poniedziałek, 29 września 2014

Sowia poczta #1

Przychodzę dzisiaj do Was z pewną ważną informacją, niestety nie jest ona raczej pozytywna. Hmmm... Tylko jak to teraz ubrać w słowa? Spróbuję najprościej! Jak może zauważyliście lub nie, odnajduję się raczej w opisywaniu wydarzeń bolesnych (trudnych albo coś w tym stylu) dla bohaterów. Moje opowiadanie weszło właśnie w fazę, gdzie czeka mnie opisywanie raczej szczęśliwych wydarzeń i nic mi nie wychodzi, nic mi się nie podoba. Problem w tym, że wywierałam na sobie zbyt wielką presję, zbyt bardzo próbowałam szybko coś dobrego napisać. Muszę odpocząć i na spokojnie napisać coś dobrego, co mi się będzie podobało, trochę sobie odpuścić. Do tego dochodzi szkoła i egzaminy zawodowe, przez które nie dają nam żyć. Kiedy wrócę? Nie wiem. Być może jutro albo za miesiąc. Ale wrócę na pewno, mam to opowiadanie obmyślone aż do epilogu (i napisane kilka ważniejszych fragmentów, które nadal rozbudowywuję), więc nie martwcie się, ten zastój jest chwilowy.

Kolejna sprawa jest już trochę przyjemniejsza. Jeśli wrócę niedługo, to z jakąś miniaturką. I tutaj moja prośba (pytanie?). Jeżeli chcielibyście przeczytać jakiś konkretny temat (zarys fabuły? nie wiem jak to określić, ale z pewnością rozumiecie, o co mi chodzi) to napiszcie mi to, proszę, w komentarzu pod tą notką lub na maila (kontakt na dole). Piszę tego bloga dla Was, więc chciałabym, żeby były tu też rzeczy, które chcielibyście przeczytać. Z resztą... Jakoś lubię pisać, kiedy mam narzucony jakiś temat, przyjemniej mi się pisze.

Reasumując: Wrócę, ale nie wiem kiedy! Wsze blogi będę czytać, ale z małym opóźnieniem. Zrzucę z siebie trochę presji, odpocznę i wrócę z czymś dobrym, obiecuję :) Mam nadzieję, że ktoś jednak będzie na mnie czekać! Kocham Was!
XOXO Mary!

PS tych, co jeszcze nie czytali, zapraszam na moją miniaturkę! :)
W razie pytań/skarg/zażaleń/pochwał zachęcam do napisania na alicem1357@gmail.com

niedziela, 28 września 2014

Miniaturka - Iskra nadziei.

Witam, to znów ja, tym razem bardzo szybko :3 Przychodzę do Was dzisiaj z miniaturką, to moje pierwsze podejście do tego typu opowiadania... Mam nadzieję, że się spodoba i liczę na szczere opinie, bo to dla mnie ważne. Kolejnego rozdziału nie spodziewajcie się zbyt szybko, pisanie go zupełnie mi nie idzie... No cóż, czekam na nowy atak weny!
Zapraszam do czytania, miniaturka nie jest długa! :)
WAŻNA INFORMACJA! Ta miniaturka bierze udział w konkursie na Miniaturę Miesiąca TUTAJ, jakby komuś się spodobała, to może oddać na nią głos :)

10 komentarzy = kolejna notka :)


Iskra nadziei.


Musisz odnaleźć nadzieję i nieważne, że nazwą Ciebie głupcem.


       Siedział dokładnie w tym samym miejscu, w którym znalazł swój kąt dokładnie tydzień temu. Od tego czasu przychodził tu co noc, sadowił się pod ścianą i patrzył przed siebie. Zegar nad jego głową właśnie wybijał północ Nie przeszkadzało mu zimno i wiatr, było wręcz czymś wspaniałym, w końcu coś czuł, doświadczał jakiś bodźców. To był jego azyl, tutaj w końcu mógł poczuć się sobą, nie musiał nikogo udawać ani zakładać maski arogancji i wyższości. Wreszcie był zagubionym, tchórzliwym chłopcem, którego tak skrzętnie ukrywał. Zamknął oczy i próbował przypomnieć sobie chociaż kilka wesołych wspomnień, które dałyby mu siłę w tych ciężkich czasach. Znalazł jedno, był jeszcze mały, a matka często zabierała go na długie spacery, zawsze czekał na nie cały dzień, wyglądał przez okno, kiedy Narcyza wróci do domu i znów zabierze go do parku, w zależności od pory roku, będą mogli rzucać się śniegiem, liśćmi lub gonić na polanie. Jego matka była taka wesoła tylko przy nim, wtedy mogła być sobą, w domu znów stawała się panią Malfoy, przybierała maskę. Jej syn był taki sam, skrywał głęboko w sobie swój prawdziwy charakter i uczucia. W ślad za dobrymi wspomnieniami podążyły te, które Draco chciał wymazać ze swojej pamięci. Nie chciał więcej widzieć przed oczami swojej zamordowanej matki, zabitych ludzi i swojego ojca. A teraz jeszcze to... Chłopak potrząsnął gwałtownie głową, jakby mógł tym odgonić złe myśli. Wstał szybko i podszedł do krawędzi Wieży Astronomicznej. Spojrzał w dół i prawie czuł jak leci, do oczu napłynęły mu łzy. Pomyślał o ludziach, których torturował, mordował i o tych, którzy już niedługo przez niego zginą. Zrobił malutki krok w stronę otwartej przestrzeni. Co powie jego ojciec? Co z nim zrobią, kiedy Draco nie wypełni swojej misji? - wiele myśli kłębiło się w jego głowie, ale nie cofnął się. Nie chciał być przyczyną śmierci kolejnych niewinnych osób, był na to zbyt słaby. Chciał po prostu to wszystko skończyć, nie wiedzieć już nigdy martwych ciał. Nagle ogarnął go paniczny strach, ale nie cofnął się ani o krok. Stał dzielnie na swoim miejscu, a jakaś niewidzialna siła kazała mu jeszcze trochę zbliżyć się do krawędzi. Walczył z tym przez chwilę, ale potem znów wydawało mu się że widzi ciało swojej matki, a ona patrzy na niego martwymi, nieruchomymi oczami. Wraz z powiewem wiatru jakby usłyszał jej głos, szepczący jego imię. Jakby go wzywała... Do siebie... Gdziekolwiek teraz była. Chciał iść do niej, do jedynej osoby którą kochał, a odebrano mu ją tak niespodziewanie i gwałtownie. Znał tylko jeden sposób, żeby to przerwać i żeby znów ją zobaczyć. Już nigdy więcej nie musiałby ranić, zabijać ani mieć koszmarów. Przełamał strach i w końcu zrobił kolejny krok. Poczuł, że spada, miał wrażenie, jakby zaraz miał rozwinąć skrzydła i odlecieć. Ten stan trwał tylko chwilę, przez ułamek sekundy. Później do Dracona dotarła jego własna decyzja, ale nie było już odwrotu. Jeszcze przez chwilę poczuł ukłucie strachu w sercu, którego, jak mu się wydawało, nie miał, a potem w oddali usłyszał czyjś krzyk. Całym jego ciałem szarpnęło, kiedy gwałtownie zatrzymał się pół metra nad ziemią i zanim dotarło do niego, co właśnie się stało, upadł na glebę z głuchym jękiem. Zamknął oczy, był tak blisko, a jednak przeżył, nadal może czuć rosę i miękkość mchu. Leżał tak przez chwilę, rozkoszując się życiem, aż nagle ktoś szarpnął go delikatnie za ramię.
- Malfoy? - usłyszał zaskoczony, dziewczęcy głos.
Z trudem uniósł głowę i zmusił się do podniesienia się z ziemi. Spojrzał prosto w duże, brązowe oczy. Hermiona Granger siedziała na trawie obok niego, a wyraz twarzy miała co najmniej przestraszony.
- Nic ci nie jest? Co się stało? Czy ktoś cię wypchnął? - z jej ust padała seria pytań, a Draco poczuł, że rozbolała go głowa. W tym momencie chciał po prostu położyć się we własnym łóżku i zasnąć. Westchnął zrezygnowany.
- Nikt mnie nie wypchnął – powiedział tylko ostrym tonem, nie miał ochoty rozmowę na taki temat. – Co tu robisz?
- Przychodzę tu co noc, od dawna, lubię się tu uczyć. Czy to ty byłeś tym idiotą, który od kilku dni stawał wieczorami na skraju wieży? To niebezpieczne, mogłeś przecież spa... - urwała napotkawszy jego ostre spojrzenie, a spuściła gwałtownie wzrok – No tak, przecież spadłeś... - nagle spoważniała jeszcze bardziej. - Czy ty... Czy... Czy ty skoczyłeś z własnej woli? - wydukała w końcu cichutko.
Ukrył twarz w dłoniach i nie odpowiedział. W tym momencie nie przychodziła mu do głowy żadna sensowna odpowiedź.
- Chciałeś się zabić?! - krzyknęła zaskoczona.
- Zamknij się, idiotko i daj mi spokój – warknął i próbował wstać, ale zakręciło mu się w głowie i pozostał w pozycji siedzącej.
- Słuchaj, Malfoy, nie znoszę cię, ale nie mogę zostawić niedoszłego samobójcy samego! Sumienie mi na to nie pozwala.
- Nie jestem żadnym niedoszłym samobójcą, ja po prostu chciałem...
Urwał, bo uświadomił sobie, że tak naprawdę nie wiedział, co tak po prostu chciał. Zobaczyć matkę? Ona nie żyła od miesiąca i nic nie można na to poradzić. Uciec od problemów? Przecież był Malfoy'em, musiał być odważny, a teraz jeszcze miał do wykonania misję.
- Muszę już iść – mruknął i podniósł się z ziemi.
- Nie chcę mieć cię na sumieniu!
- Nic sobie nie zrobię! - warknął.
- A jednak skoczyłeś!
Powoli zaczynała go irytować cała ta sytuacja, klął w myślach na Granger, że to właśnie ona go uratowała. Miałby teraz spokój, od wszystkiego. Znów powróciły niemiłe myśli i wspomnienia.
- Słuchaj, to nie twoja sprawa. Muszę już iść, naprawdę – mruknął.
- Nie ma mowy. Chodźmy się przejść, porozmawiać. Jeśli nie, to chyba będę musiała powiedzieć komuś, że powinien się tobą opiekować, bo jesteś nieobliczalny – uśmiechnęła się chytrze.
Jeszcze tylko tego by mu brakowało. Nie chciał, żeby wszyscy pomyśleli, że jest wrażliwy, delikatny lub posiada jakaś inną cechę, o którą nikt by go nie posądził. Westchnął wściekły i ruszył w stronę błoni.
- Idziesz? - warknął w stronę dziewczyny.
Natychmiast się z nim zrównała. Wściekły usiadł pod drzewem i ukrył twarz w dłoniach. Hermiona nie odstępowała go nawet na krok.
- Piękny pierścień – powiedziała cicho.
Spojrzał na swoją dłoń i uśmiechnął się smutno. Ozdoba była wykonana ze srebra, w kształcie głowy węża. Całość była gładka, tylko zęby jadowe były ostro zakończone. W miejscu oczu miał dwa małe szmaragdy.
- To pierścień rodowy – wyjaśnił już spokojniejszym głosem. – Każdy w mojej rodzinie ma coś takiego. Ojciec ma laskę z głową węża, matka miała kolczyki, a ja to. Należał kiedyś do mojego dziadka, przechodzi z ojca na syna w dniu, kiedy ten zaczyna edukacje. Tak samo, jak kolczyki, moja przyszła żona, Astoria, dostanie je w dniu ślubu.
- Twoja przyszła żona? To twój wybór, czy twojej rodziny? - zapytała cicho.
- Nic nie jest moim wyborem, czasem mam wrażenie, że ktoś zaplanował całe moje życie – sam nawet nie wiedział, dlaczego jej to mówi. Może po prostu chciał to komuś powiedzieć, a ona była w odpowiednim miejscu i czasie. Przecież nie powie Zabiniemu lub Pansy, że ma czasem dość swojego życia. A skoro Granger i tak widziała jego skok...
- Dlaczego się nie zbuntujesz? - zapytała patrząc na niego czujnie.
- Nie mogę, nawet nie chcę myśleć jakby się to skończyło. Jeszcze nie zwariowałem, mojej rodzinie nie można się przeciwstawiać, to źle się kończy – zaśmiał się gorzko.
- Dlatego skoczyłeś?
Poczuł jak zalewa go fala żalu, chciał żyć po swojemu i być szczęśliwym, a skończył jako wystraszony chłopiec, bez perspektyw, jedynej osoby, którą kochał i nadziei.
- Można tak powiedzieć – przestał już warczeć, że to nie jest jej sprawa. Każdy potrzebuje czasem wsparcia, nawet ktoś, kto z pozoru nie posiada serca. Nie chciał, żeby odchodziła. Mimo całego zła, które jej wyrządził, siedziała teraz i go słuchała.
- To było bardzo egoistyczne z twojej strony, nie pomyślałeś o swojej rodzinie...
- Nie mam rodziny – przerwał jej ostrym tonem – Matka nie żyje, a tylko ją mogłem tak nazywać. Człowieka, który mnie wychowywał nie mogę nazwać ojcem, nie zasłużył na to miano.
- Przepraszam, nie wiedziałam – spuściła wzrok. - Mój ojciec nie żyje, zabili go śmierciożercy, rok temu – spojrzała na niego oczami pełnymi łez.
- Widzisz, Granger, siedzimy w tym razem – westchnął. - Czy mogłabyś zachować tę rozmowę dla siebie?
- Oczywiście, masz moje słowo.
Ruszył się spod drzewa, pomógł dziewczynie wstać i oboje ruszyli, w ciszy, w stronę zamku. Rozstali się przy schodach z krótkim dobranoc i ruszyli w swoje strony.

