zapytał natychmiast.
- Tak, Dumbledore'a nie ma, korytarze wolne. McGonagall i Filch'owi dolałem kilka kropli eliksiru Słodkiego Snu.
- To dobrze – odpowiedział nerwowo.
Jego nauczyciel był jednak wyjątkowo spokojny. Pewnym krokiem podszedł do obrazu, który wisiał na ścianie. Zaczął szeptać klątwy, których Draco nie znał. Pierwszy raz słyszał wypowiadane przez niego słowa. Drzwi na obrazie otworzyły się i ukazały tunel. Był bardzo ciemny i nieprzyjemny. Chłopak prawie współczuj osobom, które zaraz przez niego przejdą.
- No to czekamy... - mruknął Mistrz Eliksirów bardziej do siebie, niż do swojego ucznia.
Draco siedział jak na szpilkach i co chwilę nerwowo zerkał na przejście. Nie chciał brać udziału w tej misji, ale jak zwykle nie miał najmniejszego wyboru. Musiał wprowadzić do zamku Śmierciożerców, jako próba. Szykowali się do wielkiej inwazji na Hogwart. Do tego na szczęście miał jeszcze czas. Teraz mieli po prostu wejść i rozejrzeć się po zamku, ustalić plan i strategiczne miejsca. Ferie świąteczne były idealne, małe prawdopodobieństwo, że natkną się na kogoś w nocy. Wreszcie na końcu tunelu błysnęło światełko. Serce Dracona gwałtownie przyspieszyło swój bieg. Widział zbliżające się postacie i miał ochotę natychmiast stamtąd zniknąć. Spojrzał na czarną wstążkę, którą przywiązał do ramy swojego łoża. Jest bezpieczna, nic nie ma prawa jej się stać... Powiedziała przecież, że będzie całą noc u siebie. Nie martw się o nią, jest bezpieczna... - powtarzał w myślach. Nie mógł oderwać oczu od pozostałości po Hermionie, nie mógł przestać o niej myśleć. Wstał szybko, odwiązał czarny skrawek materiału i wrzucił go pod poduszkę, byleby tylko o tym wszystkim nie myśleć, nie zadręczać sie. Wreszcie wyszły do nich dwie wysokie postacie, przeklinając głośno. Rowle i Selwyn otrzepali swoje długie szaty. Draco rzucił Snape'owi zaskoczone spojrzenie.
- Znacie plan? - zapytał.
Pokiwali krótko głowami, ale Malfoy wolał na wszelki wypadek wszystko powtórzyć, nie miał do niech za grosz zaufania.
- Dobra, jeszcze raz. Macie uwinąć się z tym szybko i dyskretnie, jasne? Ja i profesor Snape będziemy pilnować, żeby nikt wam nie przeszkadzał. Macie mało czasu, idźcie już – warknął.
Poczekał, aż opuszczą pomieszczenie i zwrócił się do Mistrza Eliksirów.
- Jak mogli wysłać nam dwóch największych idiotów? - zapytał z niepokojem.
- Nie mam pojęcia, ale musisz mieć na nich oko, trudno nad nimi zapanować, szczególnie nad Selwynem. Są nieprzewidywalni, a do tego cię nie znoszą.
- Zdążyłem zauważyć – uśmiechnął się zjadliwie.
- Jesteś młodszy, a masz nad nimi władzę. Nie wiem, dlaczego akurat oni tutaj przyszli, ale z pewnością nie ułatwi nam to zadania.
Draco westchnął i ruszył za mężczyznami.