* * *

      Harry, Ron i Hermiona siedzieli w pokoju wspólnym Gryffindoru i czekali, aż opustoszeje. Kiedy tylko ostatnie dwie, rozchichotane uczennice opuściły pomieszczenie, przyjaciele natychmiast spojrzeli po sobie.
- I jak poszło? - zapytał cicho Harry.
- Słuchajcie, ja nie wiem, czy to ma sens... On chyba nie jest taki, jak się wszystkim wydaje, odniosłam wrażenie, że jest po prostu zagubiony, nie wygląda na kogoś niebezpiecznego – odpowiedziała Hermiona, dokładnie ważąc słowa.
- Nie wiesz, do czego są zdolni zdesperowani ludzie. Im mniej ma do stracenia, tym na więcej go stać.
- On niedawno stracił matkę, a o ojcu wypowiadał się z odrazą. Wydaje mi się, że potrzebuje pomocy, nie unieszkodliwienia.
- Nie ty o tym decydujesz – mruknął Harry. - Dumbledore zdecydował, że musimy pilnować Malfoy'a i padło na ciebie. Ja nawet nie byłem brany pod uwagę, a Ron... no cóż, myślę, że nie skończyłby się to dobrze.
- Rozumiem, ale moim zdaniem on wcale nie jest taki zły. Z pewnością kryje się w nim dobro, ktoś musi mu je tylko pokazać.
- Nie jest taki zły? - prychnął Ron. - Czy ty siebie słyszysz? Możesz spróbować pokazać mu to dobro, kiedy nadal będziesz wypełniać swoją misję - mruknął z przekąsem.
- Żebyś wiedział, że spróbuję – warknęła.
- Dobra, wystarczy – powiedział Harry zdecydowanym tonem. - Skoro udało ci się już do niego dotrzeć. To jaki będzie kolejny etap?
- Muszę się do niego zbliżyć bardziej, ale to nie będzie łatwe.
- Chyba mam pomysł...

* * *

      Usiadła pod ścianą i czekała. Minuty mijały, a nieznośny wiatr targał jej włosy i wył przedostając się przez małe otwory w murze. Opatuliła się szczelniej szatą. Była na siebie wściekła, bo nic ie zapowiadało, że chłopak i tym razem przyjdzie na Wieżę Astronomiczną, straciła tylko wieczór i przemarzła. Nagle niedaleko niej trzasnęły drzwi i usłyszała znajomy głos.
- Granger? Co ty tu, do cholery, robisz?
- Pilnuję, żebyś znowu nie skoczył. Z resztą... chciałam z tobą porozmawiać.
Chłopak wydawał się zaskoczony, ale usiadł obok niej.
- Czego ode mnie chcesz? - zapytał trochę łagodniej.
- Wspomniałeś wczoraj o swojej matce...
- Nie chcę o tym rozmawiać – przerwał jej.
- Ja tylko – posmutniała. - Odkąd straciłam ojca, nie mam z kim o tym rozmawiać, te wszystkie puste słowa w stylu, że będzie dobrze lub wszystko się ułoży... - westchnęła. Gdybyś chciał o tym porozmawiać...
- Nie chcę, naprawdę, ale doceniam twoje zaangażowanie.
Przeklęła w myślach, nie podziałało. Nie miała już pomysłu, jak mogłaby nawiązać z nim kontakt. Chciała natychmiast pójść do Dumbledora i powiedzieć, że nie da rady, że powinien przydzielić tę misję komuś innemu. Ale wtedy Draco się odezwał.
- Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę w stanie tak po prostu koło ciebie siedzieć. Nie powinnaś chcieć mi pomóc. Lepiej byłoby dla ciebie, gdybyś pozwoliła mi wtedy spaść. Zbliża się wojna i chyba nie muszę ukrywać, że staniemy po różnych stronach barykady.
- Nie musi tak być – powiedziała cicho. - Nie jesteś mordercą, nie jesteś złym człowiekiem.
- Nic o mnie nie wiesz, ja nie mam wyboru, muszę to zrobić, to nie ja o tym wszystkim decyduję – w jego głosie wyczuła nutkę histerii. - Moja matka się sprzeciwiła, chciała żyć normalnie, a teraz nie żyje.
- Więc po to była jej ofiara? Żebyś chował głowę w piach i robił to, co ci każą? - starała się mówić łagodnie.
- Chcę jeszcze pożyć! Przykro mi, Granger, ale muszę już iść – wstał zirytowany i wyszedł trzaskając drzwiami.
Dziewczyna ukryła twarz w dłoniach i westchnęła zrezygnowana. Jak mogła być tak głupia? Jak mogła myśleć, że uda jej się przeciągnąć go na właściwą stronę? Wojna się zbliżała, a według doniesień, Draco miał odegrać znaczącą rolę. Czasu było coraz mniej, a Malfoy nadal był podobno niebezpieczny. Hermiona jednak uważała, że on potrzebuje po prostu trochę pomocy, wsparcia i ciepła. Każda osoba pozostawiona sama sobie z problemami, które ją przerastają, zaczyna robić rzeczy, które nie są przemyślane. Działa instynktownie i po prostu lekkomyślnie. Dziewczyna zaczęła mu współczuć, on po prostu musiał się bać. Naprawdę chciała mu pomóc, ale nie umiała do niego dotrzeć. Tyle lat upokorzeń poszło w zapomnienie, teraz liczyło się tylko widmo wojny. Jeżeli Draco zrobi coś głupiego, to wielu dobrych ludzi zginie, zbyt wiele.