     Wracała właśnie z biblioteki. Było już tak późno, że jeżeli Malfoy coś planował, to z pewnością już sobie odpuścił. Ostatnie kilka godzin pisała esej na Transmutację, przynajmniej wykorzystała jakoś ten czas. Nie miała ze sobą peleryny, nie chciała znów prosić o nią Harry'ego. Liczyła na szczęście i brak kogokolwiek na korytarzach, które podczas ferii były mniej kontrolowane. Szła, stąpając bardzo ostrożnie i rozglądając się nerwowo. Nie mogła pozwolić sobie na kolejny szlaban i tak miała ich już w tym roku zbyt wiele.
Żeby dojść do schodów, został jej do przejścia jeszcze jeden korytarz. Cieszyła się z powodzenia swojej misji, zaraz będzie w ciepłym łóżku... Wyszła za róg i zamarła z przerażenia... Stanęła oko w oko z wysoką, zamaskowaną postacią. Patrzyła na niego, nie mając odwagi wykonać żadnego ruchu. W jej umyśle szalała burza. Śmierciożerca... Ale co on robił w Hogwarcie? Cofnęła się kilka kroków i wyciągnęła różdżkę. Mężczyzna był szybszy, machnął swoją i dziewczyna poczuła nagle ogromny ciężar na swoim gardle. Próbowała ugodzić w niego zaklęciem, ale z jej krtani nie wydobył się żaden dźwięk. Śmierciożerca najwidoczniej rzucił na nią czar, który czasowo pozbawiał ofiarę mowy. Nigdy wcześniej nie była tak szczęśliwa, że opanowała zaklęcia niewerbalne. Niestety nic jej to nie dało, zanim ona zdążyła się skoncentrować, był szybszy.
- Expelliarmus – usłyszała.
Różdżka wyleciała jej z ręki, teraz była bezbronna.  Niewiele myśląc, odwróciła się na pięcie i zaczęła biec w stronę biblioteki. Nie była pewna jakie ma szanse. Odwróciła się przez ramię, postać szła za nią szybkim krokiem. Mało rozumiała, spodziewała się, że będzie próbował ją uśmiercić lub chociaż dogonić. Nagle wszystko zrozumiała. Zza zakrętu wyszedł drugi zakapturzony mężczyzna. Dziewczyna znalazła się w pułapce, chciała krzyknąć, ale z jej gardła nie wydostał się żaden dźwięk. Była przerażona, ale patrzyła na nich z wysoko uniesioną głową. Jeden z mężczyzn złapał ją za włosy i brutalnie odchylił jej głowę do tyłu.
- Oho, kogo my tu mamy? Szlama, przyjaciółka Pottera – zaśmiał się.
Lekko zwolnił uścisk i dziewczyna natychmiast wykorzystała sytuację. Splunęła mu w twarz i wyrwała się zaskoczonemu mężczyźnie. Jedyną drogą ucieczki była pusta sala. Wpadła do klasy i zamknęła się w niej. Nie miała już drogi ucieczki, mogła tylko czekać na nieuniknione. Rozglądała się gorączkowo po sali, szukając dla siebie jakiejś broni. Drzwi otworzył się gwałtownie i dziewczyna odskoczyła pod ścianę. To koniec...- pomyślała z przerażeniem. 
- Mieliśmy nie robić nikomu krzywdy, ale ty mnie wkurwiłaś. Już ja cię nauczę okazywać szacunek!
I tak nie mogła krzyczeć, stanęła naprzeciw niego i spojrzała w oczy. Nie da się zastraszyć, nigdy. Jeżeli ma umrzeć, to z wysoko uniesioną głową. Jak przystało na Gryfonkę. Miała nadzieję, że jej oczy wyrażały cała determinację, którą miała teraz w sobie. Mężczyzna pchnął ją na ścianę. Dziewczyna poczuła ćmiący ból z tyłu głowy. Świat na chwilę zawirował i upadła. Po jej policzkach popłynęły łzy. Nie chciała umierać, nie teraz, nie w taki sposób. Zamknęła oczy, nie chciała widzieć tego wszystkiego. Zrób to szybko, niech mam to za sobą – krzyczała w myślach.
- Co z nią zrobimy? - zapytał drugi Śmierciożerca.
- Ja już wiem, co z nią zrobię – odrzekł i uśmiechnął się obleśnie.
Zaczął iść w stronę dziewczyny, a ta zwinęła się na ziemi. Miała wrażenie, że serce zaraz wyrwie jej się z piersi. Pomyślała o rodzicach, którzy najprawdopodobniej byli teraz u jej dziadków. O Ginny, która spała teraz bezpiecznie w łóżku. O Harry'm i Ronie, może było to absurdalane, ale zadała sobie w myślach pytanie, jak poradzą sobie bez niej z pracami domowymi. Pomyślała nawet o Draco, który chciał, żeby została tej nocy u siebie. Czyżby wiedział o tym wszystkim? Odrzuciła szybko od siebie tę myśl. Czyżby miała już więcej ich nie zobaczyć? Myślała intensywnie o nich wszystkich, może tak będzie jej łatwiej, kiedy oni chociaż mentalnie będą obok. Szlochała bezdźwięcznie i czekała na najgorsze.
Nagle drzwi do sali otworzył się. Hermiona przez chwilę poczuła ciepło, jakie dała jej nadzieja, ale zawód okazał się gorzki. Stanęła w nich jeszcze jedna, zamaskowana postać. Dziewczynę przeszył dreszcz przerażenia. Czy ktoś jeszcze podzieli jej los? Ilu było ich w zamku?
- Mieliście zachowywać się cicho, kretyni! Co wy tu w ogóle ro... - urwał, kiedy zobaczył skuloną w kącie postać.
Gryfonka od razu rozpoznała ten głos. Sama nawet nie wiedziała, co poczuła na jego dźwięk. Zaskoczenie? Niedowierzanie? Ulgę? Zawód? Strach? Chyba wszystko na raz. Poczuła, że aż robi jej się niedobrze, ból głowy jeszcze się pogłębił. Nie odważyła się spojrzeć na nowo przybyłą postać, bała się, że wtedy to wszystko okaże się prawdą. Nie, to niemożliwe, musiała się przesłyszeć...
-
Daj spokój, Draco, ta suka mnie opluła, należy jej się.
To rozwiało wszystkie jej wątpliwości. Zawaliło się wszystko, w co wierzyła. Był Śmierciożercą, mordował ludzi... Był zwolennikiem Voldemorta. Miała ochotę krzyczeć. Ufała mu, wierzyła... Kolejna fala łez popłynęła po jej policzkach. Czy cokolwiek, co jej mówił, było prawdą? Jak na razie karmił ją tylko kłamstwami, tak na prawdę w ogóle go nie znała. Za to wszystko znienawidziła go jeszcze bardziej. Nawet na nią nie spojrzał, wpatrywał się w swojego towarzysza. Co teraz z nią będzie? Czy Draco będzie miał jakiekolwiek skrupuły? Bała się go nie mniej, niż dwóch innych Śmierciożerców, którzy stali obok niego. Mimo wszystko tliła się w niej iskierka nadziei, że po tym wszystkim nie pozwoli zrobić jej krzywdy.
- Naprawdę jesteś tak głupi? Nikomu nie ma prawa się nic stać, a w szczególności jej. To przyjaciółka Pottera, naprawdę myślisz, że nikt się nie dowie, jeśli ją zgwałcisz lub zabijesz? - prychnął.
Czyżby jednaki była dla niej nadzieja? Próbowała mu zaufać, że nie da zrobić jej krzywdy. Próbowała wierzyć, że powstrzymał go nie tylko ze względu na niepowodzenie misji. Spójrz na mnie! - krzyczała w myślach.
- Nie będziesz mną rządził, gówniarzu – warknął mężczyzna i stanął naprzeciw Malfoy'a, byli tego samego wzrostu.
- Będę. Myślę, że nie chcesz, żeby Czarny Pan dowiedział się, przez kogo nie udała się misja. Lepiej stąd wypierdalaj, ty też Rowle. Ja się nią zajmę – warknął.
Mężczyzna, którego Draco nazwał Rowle'm natychmiast skierował się do drzwi, ale ten drugi mierzył jeszcze przez chwilę Ślizgona wzrokiem.
- Nie zrozumiałeś czegoś? - warknął blondyn.
Tym razem Śmierciożerca posłuchał. Kiedy zamknęły się drzwi, postawa Dracona natychmiast się rozluźniła. Zdjął maskę, a potem wycelował w Hermionę różdżką. Rzucił jeszcze na pomieszczenie zaklęcie wyciszające. Poczuła, jakby z jej gardła zdjął ogromny ciężar. Odkaszlnęła.. Nie wiedziała co ma o tym wszystkim myśleć, po jej policzkach znów popłynęły łzy.
Podszedł do niej, kucnął i wyciągnął rękę w jej kierunku, ale ona w efekcie przylgnęła do ściany całym ciałem i spojrzała na niego przerażona.
 - Nie dotykaj mnie! - krzyknęła histerycznie i zaszlochała.
 - Spokojnie, przecież nic ci nie zrobię - mówił bardzo cicho i łagodnie.
 - Skąd mam wiedzieć?
 - Nigdy bym cię nie skrzywdził - próbował uśmiechnąć się kojąco, ale chyba nie najlepiej mu to wyszło.
 - Jesteś jednym z nich - załkała, z trudem łapiąc powietrze.
 - To nie tak, wszystko ci wyjaśnię. Proszę, zaufaj mi raz jeszcze, błagam! -  znów wyciągnął do niej rękę.
 - Nie - krzyknęła i odtrąciła ją. - Jesteś kłamcą i mordercą, niczym nie różnisz się od tych, którzy byli tu przed chwilą.
 - Nie jestem taki, zaufaj mi. Nigdy bym cię nie skrzywdził. Wiem, że powinienem ci o tym powiedzieć, ale nie umiałem. Proszę, wybacz mi.
Nadal łkała patrząc na niego nieufnie.
 - Chodź, zabiorę cię stąd w bezpieczniejsze miejsce, porozmawiamy.
 - Nidzie z tobą nie pójdę!
 - Muszę ci to wszystko wyjaśnić. Zresztą, nie zostawię cię tu samej. Błagam, chodź ze mną – mówił uspokajająco i patrzył na nią tak, jak przez te dwa tygodnie ich wspólnego szczęścia.
Nagle jakby całe napięcie z niej zaszło, nienaturalnie wyprostowane ciało zgarbiło się lekko. Mimo wszystkiego, co jej zrobił, cieszyła się, że był teraz przy niej. Uratował ją znowu. Potrzebowała kogoś, kto w tym momencie się nią zaopiekuje. Pomimo strachu, który teraz czuła względem niego. Potrzebowała go w tym momencie, jak nigdy wcześniej. Nawet gdyby to miała być jakaś pułapka albo gdyby miała żałować tego następnego dnia. Dziewczyna wtuliła się mocno w Dracona, uczepiła palcami jego szaty i załkała.
 - Tak się bałam - szeptała przez łzy.
 - Wiem, ale już jest dobrze, jestem przy tobie i nic ci nie grozi – szeptał i uspokajająco głaskał ją po włosach.
Próbował wstać, ale dziewczyna nie zamierzała go puścić. Zmienił taktykę, wziął dziewczynę na ręce i ruszył w stronę swojego dormitorium.
- Dlaczego ty zawsze pakujesz się w kłopoty? - zapytał cicho.
Rozglądał się po drodze nerwowo, ale na szczęście udało im się zostać niezauważonymi. Kiedy doszli w końcu do dormitorium, spostrzegł, że dziewczyna zasnęła w jego ramionach, wyglądała jak mała dziewczynka, twarz miała jednak niespokojną. Położył ją na swoim łóżku i przykrył szczelnie kołdrą.

      Snape wraz z dwoma Śmierciożercami zjawił się po kilkunastu minutach. Draco z napięciem wyczekiwał ich powrotu.
- Co ona tu robi? - zapytał Mistrz Eliksirów, spoglądając na śpiącą Hermionę.
- Ci dwaj kretyni ją zaatakowali, powstrzymałem ich w ostatnim momencie, mogli zawalić całą misję – warknął i spojrzał na nich gniewnie. - Rzucę na nią zaklęcie zapomnienia, kiedy tylko się obudzi.
- Niech będzie – rzucił Snape i spojrzał wściekle na swoich towarzyszy. - Nie omieszkam wspomnieć Czarnemu Panu o waszych zasługach – uśmiechnął się jadowicie.
Opuścił dormitorium, kiedy tylko dwaj Śmierciożercy zniknęli w tunelu. Draco w końcu został z dziewczyną sam. Usiadł na brzegu łóżka i patrzył na nią z niepokojem. Miał zamiar pójść spać na kanapę, ale kiedy wyszedł z łazienki i zamierzał zasnąć, usłyszał, że Hermiona rzuca się nerwowo na łóżku i mamrocze przez sen. Westchnął i ruszył w jej kierunku. Przysunął sobie krzesło do łóżka i usiadł na nim. Najprawdopodobniej nie zaśnie tej nocy, będzie czuwał, na wypadek, gdyby go potrzebowała. To nie tylko dla niego była ciężka noc.

sobota, 11 października 2014

Rozdział XVII - Pęknięte serca.

Rozdział miał być duuuużo później, ale stuknęło mi 10 000 wyświetleń <3 To taki mały prezencik ode mnie z tej okazji, ale nie mogę dodawać notek tak szybko, bo się znudzicie, o ile już tego nie zrobiliście :D
Tak, tak, tak, znów nowy szablon. Ten zostanie już na dłużej, po prostu potrzebowałam bardziej przejrzystego CSS'a. Dodałam szerokie listy i mam nadzieję, że będzie wygodniej.
Na stronie S-DHL pojawił się wywiad ze mną, na który bardzo serdecznie Was zapraszam! Więcej tutaj: KLIK!
Ostatni rozdział Was zszokował, no, ale cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo :) Przychodzę do Was dzisiaj z rozdziałem, który mi się nawet podoba. W końcu nie mam wyrzutów sumienia, że dodaję coś, czego nie jestem pewna. Ten rozdział jest dłuższy i troszkę inny niż zwykle. Mam tylko nadzieję, że taka perspektywa też się Wam spodoba. Już nie przedłużam! Czytajcie!


__________________________________________________

Chcę do Ciebie.
Nic więcej.
Chcę usiąść i słuchać, być blisko.
Chcę do Ciebie.
Nic więcej.
To dużo i mało, i wszystko.