* * *

      Leżał w swoim łóżku. Obudził się godzinę temu i nie mógł już zasnąć. Miał jeszcze ponad godzinę do momentu, w którym zwykle wstawał. Znów powrócił ten dziwny niepokój duszy. Zostało mu już tak mało czasu... Po raz pierwszy pomyślał, że może Granger miała rację. Nie po to zginęła jego matka, dla idei słusznej sprawy, żeby teraz on się jej przeciwstawiał. Powoli tracił rozum i nie wiedział, co myśleć o tym wszystkim. Kiedyś nienawidził Hermiony, ale teraz nie przeszkadzało mu jej pochodzenie ani dom, do którego należała. Ważne, że mógł przy niej być choć trochę sobą. Nie musiał udawać podekscytowanego swoją misją lub dumnego, że jest Malfoy'em. Nie znał jej, a mimo wszystko nienawidził i upokarzał. Teraz to się zmieniło, to ona siedziała z nim i próbowała rozmawiać, interesowała jego uczuciami, nie Blaise, Pansy czy jego ojciec. Nagle zachciał poznać ją trochę bliżej, lepiej. Dowiedzieć się, kim ona tak naprawdę jest, co lubi. Zdecydował, że postara się ją poznać, może w końcu będzie ktoś, przy kim będzie mógł się czuć swobodnie, sobą.
Wstał niechętnie, obudził brutalnie Blaisa, z którym dzielił dormitorium, i ruszył do łazienki. Ubrał się i zszedł na śniadanie. Jadł w pośpiechu swoją jajecznicę, z uwagą przyglądając się Granger, która uśmiechnięta rozmawiała z Ronem. Włosy zaplotła w warkocz, a z dokładnych obserwacji Dracona wychodziło, że pod szatą miała krótką, szkolną spódniczkę. Nadchodził wiosna i na dworze w końcu zaczęło robić się ciepło. Młody Malfoy uwielbiał tę porę roku, nad wszystkimi zaczynała wisieć wizja wakacji, a dziewczyny ubierały na siebie coraz mniej. W tym roku jednak nie potrafił się tym cieszyć, nie w obliczu tego, co miało się stać. Jak najszybciej skończył jeść i wyszedł na korytarz. Stanął za zakrętem i prosił wszystkie magiczne siły, żeby skręciła akurat tutaj. Udało się, nie musiał czekać długo. Szła w jego stronę z nosem w książce, nie patrząc przed siebie. Rozejrzał się wokół siebie czy przypadkiem nie ma żadnych niepożądanych gapiów. Szybkim ruchem wciągnął dziewczynę za róg, pisnęła przestraszona, ale odetchnęła z ulgą, kiedy go rozpoznała.
- Malfoy? Ale o co... - zapytała zdziwiona.
- Spotkajmy się na wieży, o dziesiątej, będę czekał – szepnął prosto do jej ucha i wyminął ja szybko.
Nie chciał, żeby ktokolwiek widział ich razem. To było zbyt wiele nawet jak dla niego, wystarczyło, że nawet on nie wierzył w tę całą chorą sytuację. Pełen sprzecznych uczuć ruszył na zajęcia. Nie zamierzał w tym momencie martwić się tym, co będzie wieczorem.
Siedział już na wieży i klął na siebie. Nie przyszła. Jak mógł być tak głupi? Przecież po tych wszystkich latach upokorzeń ona go nienawidzi. Jak mogłoby być inaczej? Znów pomyślał o matce, ona jedyna go rozumiała. Przecież jego nie dało się kochać, a przecież ona darzyła go tak wielkim uczuciem. Jak mógł stać się takim potworem? Powinien ją pomścić, walczyć z Lordem Voldemortem i swoim ojcem, a tymczasem posłusznie spełniał wszystkie ich rozkazy. Poczuł straszną pustkę w sercu, chciałby po prostu chwilę z nią porozmawiać, usłyszeć jej głos. Powiedzieć jej, że będzie odważny, dla niej. Ale ona nie żyła, zamordował ją własny mąż, kiedy próbowała mu się przeciwstawić. Znów podszedł do krawędzi i spojrzał w dół. Tym razem nie zamierzał skakać, chciał po prostu czuć wiatr, tę odrobinę wolności. Odetchnął głęboko. Nagle usłyszał za sobą cichutki głos.
- Draco, nie – szepnęła, a on zachwiał się delikatnie.
Natychmiast odzyskał równowagę i odwrócił się.
- Jednak przyszłaś – powiedział spokojnie.
- Proszę, odejdź od krawędzi, porozmawiajmy – w jej głosie wyczuwał nutkę paniki.
- Spokojnie, nie zamierzałem skoczyć, nie tym razem – uśmiechnął się smutno i usiadł pod ścianą.
- Dlaczego chciałeś się spotkać? - zajęła miejsce obok niego.
- Chciałem tylko porozmawiać, tak po prostu. I... Przeprosić. Tak, przeprosić. Za wszystkie lata, nie znałem cię. Mimo wszystko ostatnio byłaś przy mnie, kiedy tego potrzebowałem – patrzył w ziemię, nie mógł unieść ciężaru tych słów. Zbyt wiele go kosztowało przeproszenie kogoś takiego, w ogóle przeproszenie kogokolwiek. Dziewczyna kiwnęła głową na znak aprobaty.
- Ludzie się zmieniają – powiedziała bardzo cicho.
- Opowiesz mi o swoim ojcu? - zapytał po chwili ciszy.
Gryfonka wbiła wzrok w swoje dłonie i już myślał, że sprawił jej przykrość tym pytanie, ale uśmiechnęła się.
- On był... - zaczęła, ale najwidoczniej zbyt wiele myśli kłębiło się w jej głowie, żeby wyrazić tylko jedną. Czekał cierpliwie.
- Był moim autorytetem, pod każdym względem. Do wszystkiego doszedł ciężką pracą, miał dom, rodzinę, żonę, mnie... Wiem, że mnie kochał. Bezgranicznie i bezwarunkowo. A potem znalazł się w złym miejscu i czasie. Firmę w której pracował zaatakowali Śmierciożercy, nikt nie przeżył – Draco zważył, że po policzkach dziewczyny spływają łzy.
Nie do końca wiedział, jak ma zareagować. Nie taki był jego cel , nie chciał, żeby płakała...
- Przykro mi, naprawdę mi przykro. Moja matka była jedyną osobą na świecie, która mnie kochała. Pamiętam, jak byłem jeszcze mały. Kąpała mnie w wielkiej wannie pełnej piany, a potem sadzała na swojej toaletce i wycierała, suszyła włosy... Dokładnie pamiętam zapach szamponu, jej śmiech. To były najszczęśliwsze momenty mojego życia, spędzone z nią. A potem nadeszła wojna, w sumie... Widmo wojny. Ona nie chciała tego wszystkiego, co dzieje się wokół nas, próbowała przekonać ojca... Później przeszła na waszą stronę, nie na długo. Lucjusz dowiedział się o tym i sam ją zabił. Żeby oszczędzić całej rodzinie zawodu Czarnego Pana. Rozumiesz? Zamordował swoją własną żonę, a ja na to patrzyłem. To była tylko chwila, a ja nie mogłem nic zrobić. Tylko stać. Stać i patrzeć – ukrył twarz w dłoniach i starał się powstrzymać emocje.
Ze zdziwieniem poczuł jej dłoń na swoim ramieniu.
- Może teraz w to nie wierzysz, ale czas naprawdę leczy rany. Po kilku miesiącach już jest lepiej, nadal boli, ale da się już z tym żyć.
Siedzieli na tej wierzy długo i po prostu rozmawiali. Jak nigdy. Hermiona opowiadała mu o tym, że co roku jeździła z rodzicami na wakacje i on przygodach z Harrym i Ronem, a Draco o swojej przyjaźni z Blaise'm i dziwnych relacjach z Pansy. Wreszcie, kiedy dochodziła pierwsza w nocy, wstali cali przemarznięci i ruszyli do zamku. Rozstali się w tym samym miejscu co ostatnio i każde ruszyło w swoim kierunku.