      Hermiona otworzyła oczy i wspomnienia z poprzedniego dnia wróciły do niej ze zdwojoną siłą. Jej ręka mimowolnie powędrowała do rany na policzku. Poczuła ból, kiedy dotknęła zranionej skóry. Zamknęła oczy, w których pojawiły się łzy. To jednak nie był sen...Odwróciła się na drugi bok i próbowała po prostu nie myśleć, o niczym. Była sobota, więc bezkarnie mogła nie wstawać z łóżka. Próbowała leżeć i wyobrażać sobie, że to wcale się nie zdarzyło, ale po chwili zmieniła taktykę. Wstała szybko i ruszyła do łazienki. Musiała się czymś zająć. Spojrzała na swoje lustrzane odbicie. Skórę miała rozciętą w dwóch miejscach, a wokół ran pojawił się siniak. Westchnęła głośno i wyciągnęła z kosmetyczki podkład, który miała właśnie na takie przypadki jak ten. Nikt nie mógł tego zobaczyć, a już w szczególności nie Malfoy. Wiedziała o tym tylko Ginny. Hermona powiedziała jej o nim od razu po powrocie. A raczej wydukała tę informację, przerywając ją spazmami szlochu. Omijając oczywiście fragment o morderstwie.
Ginny przez chwilę wpatrywała się w nią, jakby nie zrozumiała nic z tego, co powiedziała jej przyjaciółka. Później kilka rzeczy nastąpiło w jednym momencie. Jej oczy otworzyły się nienaturalnie szeroko, cała poczerwieniała, poderwała się gwałtownie z miejsca i zacisnęła dłonie w pięści. Najpierw krzyknęła kilka niecenzuralnych słów pod adresem Malfoy'a, a później przez chwilę krążyła w ciszy po pokoju.
- Jakie jest hasło? - zapytała w końcu.
- Gdzie?
- Do ich pokoju wspólnego!
- Ginny, nie...
- Ja go zabiję, rozumiesz? Zamorduję! Nie miał prawa cię tknąć! Co za bydle!
Później było już tylko więcej obelg.
Hermiona trochę wystraszyła się jej reakcji, chociaż bardzo dobrze znała temperament i wybuchowy charakter swojej przyjaciółki.
Siniak nadal był widoczny, ale już nie rzucał się tak w oczy, rozpuściła włosy, które trochę zamaskowały bolące miejsce. Kiedy wyszła z dormitorium natychmiast usłyszała krzyk Ginny, chociaż nawet nie widziała jeszcze pokoju wspólnego.
- MAM CIĘ DOSYĆ! JESTEŚ ZWYKŁĄ ŚWINIĄ, TO TYLE! - wrzeszczała.
Hermiona wytężyła słuch, ale to nawet nie było podsłuchiwanie, z pewnością wszyscy w Gryffindorze mogli usłyszeć jej rudą przyjaciółkę.
- Posłuchaj... Ja... Nie wiem... Przestań... Naprawdę nie... - Harry mówił o wiele ciszej i Hermiona zdołała usłyszeć tylko urywki zdań, które wypowiadał.
Dziewczyna zdecydowała się zejść na dół i poznać przyczynę porannych krzyków. Harry siedział na kanapie ze zdezorientowaną miną i patrzył na Ginny z niedowierzaniem. Ron obserwował całą scenę z zaciekawieniem i rozbawieniem, a ruda Gryfonka stała przed czarnowłosym chłopakiem i krzyczała gestykulując.
- PO TYM WSZYSTKIM CO DLA CIEBIE ZROBIŁAM...
- Co się dzieje? - zapytała Hermiona cicho i trzy pary oczu zwróciły się na nią.
- Właśnie nie wiem – powiedział Harry.
- NIE WIESZ? - Ginny zrobiła się jeszcze bardziej czerwona, o ile to w ogóle możliwe. - JAKA JA BYŁAM GŁUPIA!
- Możesz przestać krzyczeć i wszystko spokojnie mi wytłumaczyć?
- NIE! W OGÓLE NIE ROZUMIEM, DLACZEGO NADAL Z TOBĄ ROZMAWIAM!
- Rozmawiasz? - zapytał Harry z niedowierzaniem. - Ty prowadzisz monolog, którego zupełnie nie rozumiem.
- NO I PIĘKNIE! CIESZĘ SIĘ, ŻE WSZYSTKO SOBIE WYJAŚNILIŚMY! MOŻESZ IŚĆ PIERDOLIĆ SIĘ Z CHO! - wrzasnęła i ruszyła szybko w stronę wyjścia.
- Ginny, nie, zaczekaj! - krzyknęła Hermiona.
Pobiegła za nią i złapała za ramię. Dziewczyna spojrzała na nią wściekle.
- Zostaw mnie, chcę być sama – powiedziała. - Proszę – dodała łagodniej.
Rzuciła jeszcze Harry'emu spojrzenie pełne odrazy i wyszła przez dziurę za portretem Grubej Damy. Panna Granger chciała za nią pobiec, ale wolała uszanować wolę swojej przyjaciółki.
- Jesteś z siebie dumny? - warknęła, zwracając się do Harry'ego.
- Ja nic nie zrobiłem! Zupełnie jej nie rozumiem. Dowiedziała się, że jestem z Cho, a potem...
Hermiona spojrzała na niego morderczym wzrokiem.
- Jesteś z Cho? - zapytała chłopaka wisielczym tonem.
- Tak, ale co z tym wszystkim ma wspólnego Ginny?
- Jesteś ślepy czy głupi? - krzyknęła i ruszyła z powrotem do swojego dormitorium.
- Co stało ci się w twarz? - usłyszała pytanie Rona, ale nie odpowiedziała.
- O co im chodzi? - zapytał Harry i Gryfonka kątem oka zobaczyła, jak Ron wzrusza ramionami.
Jacy oni wszyscy byli niedomyślni. Jak jej przyjaciel mógł nie widzieć, co czuje do niego Ginny? Ron wcale nie był lepszy... Na myśl o rudzielcu znów powróciły wspomnienia. Jej ręka znów powędrowała do siniaka, jakby sprawdzała, czy nadal tam jest. Był, bolał... Tak jak jej serce, znów tak posiniaczone jak jej twarz. Znów przez niego. Nie była tylko pewna, co rani ją bardziej. Fakt, że ją uderzył, czy kłamstwo, którym karmił ją od dłuższego czasu. Okazał się mordercą... Pozbawił życia ludzką istotę. W porównaniu z tym, uderzenie jej nie wydawało się aż tak wielką rzeczą. Popełniła błąd, zaufała mu... Następnym razem będzie uważać bardziej, już nie da się zranić. Więcej nie uwierzy, że ludzie się zmieniają...

      Ruda dziewczyna siedziała w pustej klasie pośród odłamków potłuczonego szkła. Zbiła wszystkie możliwe przedmioty. Wazony, szyby w szafkach i fiolki. Po jej dłoniach spływała krew, ale nie przejmowała się tym, zdawała się tego nie zauważać. Nie to było teraz najważniejsze. Próbowała zrozumieć, co zrobiła źle. Była przy nim zawsze, kiedy tego potrzebował. A on w ogóle jej nie zauważał, traktował tylko jak siostrę przyjaciela. No cóż, przecież jak mogłaby konkurować z Cho? Co prawda ta dziewczyna była głupia, ale za to ładna i z bogatego domu. Chciała otrzeć łzy spływające po jej policzkach, ale w ostatniej chwili zauważyła krew na swojej dłoni. Dopiero teraz jakby oprzytomniała, rozejrzała się po pomieszczeniu. Niektóre fragmenty szkła, były ubrudzone jej krwią, musiała skaleczyć się, podczas rozbijania kolejnych wazonów. Wzięła kilka głębokich wdechów i uspokoiła się już prawie całkowicie. Wyjrzała przez okno, patrzyła na jezioro, zawsze ją to uspokajało. I wtedy ich zobaczyła... Spacerowali razem, trzymali się za ręce. Patrzył na nią tak, jak nigdy na Ginny. Znów uderzyła w nią fala gorąca, po policzkach spływały łzy złości i bezsilności. Miała ochotę krzyczeć albo kogoś uderzyć. Zdecydowała się na mniej drastyczne rozwiązanie, przewróciła z całą swoją siłą krzesło, które w hukiem upadło na podłogę. Później kolejne. Znów stanęła przed oknem i wpatrywała się w Cho, jakby miała nadzieję, że uda jej się zamordować ją wzrokiem. Nagle ktoś otworzył drzwi. Dziewczyna nawet się nie odwróciła.
- Och, witaj, Wesley. Myślałem, że to Irytek. Nie widziałaś go może? Bo jest mi potrze... - urwał, kiedy spojrzał na odłamki szkła na ziemi i krew na rękach Gryfonki.
-Weasley? - zapytał niepewnie.
Dziewczyna odwróciła się w jego stronę, twarz miała opuchniętą i czerwoną od płaczu. Chłopak natychmiast do niej podszedł, jeszcze tylko jego tutaj brakowało...
- Ej, Wiewióreczko, co się stało? - zapytał łagodnie i patrzył na nią czujnie.
- Chcę być sama! - mruknęła i spuściła wzrok.
Nie potrzebowała litości Zabiniego lub tym bardziej jego drwin. Spojrzała na niego wściekle i złożyła ręce na piersiach.
- Ej, mała, nie płacz – przytulił ją mocno, a ona nie miała wyjścia z tej sytuacji.
Ślizgon był od niej o wiele wyższy i szerszy. I przede wszystkim silniejszy. Była przy nim wyjątkowo niska i drobna. Próbowała się wyrwać, ale nie dawała rady. Czuła się lekko podduszona, ale też podniesiona na duchu.
- Puszczaj, nie mogę oddychać – warknęła.
Co prawda polubili się na konkursie, jakoś znaleźli wspólny język, ale nigdy nie spodziewała się, że stać go na taki gest względem niej. Blaise bardzo różnił się od Malfoy'a. Blondyn był zimny i niedostępny, tą dozą zakazanego owocu kusił dziewczyny. Za to Zabini był... Czarujący i bardzo czuły, ale w męski sposób. Każda dziewczyna mogła poczuć się przy nim wyjątkowo, jak ktoś specjalny. Jednak to wcale nie czyniło go lepszym od swojego przyjaciela, traktował dziewczyny tak samo przedmiotowo. Jego zachowanie, kiedy w końcu dostał już to co chciał, niczym nie różniło się od blond-włosego drania.
- Pokaż to – delikatnie złapał jej dłoń i przyjrzał jej się uważnie.
Chociaż zabolało, dziewczyna nie okazała tego. Dorastała wśród prawie samych mężczyzn, nauczyła się, jak być twardą. Ślizgon zaklęciem oczyścił jej rany ze szkła. Ze zdumiewającą siłą rozerwał kawałek swojej szaty i oderwanym kawałkiem, z pełną delikatnością, zabandażował dłoń dziewczyny.
- Będziesz musiała iść z tym do Skrzydła Szpitalnego – oświadczył, nadal trzymając jej dłoń.
- Obejdzie się - cofnęła ją szybko i odsunęła się od chłopaka.
- To są dość głębokie rany, powinnaś...
- Nie trzeba, dziękuję – powiedziała obojętnym tonem.
- Powiesz mi, skąd to wszystko? - zamaszystym ruchem omiótł całe pomieszczenie.
- Miałam swoje powody – mruknęła cicho, wpatrując się w okno.
Harry'ego i Cho nie było już w zasięgu jej wzroku, na szczęście.
Stali tak chwilę w ciszy, aż nagle drzwi znów się otworzyły.
- No, tutaj jesteś, Zabini, szukałem cię. Znalazłeś Irytka? – blondyn patrzył na nich przez chwilę. - To ja nie przeszkadzam... - chciał się wycofać.
- Ty... - Ginny zniżyła głos i wycelowała w niego palcem.
Jej oczy niebezpiecznie się zwęziły. Draco z pewnością domyślał się, jaki jest powód wściekłości dziewczyny, ale spokojnie wszedł do pomieszczenia i zamknął za sobą drzwi. Gryfonka zrobiła kilka powolnych kroków w jego stronę.
- Ty bydlaku... - wysyczała, a potem...
Rzuciła się na niego z pięściami. Draco zrobił niezgrabny unik, a Blaise szybko do niej podbiegł i złapał w pasie. Dziewczyna wyrywała się i krzyczała w stronę blondyna. Niektórych przekleństw nie używał nawet czarnoskóry Ślizgon, który teraz patrzył na nią ze zdziwieniem i fascynacją. Wymachiwała wściekle rękami, jakby miała ochotę rozszarpać Malfoy'a. Zanim go zaatakowała rozważała wyciągnięcie różdżki, ale zdecydowała, że woli wydrapać mu oczy paznokciami. Cała wściekłość tego dnia właśnie znajdowała swoje ujście. Przez chwilę jej paznokcie prawie dotknęły jego skóry, ale Blaise przyciągnął ją do siebie jeszcze bardziej. Draco nie wykonał żadnego ruchu.
- JESTEŚ NIKIM, NIKIM, DO CHOLERY! JAK MOGŁEŚ JEJ TO ZROBIĆ? TY ŚWINIO, TY... TY... - zabrakło jej przekleństw, których jeszcze nie użyła. - PUSZCZAJ MNIE, ZABINI! CHCĘ GO ROZSZARPAĆ. NIE ZBLIŻAJ SIĘ DO NIEJ NIGDY WIĘCEJ, BO DOSTANIESZ TAKIM UPIOROGACKIEM, ŻE BĘDZIESZ SZCZAŁ ZE STRACHU NA KAŻDY DŹWIĘK, ROZUMIESZ?! PUSZCZAJ MNIE, IDIOTO! ONA JUŻ NIGDY NA CIEBIE NIE SPOJRZY! ZAUFAŁA CI, KRETYNIE! CZY TY ROZUMIESZ, ŻE MASZ MNIE PUŚCIĆ?! CHCĘ WYDRAPAĆ MU OCZY!
Nadal szamotała się wściekle i próbowała wyrwać, niestety bezskutecznie. Powoli opadała z sił.
- Chyba powinnaś zażywać jakiś eliksir uspokajający, Weasley – odezwał się i uśmiechnął zjadliwie.
Ruszył w stronę drzwi.
- Malfoy! - zawołała jeszcze za nim trochę spokojniej.
Odwrócił się i uniósł brwi.
- Coś jeszcze? - zapytał.
- Tak, nie spodziewałam się, że upadniesz tak nisko... Jesteś, jaki jesteś, ale sądziłam, że masz swój honor. No cóż, najwidoczniej jesteś po prostu zwykłym śmieciem za jakiego cię uważałam. Na szczęście Hermiona też już to widzi, nie zbliżaj się do niej, bo przysięgam, że zrobię wszystko, żeby się za nią zemścić.
- Uwierz mi, nie zamierzam się do niej zbliżać. – warknął. - I do tego nie boję się ciebie, Weasley – zaśmiał się i wyszedł trzaskając drzwiami.
Ginny jeszcze przez chwilę patrzyła w ścianę, cała czerwona ze złości. Blaise nadal trzymał ją w pasie, ale dopiero po chwili to do niej dotarło.
- Puszczaj – warknęła i wyrwała mu się.
- Co się tutaj właśnie stało? - zapytał z niepewną miną.
- Nie powiedział ci? - zapytała oskarżycielskim tonem, jakby to wszystko było jego winą.
Chłopak wzruszył tylko ramionami.
- Powiesz mi, co się stało? I dlaczego wcześniej płakałaś? - zapytał spokojnym tonem.
- Och, daj mi spokój, Zabini! - warknęła i wyszła z pomieszczenia.
Ślizgon stał jeszcze przez chwilę oniemiały. Co prawda nie zrozumiał z tej sytuacji zbyt wiele, ale był pod wrażeniem temperamentu dziewczyny. Trochę go nawet przerażała. Nie był pewien, jak z tym drobnym ciele kryje się tyle ognia. Westchnął i rozejrzał się po zdewastowanej klasie. No cóż, ktoś będzie musiał to posprzątać i najwidoczniej tym razem padło na niego...