* * *

      Od tamtego czasu spotykali się w tym miejscu prawie codziennie. Draco zawsze czekał na dziewczynę po śniadaniu i szybko omawiali godzinę. Po jakimś czasie Wieża Astronomiczna stała się ich wieżą. Spotkajmy się na naszej wieży o dwudziestej – mówił często Draco. Kiedy będziesz szedł na naszą wieżę, weź, proszę, coś do jedzenia i koc – zwykła mówić Hermiona. Spędzali tam długie godziny. Ślizgon choć przez chwilę mógł poczuć się sobą, a Gryfonka przestała traktować go jak przedmiot swojej misji. Ich normalna relacja trwała tylko tę małą jednostkę czasu. Przez resztę dnia zachowywali się tak jak zwykle, nie rozmawiali, nie rzucali ukradkowych spojrzeń, istnieli tylko przez te kilka godzin. Hermiona mówiła, że chodzi do biblioteki, Draco nie musiał mówić nic, nikt nie interesował się, gdzie znika.
- Nigdy nie sądziłem, że jesteś taka... Zwyczajna – powiedział któregoś razu.
Siedzieli akurat oparci o ścianę, pod kraciastym kocem.
- Co masz na myśli? - zapytała.
- Jesteś zupełnie taka jak ja i inni czarodzieje. Ojciec całe życie wmawiał mi, że wy, mugolaki, jesteście gorsi. Nie jesteście godni nauki magii. Jednak ja tego teraz nie widzę. To wszystko było fałszem, jesteś takim samym człowiekiem jak inni, a może nawet i lepszym.
W odpowiedzi położyła mu tylko głowę na ramieniu. Ostatnio często to robiła, ale żadne z nich nie odbierało tego jako jakąś sugestię, zwykły, przyjacielski gest. Tym razem było jednak trochę inaczej. Draco dokładnie wiedział, co się zbliża. To mógł być koniec jej, jego, wszystkich. Zostały już tylko dwa tygodnie. Musiał się pospieszyć i to bardzo. Od jakiegoś czasu ta dziewczyna była dla niego tak ważna... Przy niej nie musiał nikogo udawać, sprawiała, że się śmiał. Spojrzał na nią uważnie, jej brązowe loki łaskotały go w szyję.
- Hermiono... - zaczął, a ona w odpowiedzi podniosła głowę i spojrzała na niego.
Tylko na to czekał, bardzo delikatnie złapał ją za brodę i przyciągnął do siebie. Zanin zdążył zmienić zdanie, pocałował ją. W końcu poczuł jej ciepłe usta, o których myślał od tak dawna. Były delikatne, jak cała ona, i wyjątkowo miękkie. Nie sprzeciwiała się, po sekundzie rozchyliła lekko wargi i pozwoliła mu na głębszy pocałunek. Z fascynacja jedną ręką objął ją w talii, a drugą położył na jej policzku. Poczuł, jak jej dłoń wplata się w jego włosy. Miał wrażenie, że znów jest małym chłopcem, który całuje się po raz pierwszy. Towarzyszyła temu ekscytacja i pewna doza niedoświadczenia. Kiedy w końcu odsunął się od niej, spojrzał na nią niepewnie, jakby nie był pewien czy zrobił dobrze.
- Może nie powinienem... - zaczął.
- Wszystko dobrze – powiedziała cicho i wtuliła się w niego.
Od tamtej chwili byli razem, nazywali się parą, ale tylko przez te kilka godzin w ciągu doby. Po całym dniu obojętności wyczekiwali, kiedy znów będą mogli się spotkać i być po prostu ze sobą. Byli szczęśliwi, Hermiona odpoczywała w jego ramionach po męczącym dniu, a on w jej ustach odnajdował ukojenie. Ich utopia trwała dwa tygodnie, aż do wydarzenia, które zmieniło całe ich życie...

* * *

- Hermiono, obudź się, szybko! - usłyszała krzyk Lavender i natychmiast się zerwała.
- Co się stało? - zapytała nieprzytomnym tonem.
- śmierciożercy! Zaatakowali Hogwart!
Hermiona wręcz poczuła jak pod wpływem adrenaliny rozszerzają się jej źrenice. Wstała z łóżka i zaczęła się w pośpiechu ubierać.
- Mów co się dzieje – krzyknęła do swojej współlokatorki.
- Przyszli przed chwilą, Dumbledore kazał postawić na nogi cały zamek. Jest ich zdecydowanie zbyt wielu, nikt nie wie skąd się wzięli. Można uciekać przez pokój życzeń.
- Ja będę walczyć – powiedziała i wybiegła z dormitorium.
Była zdezorientowana, ale na szczęście w pokoju wspólnym zastała Harrego i Rona.
- Hermiono, ty i Harry musicie uciekać, ja będę walczył – powiedział zdecydowany rudzielec.
- Nie odejdę, będę walczyć – powiedziała pewnym głosem.
Wzięli pelerynę niewidkę i niewidzialni ruszyli. Potter musiał uciekać, według doniesień wśród śmierciożerców nie było Voldemorta, chociaż Harry się stawiał, to nie mógł ryzykować. Był ich tajną bronią, bez niego ta wojna byłaby od razu przegrana. Pożegnali się z nim najszybciej, ale najlepiej jak tylko mogli. Odprowadzili go jeszcze wzrokiem, a potem rzucili się w wir walki. Całość toczyła się w okolicach Wielkiej Sali. Wszędzie widać było postacie w czarnych szatach i kapturach. Niektórzy utracili już swoje maski i odsłonili twarze. Większości Hermiona nie rozpoznawała, ale gdzieś w tłumie mignęły jej długie, platynowe włosy Lucjusza Malfoya. Draco... Dziewczyna nagle poczuła ukłucie paniki. Co się z nim działo? Czy to on stał za tym wszystkim? Natychmiast odrzuciła tę myśl, ale starała się odnaleźć go w tłumie. W pewnym momencie tuż koło jej głowy świsnęło mordercze zaklęcie, dopiero w tym momencie otrząsnęła się z zamyślenia i zganiła na swoją głupotę. Trafiła w jakiegoś śmierciożercę ogłuszającym czarem i szybko wbiegła do Wielkiej Sali. Próbowała odnaleźć rudą czuprynę Rona lub Ginny. Widziała koło siebie walczących czarodziejów, smugi kolorowych świateł i martwych ludzi. W pewnym momencie spojrzała na swoją rudą przyjaciółkę, akurat, kiedy trafiło w nią mordercze zaklęcie. Hermiona patrzyła jak w sekundę z jej oczu uchodzi życie. Krzyknęła, ale jej głos zginął w ogólnym hałasie. Łzy popłynęły po jej policzkach i dziewczyna zaczęła działać jak w transie. Ogłuszyła mordercę Ginny i podbiegła do niej. Chciała uklęknąć przy niej, przytulić jej ciało i płakać, ale nie miała czasu, nie mogła ryzykować. Zostawiła rozpacz na później, nie wiedziała nawet, czy dożyje kolejnego dnia. Nagle ktoś złapał ją za włosy i przyłożył różdżkę do gardła, później była już tylko ciemność...

* * *


      Szedł korytarzem w stronę Wielkiej Sali i rozglądał się nerwowo. Wszystko było w ruinie, gruzy nosiły nadal ślady walki, która skończyła się przed chwilą. Wygrali, Hogwart nie miał szans. Draco nie był pewien, nie chciał tej bitwy, ale nie miał wyboru. Musiał wpuścić do zamku śmierciożerców. Powinien się sprzeciwić, ale nie był w stanie. Kiedyś był przekonany, że stoi po tej słusznej stronie, ale później pojawiła się Ona. Nie widział jej jeszcze, mógłby przysiąc, że mignęła mu w tłumie podczas walki... Co się teraz z nią działo? Czy żyła? Może zdążyła uciec? Nie chciał teraz o tym myśleć. Wszedł do pomieszczenia i uchylił głowę przed Czarnym Panem, który przybył tu przed chwilą.
- Witaj, panie – powiedział spokojnie.
- Witaj, Draco – jego głos był zimny i przypominał syczenie węża.
- Czy ktoś pojmał Pottera? - ośmielił się zapytać, wciąż patrząc w ziemię.
- Niestety nie, za to pojmaliśmy jego przyjaciół.
Serce Dracona przeszył skurcz. Złapali ją, więc co teraz? Będą ją więzić i czekać, aż Potter po nią wróci? Jeśli tak, to on, Malfoy, jakoś ją uratuje, przygotuje ucieczkę, zrobi wszystko, żeby była bezpieczna.
- Wprowadzić ją – powiedział cicho Voldemort.
Dwóch śmierciożerców wprowadziło Hermionę, wyglądała okropnie. Twarz miała zakrwawioną i posiniaczoną. Ledwo trzymała się na nogach i kiedy tylko ją puścili, osunęła się na kolana. Z pewnością była torturowana i Draco poczuł na tę myśl nieopisaną wściekłość.
- Nie będzie nam już potrzebna. Zostawiam ją tobie, zabij tę szlamę – usłyszał i miał wrażenie, że to wcale nie było skierowane do niego.
W tym momencie wszystko w co wierzył umarło. Stał przed dziewczyną, która tyle dla niego znaczyła i nie miał wyboru. W jej oczach zobaczył przyzwolenie i lekko kiwnęła głową. Wiedziała, że jeśli Draco tego nie zrobi, zginie. Dla niej i tak nie było już szans, jej życie dobiegło końca. Mimo wszystko nie mógł tego zrobić. Stał i wpatrywał się w nią tępo. Nie mógł jej zabić, nie zasługiwała na to.
- Zrób to – powiedziała słabym tonem.
Wiedział jedno, kiedy tylko skończy się ten dzień, skontaktuje się jakoś z Potterem i zostanie ich szpiegiem. To wszystko dla niej i dzięki niej. Pokazała mu, że może być lepszym człowiekiem, dała iskierkę nadziei.
Wycelował różdżkę prosto w jej serce...

czwartek, 25 września 2014

Rozdział XIV - „Co jest z Tobą nie tak?”