      Usiadł na schodach i ukrył twarz w dłoniach. Całe swoje opanowanie i silną wolę stracił, kiedy powstrzymywał się, żeby nie powiedzieć Weasley czegoś, czego będzie żałował. Był na siebie wściekły za wczorajszy dzień. Jak mógł pozwolić tak wyprowadzić się z równowagi? Z drugiej strony... Nie powinna tak o nim mówić, po części była sama sobie winna. Zganił się w myślach, tylko on był winny, nie mógł jej oskarżać i się usprawiedliwiać. Westchnął zrezygnowany. Wszystko zniszczył. Pierwszy raz był w czymś, co chociaż przypominało związek i wszystko runęło w dwa tygodnie, przej jego kłamstwa, porywczość, dumę...
- Ej, stary, co to było? - usłyszał nad sobą głos Blaise'a.
Natychmiast się wyprostował i przyjął swoją naturalną, rozluźnioną postawę, ale zrezygnował z niej prawie od razu. Zabini był jego jedynym przyjacielem, jedyną osobą z jego otoczenia, która wiedziała o Hermionie.
- Ginny ci nie powiedziała?
Chłopak tylko pokręcił przecząco głową.
- Uderzyłem ją – powiedział cicho, wstydził się tych słów. - Powiedziałem jej o Greybacku, usłyszałem, że jestem potworem i się mną brzydzi. Nie wytrzymałem, po prostu nie wytrzymałem.
Blaise ze świstem wciągnął powietrze i spojrzał na niego niepewnie.
- Stary, to...
- Nic nie mów! Wiem, co zrobiłem! Wiem, jakim zerem jestem i jak ją zraniłem.
Mało brakowało, a powiedziałby mu prawdę, że po prostu się bał. Już dawno stracił kontrolę nad swoim życiem, nic nie było zależne od niego. Powoli wariował, nie rozumiał świata wokół siebie. Nigdy wcześniej nawet nie pomyślał, żeby uderzyć dziewczynę... I to do tego taką. Tak bardzo bał się jej reakcji. Na wieść o jednym morderstwie powiedziała, że się nim brzydzi, co zrobiłaby, gdyby zobaczyła Mroczny Znak? Żył w kłamstwie i bał się, co będzie, kiedy to wszystko runie. Żałował tego, co zrobił, ale teraz nie mógł już nic zmienić. Zabolały go jej słowa, zapiekły do żywego. Sam czuł się nikim, jego życie było takie żałosne... Ale mimo wszystko zrobił to dla niej, uratował ją. Czy to nie było wiele? Miał patrzeć, jak rozszarpuje ją wilkołak? Dowiedziałaby się o tym prędzej, czy później... Wczorajszego wieczora nie wypił wiele, nie pozwoliły mu na to wyrzuty sumienia, gdzieś w jego umyśle dźwięczał jej głos. Alkohol szkodzi, wiesz? Tak naprawdę, dopiero kiedy wyszła dotarło do niego, co zrobił, dopiero, gdy minęła wściekłość. Nie rozumiał swojego zachowania, przerażało go to wszystko, życie jakie zgotował mu ojciec przerosło go już dawno. Stracił panowanie, który to już raz? Chciał pójść do niej i powiedzieć to wszystko, ale jaki miałoby to sens?
- Ona nigdy ci tego nie wybaczy – mruknął Blaise.
- Wyobraź sobie, że wiem. Nie mogę cofnąć czasu – ukrył twarz w dłoniach.
- A zaklęcie zapomnienia? - zaproponował nieśmiało Zabini.
Malfoy spojrzał tylko na niego z irytacją.
- Jakieś rozsądne propozycje?
- Może po prostu ją przeproś...
- Tak, brawo Zabini – warknął. - Jak ty sobie to wyobrażasz? Przepraszam, że cię uderzyłem, byłem wściekły. To co, możemy już iść do mnie?
- To wcale nie jest najgorszy pomysł, pomijając ostatnie pytanie. Nie mówię, że ona ci po tym wybaczy, ale to zawsze coś. Może z czasem...
- Nie będę jej przepraszał, mam swój honor! - mruknął.
- Jakoś nie miałeś tego swojego honoru, kiedy podniosłeś rękę na dziewczynę – warknął, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł w stronę lochów.
W ty momencie Draco Malfoy został sam, zupełnie...

czwartek, 9 października 2014

Rozdział XVI - Burza.

Przychodzę do Was dzisiaj z takim... Średniakiem. Znów krótko, wiem, przepraszam! Następny będzie dłuższy i wprowadzę wątek poboczny. No cóż, mam nadzieję, że nie zabijecie mnie za ten rozdział... To był jeden z tych, które wymyśliłam od razu, jak zabierałam się za to opowiadanie. Miłego czytania!
~Mary!
___________________________________________________

Boleśnie przekonałam się, że jeśli ktoś powie coś o tobie dostatecznie dużo razy, nie masz innej możliwości niż tylko zacząć w to wierzyć. 


      Dni mijały szybko. Dwa tygodnie do początku czegoś, czego nawet oni nie chcieli nazywać związkiem, młody pan Malfoy miał już dość. Miał dość zobowiązań, kłamstw, a nawet wierności. Przez ten czas każda dziewczyna wydawała się zakazanym owocem, wyjątkowo słodkim. Nie oszukujmy się, Draco nie nadawał się do związków, nawet tak bardzo nieoficjalnych i niepewnych. Codziennie zadawał sobie pytanie, jak mógł dać się wrobić w coś takiego. No cóż, sam chciał. Jednak wszystkie wątpliwości mijały, kiedy tylko znów ją widział. Bywała u niego prawie codziennie. Nie było między nimi wiele cielesności, wszystko opierało się przede wszystkim na rozmowach. No i, oczywiście, Draco był też zazdrosny. O Rona przede wszystkim. Nie widział w nim wielkiego rywala, przecież Weasley był biedny i nie mógł się równać z przystojnym arystokratą. Mimo tego Draco nie mógł patrzeć jak rudzielec zachowuje się względem Hermiony, to już nawet nie chodziło o uczucie do niej, tylko o zwykłą, męską dumę. Granger i tego rudzielca łączyło coś wielkiego, z czym Draco nawet nie chciał się porównywać. Ale ona teraz była jego, tylko jego, chociaż nikt nie mógł o tym wiedzieć. Pozostawała jeszcze jedna kwestia, najważniejsza. Kłamstwa... Malfoy nie chciał jej okłamywać, ale teraz wszystko zabrnęło zbyt daleko, żeby tak po prostu powiedzieć jej prawdę. Trwał więc w tej dziwnej relacji, był przy niej szczęśliwy, ale kiedy tylko odchodziła, pojawiały się wątpliwości, a nawet wyrzuty sumienia. Nie chciał tak żyć, musiał w końcu powiedzieć jej prawdę...

      Siedział w Wielkiej Sali i z pewną dozą zażenowania obserwował z daleka, jak Ron wgapia się w Hermionę. Poczuł uderzenie gorąca, kiedy rudzielec z irytującą miną poszedł na koniec stołu, żeby przynieść Hermionie sok pomarańczowy.
- Nic nie zjesz, Draco? - zapytała Katy słodkim głosem.
Chłopak pokręcił głową, ale nawet na nią nie spojrzał. Z zawziętą miną obserwował stół Gryfonów. Będzie musiał z nią porozmawiać, natychmiast. Rozkazać, żeby ograniczyła kontakt z Weasley'em. Nie interesowało go, że to jeden z jej najlepszych przyjaciół.
Kiedy wyszła z sali szybko ruszył za nią. Dognił ją na schodach i mocno chwycił za ramię.
- Hej – uśmiechnęła się na jego widok i rozejrzała, czy nikt ich nie widzi.
- Słuchaj – zaczął od razu. - Ja rozumiem, że znasz Wieprzleja kilka lat i się przyjaźnicie i nawet staram się to zrozumieć, ale... - przerwał na chwilę i rozejrzał się, nie mieli wiele czasu.
- Co masz na myśli? - zmarszczyła brwi.
- Nie podoba mi się sposób, w jaki na ciebie patrzy! Jak się ślini na twój widok, jasne? - warknął.
Dziewczyna uniosła brwi i zaśmiała się. Draco poczuł, że zalewa go fala wściekłości. Nikt nie miał prawa się z niego śmiać, nawet ona! Spojrzał na nią wyniośle i zmrużył oczy.
- Masz coś z tym zrobić! Albo ja się tym zajmę, wybieraj!
- Jesteś śmieszny, coś sobie wymyśliłeś! Nic nie będę robić, ty też trzymaj się z daleka od Rona. – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy.
Wyrwała się i odeszła szybkim krokiem. Zostawiła go samego ze wściekłością. Jaka ona potrafiła być irytująca... I bezczelna. Draco starał się nie myśleć o niej w kategoriach krwi, ale w tym momencie obudziły się w nim wszystkie idee. Widzisz, Draco? Pozwoliłeś, żeby wyśmiała Cię szlama... Naprawdę upadłeś tak nisko? Tylko na tyle Cię stać? Nie potrafisz zapanować nad dziewczyną? Skoro ona nie zamierzała współpracować, to proszę bardzo! Nikt nie będzie za niego decydował i mówił, co ma robić, a czego nie. A już na pewno nie będzie brał pod uwagę jej zdania. Proszę, Draco, nie mów, że zrobisz to, co ona Ci kazała. Jesteś mężczyzną, jesteś czystej krwi... No cóż, Draco Malfoy zawsze dostaje to, co chce.

      Korytarz był pusty, a on stał i czekał. Wypatrywał go, miał nadzieję, że będzie sam. Niestety, zaraz koło rudzielca szedł Potter. Blondyn westchnął, trzeba będzie rozegrać to inaczej...
- Witaj, Weasley – powiedział zimno.
- Czego chcesz? - zapytał Harry.
- Z tobą nie rozmawiam, mam sprawę do Wiewióra, zmiataj stąd – warknął.
- Chyba żartu...
- Spoko, Harry, dam sobie radę – Ron obrzucił nienawistnym spojrzeniem Dracona.
- Czego chcesz? - zapytał, kiedy w końcu zostali sami.
- Tak sobie po prostu porozmawiać – uśmiechnął się chytrze.
Nie wiedział, co tak dokładnie ma na celu. Chciał się po prostu trochę nim pobawić, zmanipulować, to, co lubił najbardziej.
- Ta twoja szlama ostatnio zdecydowanie wyładniała – powiedział i przyglądał się swojemu rozmówcy, czekając na jego reakcję.
Ron lekko poczerwieniał.
- Tak sobie czasem na nią patrzę i zastanawiam... Jak myślisz, ile bierze za godzinę? - uśmiechnął się szelmowsko.
Reakcja rudzielca była natychmiastowa, rzucił się na Dracona z pięściami, ale ten był szybszy. Złapał Gryfona za szaty i przycisnął do ściany.
- Wiem, że byś ją chciał. Widzę, jak ślinisz się na jej widok. Tylko ona jakby tego nie dostrzega – wyszeptał.
Ron wyrwał mu się i zaczęli się przez chwilę szamotać. Draco bardzo uważał, aby zrobić wszystko, żeby jego przeciwnik nie wyciągnął różdżki. W końcu znów udało mu się przytrzymać chłopaka w miarę nieruchomo.
- Tylko wiesz co? Ja będę ją miał. Będę mógł podzielić się z tobą wrażeniami, jeśli chcesz. Bo widzisz, ty jej nie dotkniesz. A na pewno nie przede mną, później będziesz mógł robić, co będziesz chciał – zaśmiał się.
W tym momencie chłopak wyrwał mu się i z całej siły uderzył pięścią w nos. Draco upadł na zimną posadzkę, przełykając gorycz upokorzenia. Jak mógł stracić czujność?
- Lepiej trzymaj łapy przy sobie, Malfoy. W życiu nie pozwoliłaby ci się tknąć, najwidoczniej masz o sobie zbyt wielkie mniemanie.
Kopnął jeszcze oszołomionego Ślizgona w żebra i odszedł wściekły. Draco wierzchem dłoni otarł krew wypływającą mu ze zranionego nosa i, trzymając się za obolały bok, wstał powoli. Skrzywił się lekko, u niósł trochę koszulę. Na jego żebrach niedługo powstanie paskudny siniak. Mimo wszystko był z siebie dumny. Sprowokował go, rozwścieczył. Najprawdopodobniej też zranił. W praktyce nic mu to nie dało, ale i tak czuł się choć trochę lepiej, choć trochę lepszy od Weasley'a.