Dziękuję Wam niezmiernie za wszystkie (nieco wymuszone) komentarze pod ostatnią notką. Moja wena, która od miesiąca leżała w kałuży krwi i błagała o dobicie, zupełnie odżyła! Mam dla Was dzisiaj coś lekkiego i przyjemnego, mam nadzieję, że pod tą notką też będzie tyle opinii :)
______________________________________________________

Lęku nie należy się wstydzić. Jest równie naturalny i konieczny jak zabawa albo ból.

      Hermiona siedziała w Wielkiej Sali w porze śniadania, ale nic nie jadła, nie spojrzała nawet w stronę zastawionego stołu. Zerkała za to co chwilę na blondyna, który w najlepsze zajadał się jajecznicą. Koło niego siedziała Katy i szeptała mu coś do ucha, chłopak tylko uśmiechał się do niej co jakiś czas. W reszcie skończył jeść, wstał i ruszył w stronę wyjścia. Dziewczyna podążyła za nim i uwiesiła się na jego ramieniu. Hermiona poczuła ukłucie złości, zła do granic możliwości nałożyła sobie na talerz omlet z warzywami i z zaciętą miną zaczęła go kroić zdecydowanie zbyt mocno, niż było to potrzebne. Kiedy nóż zgrzytnął o zastawę, Gryfonka odłożyła go w hukiem na bok i ze zbędą siłą nabiła odkrojony kawałek na widelec. Ron od jakiegoś czasu przyglądał się jej badawczo.
- A tobie co? - zapytał w końcu.
- Nic – odparła wściekłym tonem i zaczęła szybko przeżuwać jedzenie.
- Hermiono... Twój wzrok piorunuje każdą rzecz, która stanie mu na drodze.
- Mam gorszy dzień – mruknęła i szybko wstała.
Ruszyła w stronę wyjścia, po drodze zgromiła tylko wzrokiem pierwszoklasistkę, która prawie ją potrąciła. W nieco mniej podłym nastroju ruszyła w stronę sali, w której odbywały się lekcje transmutacji. Całą niedziele przesiedziała w bibliotece przy odrabianiu prac domowych. To na trochę pozwoliło jej zapomnieć o upokorzeniu jakie zaserwował jej Malfoy. Niestety nie na długo, dzisiaj czekał ich wspólny szlaban i na tę myśl Gryfonka czuła, jak skręcają jej się wnętrzności. Najchętniej nie widziałaby go już nigdy w życiu. Niestety, marzenia się nie spełniają...

      Poddenerwowany stał przed gabinetem Snape'a i czekał na Gryfonkę. Stresował się całą sytuacją, nie wiedział, jak powinien się względem niej zachowywać i czy utrzyma swoje emocje na wodzy. Wreszcie wyszła zza zakrętu. Włosy związała wysoko wstążką. Miała na sobie białą koszulę, krótką, szkolną spódniczkę i czarne zakolanówki. Przełknął głośno ślinę na ten widok. Nie obdarzyła go nawet spojrzeniem, stanęła obok niego z obojętną miną. Stali tak chwilę w ciszy, aż w końcu drzwi otworzyły się z hukiem. Snape zmierzył ich czujnym spojrzeniem.
- Za mną – warknął krótko i ruszył korytarzem.
Bez słowa podążyli za nim. Mistrz Eliksirów zatrzymał się przed jedną z sal i wszedł do środka.
- Wśród pierwszoklasistów jest chłopak prawie tak niezdarny, jak Longbottom. Podczas dzisiejszej lekcji straciłem kilka próbek eliksirów, macie to uzupełnić. Nie obchodzi mnie, kiedy skończycie. Jak dla mnie, możecie siedzieć tu nawet do rana. Na biurku macie listę i składniki. Oddajcie różdżki.
- Dlaczego my mamy to robić, a nie on? - mruknął zirytowany Malfoy.
- Wolałbym nie zostawiać go tutaj samego, dla niego mam coś gorszego. No już, panie Malfoy, różdżka – warknął.

      Kiedy w końcu zostali sami, Hermiona podeszła do biurka. Nerwowo przygładziła spódniczkę. Nie czuła się zbyt komfortowo w tym stroju, według niej spódniczka była zbyt krótka, a zakolanówki zbyt sugestywne. Szczególnie, że była sama z Draconem... Ginny kazała jej się tak ubrać, żeby Malfoy zobaczył, co stracił. Kazała to mało powiedziane, stała przed Hermioną, aż ta nie poszła do łazienki i nie przebrała. Draco rozsiadł się i położył nogi na biurku. Przeciągnął się i ziewnął.
- Może zacząłbyś coś robić? - warknęła Hermiona, która właśnie szykowała wszystko do pierwszego eliksiru.
- Może tak, może nie – mruknął.
Dziewczyna zarumieniła się lekko, kiedy kątem oka uchwyciła, że Draco przechylił głowę i bezczelnie wypatrywał czegokolwiek, co odsłoniłby materiał jej spódniczki.
- Mógłbyś się czymś zająć? - warknęła.
- Właśnie się zajmuję – powiedział pod nosem i nadal uważnie się jej przyglądał.
- Świnia – spojrzała na niego spode łba.
- Granger, jestem facetem, to czysty instynkt i pierwotne pragnienia. Ewolucyjna chęć przedłużania gatunku i inne takie, powinnaś to rozumieć.
- Och, już nie jestem brudną szlamą, której nigdy byś nie przeleciał? Bo przecież jest tyle lepszych dziewczyn? - zacytowała jego słowa jadowitym tonem.
- Jak tak patrzę z tej perspektywy – przechylił głowę jeszcze trochę. - To mój instynkt najwidoczniej nie rozróżnia statusu krwi.
Prychnęła wściekła.
- Masz natychmiast wstać i zacząć coś robić, bo mam tego dosyć – krzyknęła.
Westchnął, przewrócił oczami i zdjął nogi z biurka. Bardzo powoli wstał i podszedł do niej.
- No? Co mam robić?
- Masz, rozgnieć skarabeusze – mruknęła podsuwając do niego słoik.
Robił to ostentacyjnie, bez chęci i co chwilę przeklinając głośno. Mamrotał pod nosem coś o rządzącej się szlamie i w tym momencie Hermiona poczuła, że przegiął. Zranił ją tym wyzwiskiem bardziej, niż kiedy usłyszała je z jego ust po raz pierwszy. Wściekła rzuciła w niego wnętrznościami ropuchy, którą właśnie patroszyła.
- Zamknij się w końcu – warknęła.
Blondyn odskoczył, kiedy jego szaty dotknął obiekt, którym rzuciła dziewczyna. Wzdrygnął się z obrzydzenia i nie uszło to uwadze dziewczyny.
- Czyżby wielki arystokrata, pan Malfoy, nigdy nie dotykał ropuszych flaków swoimi delikatnymi dłońmi? - zadrwiła.
- Uwierz mi, Granger, dotykałem gorszych rzeczy, na przykład ciebie – uśmiechnął się złośliwie.
Tego było zbyt wiele. Gryfonka rzuciła się na niego z pięściami, ale skutecznie ją unieruchomił.
- Spokojnie, kocico, spokojnie – mruknął.
Kiedy tylko się oswobodziła, w akcie wyładowania całej swojej złości rzuciła w niego garścią oczu żuka i spojrzała wyzywająco. Chłopak nie zamierzał być delikatnym. Bez słowa chlusnął na nią zieloną, lepką cieczą.
- Nie, Malfoy, nie zrobiłeś tego... - jej twarz zastygła w wyrazie szoku i powoli zmieniała się w wściekłą.
- Tak, Granger, zrobiłem.
Otarła z twarzy śluz gumochłona i wymierzyła mu policzek. Tym razem nie zdążył zareagować.
- Jak śmiałaś podnieść na mnie rękę? - wycedził.
Hermiona sama tego nie wiedziała. Ten gest nawet dla niej był zaskoczeniem. Ten gest zawierał całą jej wściekłość, żal i zawód. Cofnęła szybko rękę w obawie przed jego dalszą reakcją. Przez chwilę zobaczyła na jego twarzy wściekłość, ale za chwilę znów przybrał maskę obojętności.
- Nikt cię nie nauczył, że nie powinno się bić lepszych? - zapytał cicho.
- Co jest z tobą nie tak? - krzyknęła. - Mam cię dosyć! Jesteś żałosny. Udajesz kogoś, kim nie jesteś, uważasz się za kogoś lepszego, a nocami zapijasz smutki. Szkoda mi ciebie...
- To nie jest twoja sprawa! To nie jest tak łatwe, jak ci się wydaje. Zrozum, nie chciałem cie zranić, ale nie miałem wyjścia – wydawał się sam zaskoczony swoimi słowami.
Hermiona przez chwilę nie wiedziała, co mu odpowiedzieć. Nie była pewna czy dobrze usłyszała. Nie chciał jej zranić? Nie miał wyjścia? Ta sytuacja zaczynała się robić jeszcze dziwniejsza niż dotychczas.
- Więc co niby chciałeś zrobić? - warknęła.
- Odciąć cię ode mnie – powiedział niechętnie. - Pracujmy już.
Draco energicznie zabrał się do pracy, wszystko, byleby już nie rozmawiać. Współpracując skończyli stosunkowo szybko, bo około drugiej w nocy. Unikali przez ten czas rozmowy i swojego wzroku jak tylko mogli. Kiedy tylko odebrali swoje różdżki rozeszli się w swoje strony. Hermionę nadal męczyły słowa chłopaka. Coś ukrywał, a teraz wracał do siebie i pewnie znowu będzie zapijał smutki, już wiedziała, co robić.