       Hermiona akurat pisała esej na historię magii, kiedy Ron wmaszerował wściekły do Pokoju Wspólnego. Usiadł koło niej cały czerwony, aż po cebulki rudych włosów.
- Co się stało? - zapytała zaskoczona.
- Co chciał Malfoy? - zapytał Harry, który czytał gazetę dla graczy w quidditcha na kanapie.
- Malfoy? - powtórzyła panna Granger, która poczuła nagłe uczucie niepokoju.
- Nie zbliżaj się do niego – warknął rudzielec w jej stronę.
Myśli Hermiony eksplodowały nagłą falą różnych scenariuszy. Czyżby Draco powiedział o wszystkim Ronowi? Nie, to przecież niemożliwe, przecież się umawiali... Jednak rudzielec musiał się czegoś dowiedzieć, patrzył na nią jakoś inaczej niż zwykle, tak wściekły, jak jeszcze nigdy go nie wiedziała.
- Co masz na myśli? Nie rozumiem – zmarszczyła czoło.
Będzie grać, aż do końca. Czegokolwiek by się nie dowiedział, ona zaprzeczy.
- Nawet nie wiesz, co on o tobie mówił. Powiedział, że będzie cię miał, że będziesz jego. Zapytał, ile bierzesz za godzinę... - zaciął się i spuścił wzrok.
Hermionę ogarnęła wściekłość. Jak mógł powiedzieć coś takiego Ronowi? Jak mógł tak go umyślnie sprowokować?
- Spokojnie, dostał ode mnie porządnie i powiedziałem mu, że nie jesteś taka, że nigdy nie dałabyś mu się tknąć – powiedział z triumfalnym uśmiechem.
Właśnie, że jestem taka! Okłamuję Was! - krzyczało coś w jej głowie. Nieszczególnie było jej szkoda Malfoya. Miała wręcz nadzieję, że dostał wystarczająco mocno. Uśmiechnęła się do siebie mściwie.
- Spokojnie, Ron, umiem o siebie zadbać, ale dziękuję za obronę z twojej strony – spojrzała na niego z fałszywą wdzięcznością.
Powróciła do pisania eseju, ale to była tylko przykrywka. Czekała.
- Cholera – warknęła po chwili. - Muszę iść do biblioteki, nie zrobię tego bez odpowiedniej książki – mówiła jakby do siebie. - Harry? Mogę pożyczyć pelerynę?
Chłopak tylko kiwnął delikatnie głową.

- Co ci przyszło do głowy, żeby mówić Ronowi coś takiego? - krzyknęła.
Patrzył na nią z obojętnością, a potem odezwał się bardzo cicho i bardzo spokojnie.
- Mam dość patrzenia, jak Wieprzlej ślini się na Twój widok, mówiłem, żebyś sama coś z tym zrobiła!
- Nie będę nic robić, tylko dlatego, że masz jakieś urojenia!
- Więc sam się tym zająłem!
Krzyczeli coraz głośniej, coraz bardziej gestykulowali.
- Czy ja cię w ogóle obchodzę? Czasem mam wrażenie, że jestem tylko kolejną zabawką! Ile z tego, co powiedziałeś Ronowi było prawdą?
- Zamknij się i nie waż tak mówić! Nie masz prawa, nie po tym, co dla ciebie zrobiłem – poczuł w sobie nieopisaną wściekłość.
- No proszę! Niby co takiego zrobiłeś?
- Zabiłem dla ciebie! - wrzasnął.
Przez chwilę nie wierzył, że to powiedział. Hermiona zamilkła i wpatrywała się w niego z mieszaniną niedowierzania i szoku.
- Słucham? - zapytała zupełnie spokojnie.
Nie mógł się już wycofać, obrócić tego w żart. Najwidoczniej przyszedł czas na wyjawienie jej prawdy. Odetchnął głęboko, nie zamierzał okazać żadnych emocji.
- Dobrze usłyszałaś – powiedział, patrząc na nią drwiąco. - Greyback, mówi ci to coś?
- Przecież Dumbledore powiedział, że go ogłuszyłeś...
- Dumbledore kłamał! - krzyknął.
- Zamordowałeś człowieka... - patrzyła na niego jakoś dziwnie, inaczej. Jej twarz nie zdradzała żadnych emocji.
- Brawo, Granger, w końcu to zrozumiałaś. To nawet nie był człowiek, to był nic niewarty kundel – uśmiechnął się do niej zimno.
Sam nawet nie był pewien, dlaczego użył tych słów. Najwidoczniej zbyt bardzo wczuł się w swoją rolę. Skoro wszyscy uważali go za bestię, to dlaczego miałby psuć im zabawę?
- Jesteś potworem, brzydzę się tobą – krzyknęła.
Tego było za wiele, nie wytrzymał. Nikt nie miał prawa o nim tak mówić, oceniać go. Wezbrała w nim wściekłość, o jaką nigdy by się nie posądził. Palący ból przeszył jej policzek, siła uderzenia zachwiała jej drobnym ciałem, straciła równowagę i osunęła się po ścianie. Po jej twarzy popłynęła stróżka krwi, Draco spojrzał na swoją dłoń. Uderzając ją na odlew, ostre zęby jadowe węża na pierścieniu rodowym Malfoya rozcięły jej skórę. Było widać na nich małe, czerwone ślady. Wpatrywała się z niedowierzaniem w umazane krwią palce, którymi przed chwilą dotknęła zranionej skóry. W jej oczach zalśniły łzy. Malfoy patrzył na nią z mieszaniną wściekłości i jakby satysfakcji. Jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie. Po prostu stał i patrzył, nie wykonał żadnego ruchu, nawet nie drgnął. Nie próbował jej pomóc, przeprosić. Jego czyn jakby nie zrobił na nim najmniejszego wrażenia. Był jak skała, patrzył na nią z lodem w oczach, wargi lekko drżały mu z wściekłości.
- Nienawidzę cię – powiedziała cicho, patrząc mu prosto w oczy.
Wstała, zabrała pelerynę i wybiegła z pomieszczenia. Chłopak jeszcze przez chwilę patrzył na drzwi, zszokowany tym, co zrobił, a potem wzruszył ramionami i otworzył butelkę Ognistej Whiskey...