      Stanęła przed drzwiami i odetchnęła kilka razy głęboko. Podniosła rękę, żeby zapukać, ale natychmiast ją opuściła. Stała tak przez chwilę jak idiotka. Cieszyła się, że nikt jej wtedy nie mógł zobaczyć. Na szczęście Harry bez zbędnych pytań pożyczył jej pelerynę. Znów odetchnęła i zanim zdążyła zrezygnować, zapukała energicznie. Drzwi po chwili otworzyły się i zobaczyła zaskoczoną twarz blondyna.
- Granger, powiedz, że to ty, bo to lekko przerażające... - patrzył prosto na nią, ale nie mógł jej zobaczyć.
- Spokojnie – mruknęła niewyraźnie.
Z mieszaniną ulgi i irytacji na twarzy wpuścił ją do środka.
- Co tu robisz? - zapytał ostro, kiedy pozbyła się peleryny.
Spojrzała na otwartą butelkę Ognistej Whiskey stojącą na stoliku.
- Przyszłam dotrzymać ci towarzystwa – uśmiechnęła się delikatnie.
- Słucham? - zapytał z niedowierzaniem w głosie.
- Nie będziesz siedział tu sam i pił – mruknęła.
- To chyba nie twoja sprawa, Granger!
Zignorowała go. Rzuciła się na jego łóżko, rozłożyła wygodnie i założyła ręce na piersi.
- Czy ty czegoś nie zrozumiałaś? To moje prywatne dormitorium i nie życzę sobie ciebie tutaj!
- Nic mnie to nie obchodzi – wzruszyła ramionami.
- Jak sobie chcesz! - krzyknął i wziął butelkę whisky.
Zanin zdążył się napić, dziewczyna w zatrważająco szybkim tempie rzuciła się w jego stronę, wyrwała mu alkohol i wrzuciła jego życiodajny napój do kominka. Ogień buchnął niebezpiecznie. Hermiona spojrzała mu wyzywająco w oczy i ze stoickim spokojem znów położyła się na łóżku.
- Jesteś nienormalna! Chcę być sam! - krzyczał, ale ona jakby zdawała się tego nie dostrzegać.
- Ja stąd nie odejdę, Draco, pogódź się z tym – powiedziała łagodnie.
- Ale ja cię tu nie chcę! Nie chcę z nikim rozmawiać!
- Więc będę milczeć.
Westchnął i wściekły usiadł w fotelu przed kominkiem. Widziała w jego twarz jakiś niebezpieczny wyraz, ale nie chciała się teraz wycofać. Uratował ją, miała wobec niego dług. Nie pozwoli, aby wszystkie noce spędzał zapijając w samotności smutki. Nawet jeśli jej tu nie chce, to ona i tak tu zostanie. Nie wyjdzie. Może Draco tego nie widzi, ale rodzaj pomocy z jej strony.
- Strasznie ciemno tutaj – mruknęła po chwili ciszy.
Faktycznie, pomieszczenie było utrzymane w kolorystyce ciemnej zieleni, czerni i z domieszką srebra. Duże łóżko z baldachimem, skórzana kanapa i fotel. Nawet ogień w tym pomieszczeniu nie wydawał się przyjemny.
- Miałaś się nie odzywać – warknął.
- Dobrze, przepraszam.
Nie wytrzymała długo. Wstała i zaczęła przechodzić się po pomieszczeniu. Obejrzała pięknie zdobioną szafę, przeczytała wszystkie tytuły książek znajdujących się na półce w pokoju Draco i w końcu trafiła na zdjęcie w rogu regału.
- To twoja mama? - zapytała cicho. - Jest piękna.
- Tak, to moja matka. Albo będziesz, Granger, leżeć grzecznie na swoim miejscu, albo wyrzucę cię siłą.
Bez słowa spełniła jego polecenie. Zapadł cisza, której Hermiona nie chciała w żaden sposób przerywać. Po prostu leżała i czekała na rozwój sytuacji. Kiedy po dłuższym czasie nic się nie wydarzyło, nie wytrzymała.
- To nie moja sprawa czemu taki jesteś, ale wiesz, że alkohol szkodzi? - zapytała i czekała na reakcję.
Była natychmiastowa, chłopak zerwał się z fotela, podszedł do dziewczyny i rzucił się na łóżko obok niej. Wyglądał, jakby miał ochotę ją uderzyć.
- Co jest z tobą nie tak?! - krzyknął – Nie umiesz usiedzieć w ciszy?! Irytujesz mnie, więc lepiej się w końcu zamknij!
Jego wrzaski nie robiły na niej najmniejszego wrażenia. Patrzyła mu prosto w oczy i czekała, aż skończy. Kiedy zamilkł nie ruszył się z miejsca, tylko nadal się w nią wpatrywał.
- Przepraszam – powiedział w końcu zupełnie innym, łamiącym się głosem.
Ukrył twarz w dłoniach i siedzieli jakiś czas w tej idealnej ciszy. W końcu spojrzał na nią. Zauważyła w jego oczach łzy, ale nie chciała w żaden sposób dać po sobie tego poznać. Szczerze mówiąc, to nie miała pojęcia co robić. Spodziewała się po nim wszystkiego, ale nie tego. Bez słowa wstała z zamiarem ruszenia do łazienki. Chciała na chwilę wyjść z tego pomieszczenia i pomyśleć, co robić dalej. Nie zdążyła zrobić nawet dwóch kroków, kiedy usłyszała za sobą głos Draco.
- Nie zostawiaj mnie, proszę – wyszeptał.
Uśmiechnęła się do niego kojąco i wróciła na swoje miejsce.
- Przecież już powiedziałam, że nigdzie się stąd nie wybieram. Chciałam iść tylko do łazienki.
W tym momencie Draco zrobił coś, czego zdecydowanie się nie spodziewała. Wtulił się w nią jak mały, bezbronny chłopiec. Nie mogła wykonać żadnego ruchu, czuła się w tej sytuacji bardzo nieswojo. Trwali tak jakiś czas, w ciszy.
- Dziękuję – szepnął w końcu. - Za to, że przyszłaś, znosiłaś moje kryzki i ze mną zostałaś. Nie zasługuję na to.
- Powiesz mi, co takiego się dzieje? - odważyła się zapytać.
- Nie mogę, proszę nie każ mi tego robić – odpowiedział i wtulił się w nią jeszcze bardziej.
Chociaż starał się to ukryć, to drżenie jego ciała zdradzało płacz. Nagle znieruchomiał.
- Powinnaś stąd wyjść. Nie możemy utrzymywać kontaktu i tej relacji. Ja nie jestem tym, za kogo mnie masz. Proszę, po prostu stąd odejdź.
- Draco, nie jesteś bestią za którą się uważasz – powiedziała łagodnie.
- Nic o mnie nie wiesz, po prostu stąd wyjdź.
- Ostatnio próbowałeś mnie przekonać, że nie jesteś egoistycznym potworem i to prawda. Wróciłeś po mnie, uratowałeś mi życie. Nie tak zachowałoby się monstrum, Zrozum to w końcu, nie uważam cię za bestię, nie jesteś nią.
Nie odpowiedział, patrzył tylko tępo w ścianę.
- Inni ludzie... - zaczęła.
- Tylko twoja opinia się dla mnie liczy – przerwał jej.
Poczuła na sercu dziwne ciepło, którego niczym nie mogła wytłumaczyć. Nigdy nie sądziła, że Malfoy może stać się dla niej kimś tak ważnym.
- Zostań na noc – szepnął.
- Draco, ja nie... - przestraszyła się tego, co powiedział i próbowała delikatnie z tego wybrnąć.
- Nie, nie. Ja będę spał na kanapie. Rzucisz na łóżko zaklęcia, które nie pozwolę mi się do ciebie zbliżyć i oddam ci swoją różdżkę. Tylko zostań.
Kiwnęła głową. Nie miała ochoty odchodzić. Dostała od niego koszulkę i dresowe spodnie, w które przebrała się w łazience. Dół od piżamy cały czas jej spadał, ale uporała się z tym jednym, prostym zaklęciem. Wyszła i rozejrzała się nieśmiało, chłopak leżał już na skórzanej kanapie, a na szafce przy jej łóżku leżała jego różdżka. Położyła się w miękkiej pościeli i zamknęła oczy. Znała zapach, który czuła na poduszkach, to zdecydowanie były perfumy Draco.
- A zaklęcia? - usłyszała cichy głos.
- Nie potrzebuję ich – szepnęła.
- Dobranoc.
- Dobranoc – uśmiechnęła się do siebie. 

czwartek, 18 września 2014

Rozdział XIII - Pozory.

Ten rozdział jest wyjątkowo krótki, rodzący się w bólach i kiepski, ale musicie mi wybaczyć. Następny już zapowiadam stosunkowo długi i o wiele ciekawszy, obiecuję. Następną notkę opublikuję, jak pod tą będzie 10 komentarzy, nie wcześniej! :D Nie pytajcie dlaczego, po prostu! :) Miłego czytania, chociaż nie spodziewajcie się dzisiaj cudów! Ładnie proszę o oddanie głosu w ankiecie :)
~ Mary.

________________________________________________________

Żyjemy, tak jak śnimy - samotnie.
      Draco obudził się tego dnia z potwornym bólem głowy. Podniósł się na łokciach i rozejrzał znad pół przymkniętych powiek. Zajęło mu dłuższą chwilę, zanim uświadomił sobie dlaczego śpi w ubraniach. Niechętnie wstał, wyrzucił do kosza pustą butelkę po whiskey i ruszył do łazienki. Wyglądał jak trup i tak samo się czuł. Oczy miał podkrążone, a skórę na twarzy prawie przezroczystą. Dziękował wszystkim siłom nadprzyrodzonym, że akurat była sobota i nie musiał nic robić. Kiedy przemywał twarz ktoś wszedł do jego dormitorium trzaskając drzwiami, w jego głowie to zabrzmiało jak potężny wybuch.
- Draco, gdzie jesteś? - krzyknął donośnie Zabini
Ślizgon wyszedł z łazienki i miał wrażenie, że jeszcze jeden głośniejszy dźwięk i padnie trupem.
- Czy mógłbyś mówić ciszej, Blaise? - mruknął wchodząc do pomieszczenia i mrużąc oczy.
- Ktoś tu ma kaca? - krzyknął czarnoskóry czarodziej i na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech.
Malfoy skrzywił się tylko w odpowiedzi.
- Dobra, Draco, miałeś mi coś opowiedzieć... A! Właśnie! Byłeś w końcu wczoraj u Granger? - zapytał zaciekawiony Zabini, jak na gust Malfoya, stanowczo zbyt głośno.
Granger... Do blondyna właśnie zaczęło docierać co stało się w nocy. Poczuł, że blednie i otępiały usiadł na łóżku. Przeklął głośno w odpowiedzi na pytanie przyjaciela i ukrył twarz w dłoniach.
- A tobie co? - usłyszał nutkę zaniepokojenia w głosie czarnoskórego Ślizgona.
- Stary, ja się z nią całowałem... - był wręcz przerażony swoim zachowaniem.
Zaczął przypominać sobie dokładnie wszystko, co działo się w nocy. No cóż, nie był zbyt delikatny. Przeklął w myślach swoją głupotę.
- No to nieźle musiałeś być pijany – Blaise pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Zabini, proszę, wyjdź... A najlepiej przynieś mi coś na kaca... - znów poczuł okropny ból głowy.
Z ulgą przyjął wyjście przyjaciela. Bluzgał na siebie w myślach, powinien się hamować, a nie od razu rzucać tak na nią... Granicą jego dedukcyjnych możliwości w tym momencie był wniosek, że Granger nie należy do łatwych dziewczyn, więc nie oddała tego pocałunku dla sportu. Potrząsnął głową z niedowierzaniem, nie chciał nawet dopuścić do siebie myśli, że mógłby coś dla niej znaczyć. W tym momencie nie myślał nawet o jej pochodzeniu, on po prostu na nią nie zasługiwał. Był potworem i nie chciał zranić jej uczuć, dawać jakiejkolwiek nadziei. Emanowało od niej dobro i po prostu nie chciał, żeby cierpiała. Mógł ranić Katy i te inne naiwne dziewczyny, które sama wskakiwały mu do łóżka, ale Granger była inna. Musiał się z nią spotkać i przeprosić, zwalić całą winę na ten pieprzony alkohol. Westchnął jeszcze raz głęboko i zastanowił się nad swoją głupotą. Całowałeś się ze szlamę, całowałeś się ze szlamą... - powtarzał w myślach i nie wiedział czy się śmiać czy płakać.

      Już na śniadaniu wiedział dokładnie, co powinien zrobić. Miał tylko szczerą nadzieję, że jej tym nie zrani zbyt mocno, nie chciał, żeby cierpiała, a znajomość z nim na pewno tak się dla niej skończy. Co chwilę rzucał ukradkowe spojrzenia w stronę stołu Gryfonów, Hermiona beznamiętnie żuła swoje śniadanie. Długie włosy miała rozpuszczone i Draco dałby sobie rękę uciąć, że pachniała lawendą. Cierpliwie czekał, aż skończy jeść i miał zamiar wykonać swój plan, który wydawał mu się wręcz idealny. Kiedy w końcu wstała, ruszyła za nią w pewnym odstępie. Akurat na tyle, żeby nie znikła mu z oczu, a żeby móc pozostać na pozór niezauważonym. Jego plan się w pewien sposób powiódł, dziewczyna poszła do biblioteki, więc Draco schował się w komórce na miotły i zamierzał tam czekać, aż Hermiona nie będzie wracać. To była jedyna droga, chcąc, nie chcąc, Granger musiała przejść koło pomieszczenia, w którym schroni się chłopak. Teraz wystarczyło tylko trochę tam pobyć...

      Minuty mijały, a Draco już dawno stracił poczucie czasu. Na każdy dźwięk otwieranych drzwi do biblioteki, wychylał się lekko i badał teren w nadziei, że ujrzy burzę brązowych włosów. Czuł narastającą irytację, ale to mogło mu teraz już tylko pomóc. Znów trzasnęły drzwi. Tym razem chłopak miał szczęście, Hermiona wyszła z biblioteki i z głową spuszczona w dół, ruszyła w jego stronę. Schował się w cieniu i nasłuchiwał jej kroków. Jeden, drugi, trzeci... Wreszcie Granger zrównała się z drzwiami i blondyn szybkim ruchem wciągnął ja do komórki zatrzaskując za sobą drzwi. Gdyby nie zamknął jej ust dłonią, z pewnością krzyczałaby. Wypowiedział cicho zaklęcie i w pomieszczeniu zrobiło się trochę jaśniej. Zobaczył ulgę na twarzy dziewczyny, kiedy go rozpoznała. Próbowała coś powiedzieć, więc szybko cofnął rękę, aby dać jej choć tyle swobody, jednak nadal przyciskał ją do ściany.
- Witaj, Granger – uśmiechnął się.
- Czego chcesz? - warknęła.
- Wyjaśnić pewną sytuację, mianowicie tę nocną. Chcę, żeby była jasność, byłem pijany i...
- Nie dało się nie zauważyć – prychnęła.
- Nie przerywaj mi! Zrozum, nie potrzebuję kolejnej panienki do klubu moich fanek. Nie wyobrażaj sobie zbyt dużo, nigdy bym cię nie przeleciał – uśmiechnął się z pogardą.
Zobaczył jak wyraz twarzy szybko zmienia się na wściekły, ale odezwał się, nim zdążyła cokolwiek powiedzieć.
- Nigdy nie tknąłbym szlamy, nie byłaś godna nawet tego pocałunku, nadal nie mogę pozbyć się tego przykrego smaku. Wątpię, żebyś była na tyle dobra, żeby spędzić ze mną choć godzinę, wybacz, czeka na mnie wiele lepszych dziewczyn – wyszeptał prosto do jej ucha i zaśmiał się chłodno.
Dziewczyna uniosła rękę i najprawdopodobniej wymierzyłaby mu policzek, gdyby chłopak jej nie złapał. W bladym świetle różdżki zobaczył siniaki na jej nadgarstku i poczuł, jak skracają mu się wnętrzności. Ja to zrobiłem... Zraniłem ją swoją brutalnością, zapomniałem, jaka jest krucha – pomyślał z goryczą i szybko puścił jej rękę. Doszedł do wniosku, że powinien trzymać się od niej z daleka, skrzywdziłby ją prędzej czy później, bardziej, niż kilkoma siniakami. Nie zasługiwał na nią, na bycie jakąkolwiek częścią jej życia.
- Daruj sobie, wolałam zgodzić się na ten pocałunek i mieć spokój. Byłeś pijany i agresywny, nie chciałam ryzykować – powiedziała spokojnie, zimnym głosem.
- Dobra, dobra, Granger, oboje wiemy, że na mnie lecisz – zaśmiał się.
- W twoich snach – prychnęła.
- Pudło. Sęk w tym, że na szczęście o tobie nie śnię. Chociaż... W sumie masz rację... Ostatnio miałem o tobie sen, a raczej koszmar. Śniło mi się, że widzę cie nago. Brrr, straszny widok – wzdrygnął się teatralnie.
Lekko poczerwieniała, a Draco jak najszybciej chciał stamtąd zniknąć. Puścił ją, odwrócił się i ze ściśniętym sercem wyszedł z pomieszczenia,
- Rozejm już dawno dobiegł końca, wszystko wraca do normy – rzucił jeszcze na odchodne, nie odwracając się nawet.
Przez cała drogę do pokoju wspólnego wmawiał sobie, że dzięki temu będzie szczęśliwsza i to ją ochroni. Zamierzał wrócić do dormitorium i otworzyć kolejną butelkę whiskey. Kiedy stał już przed swoimi drzwiami, zmienił jednak zdanie. Ruszył szybko w drugą stronę i zapukał do pokoju dziewczyn. Otworzyła mu prawie natychmiast. Przed chwilą musiała brać prysznic, bo włosy nadal miała wilgotne i pachniała świeżością. Dyskretnie zajrzał jej przez ramię, na szczęście była sama.
- Witaj, Katy – mruknął i bez zaproszenia wszedł do jej pokoju.

      Kiedy upewniła się, że chłopak już nie wróci, pozwoliła, aby jedna łza popłynęła swobodnie po jej policzku. Później druga. Trzeciej już nie było, Hermiona potrząsnęła głową, jakby chciała odrzucić od siebie złe myśli i wyszła z komórki. Przecież spodziewała się tego, dobrze wiedziała, co usłyszy od Malfoya. A jednak zabolało, bardziej niż się spodziewała. Poczuła się poniżona i ośmieszona. Już dawno powinna zrozumieć, że Malfoy nigdy się niż zmieni. Miała ochotę zamknąć się w tym małym, ciasny pomieszczeniu i płakać. Wyrzucić z siebie cały żal i zawód. Otrząsnęła się z tego, musiała być silna, nie mogła pozwolić sobie na płacz przez kogoś takiego. On nie był jej wart, nie był wart nikogo. Spojrzała pobieżnie na swój nadgarstek i małe, fioletowe pamiątki po ostatniej nocy. Miała wrażenie, że zostawił też małego siniaka na jej sercu, który pobolewał na każdą myśl o Draconie, jakby mocno go dotknęła. Kiedy była mała zawsze naciskała na obtłuczone miejsce palcem, żeby sprawdzić czy boli. Teraz też, w akcie lekkiego masochizmu, przywoływała we wspomnieniach jego twarz, żeby poczuć, że to wszystko jest prawdziwe. Wściekła na siebie ruszyła z stronę pokoju wspólnego Gryfonów. Dzielnie walczyła ze łzami napływającymi jej do oczu. Przeklinała własną naiwność i głupotę. Kiedy znalazła się już w upragnionym miejscu, kiwnęła tylko głową na przywitanie w stronę Parvati i Ginny i szybko ruszyła do swojego dormitorium. Podziękowała niebiosom, że nie było w nim nikogo. Rzuciła się na łóżko i westchnęła głośno. Miała zamiar się zdrzemnąć, ale ktoś wszedł do pokoju, zamykając na sobą cichutko drzwi.
- Hej, co jest? - usłyszała zatroskany szept Ginny.
Nie odpowiedziała, nie miała ochoty z nikim rozmawiać. Dziewczyna usiadła koło niej i delikatnie dotknęła jej ramienia.
- Przecież widzę, że coś jest nie tak – powiedziała bardzo cicho i łagodnie,
- Zbyt łatwo mnie zranić – mruknęła Hermiona beznamiętnym głosem wpatrując się w ścianę.
- Powiesz mi co się stało?
- Chciałabym, ale boję się, że będziesz na mnie wściekła.
- Nie będę, proszę, powiedz. Postaram się pomóc, obiecuję – pogłaskała ją po włosach w uspokajającym geście.
- Ja... Chodzi o to, że... Ja i Malfoy... On... Pocałowała mnie. Wiem, że jest wrogiem, ale...
- Uratował ci życie. Niektórzy wcale nie są tacy źli, jak się wydają. Na przykład Zabini. Może Malfoy wcale nie jest taki okropny...
- Jest – przerwała jej twardo Hermiona. - Nie chodzi mi o pocałunek, tylko o to co mi powiedział później.
Opowiedziała pokrótce Ginny wszystko, co się wydarzyło. Z żalu miała sucho w gardle i nadal powstrzymywała łzy. Przecież to nie była jego wina, po prostu ona zbyt wiele sobie wyobrażała.
- Są dwie opcje – powiedziała spokojnie Ginny. - Albo Malfoy jest perfidnym dupkiem, albo odpycha cię, bo zaczęło mu zależeć, a on sobie z tym nie radzi.
Hermiona zaśmiała się gorzko na dźwięk tych słów.
- Uwierz mi, tak nie zachowują się ludzie, którym zależy. Po prostu byłam naiwna. Tylko, że ja tak bardzo chciałabym mu pomóc. Musiałabyś go wtedy zobaczyć, takiego pijanego, wyglądającego jak siedem nieszczęść. To nie ta sama osoba, którą jest przy ludziach.
- Może właśnie dlatego cię odtrącił? Bo zobaczyłaś jego prawdziwą naturę?
W tym momencie w Hermionie coś pękło, po jej policzku popłynęła łza, później kolejna... Dziewczyna nie chciała ich powstrzymywać, Ginny przytuliła ją mocno.

      Wyszedł od Katy co najmniej nieusatysfakcjonowany. Nigdy nie spodziewał się, że posiada coś takiego jak sumienie, a ono od pewnego czasu nie dawało mu spokoju. Teraz też nie, czuł się jeszcze gorzej niż rano, chociaż nie uważał, że zrobił coś złego. Był przecież wolny i mógł robić co chciał i z kim chciał. Skrajnie zirytowany usiadł na łóżku i otworzył butelkę Ognistej Whiskey. Spodziewał się, że właśnie tak będą wyglądały wszystkie jego wieczory. W poniedziałek mieli się stawić razem z Granger na szlabanie u Snape'a, chciał po prostu mieć to już za sobą. W końcu musiał przyznać sam przed sobą, że ta dziewczyna działa na niego jakoś dziwnie, inaczej. Bardzo chciał przy niej zasnąć, nie po seksie, tylko tak po prostu. Położyć się koło niej, przytulić i zasnąć. Rano obudziłoby go łaskotanie jej loków i byłaby pierwszą rzeczą, którą by ujrzał. Nie pragnął jej ciała, pociągało go, to fakt, ale to nie było priorytetem, o wiele bardziej wolałby po prostu być blisko niej. To uczucie było dla niego czymś obcym, nowym i czuł, że to go przeraża...

sobota, 13 września 2014

Rozdział XII - Przekraczając granice.

Na wstępie kilka spraw! Po pierwsze przepraszam wszystkich za zaległości w czytaniu Waszych blogów, szczególnie Vanillie, nie mam po prostu czasu, ale nadrobię jak najszybciej! Po drugie, to ostatni rozdział, który napisałam 'na zapas', nie mam pojęcia, kiedy zabiorę się za następny, ale postaram się znaleźć trochę czasu. Ta notka jest o wiele dłuższa niż zwykle i mam nadzieję, że się nie zanudzicie. Na koniec dwa pytania:
1. Chcielibyście przeczytać miniaturkę w moim wydaniu?
2. Lubicie takie długie rozdziały?
~ Mary.

_______________________________________________________

Moje myśli opiekują się Tobą.
Niezależnie czy bez Twojej, czy za Twoją zgodą.

      Otworzył oczy i przewrócił się na drugi bok. Znów widział ją we śnie, słyszał jej krzyk. Próbował zatamować krew, która szybko sączyła się na śnieg, ale im bardziej się starał, tym szybciej leciała. Mógł tylko patrzeć jak z dziewczyny uchodzi życie. Powoli zaczęło do niego docierać, że to był tylko koszmar, kolejny. Leżał jeszcze przez chwilę z szeroko otwartymi oczami i wspominał sen. Każda próba zaśnięcia kończyła się podobnie. Granger jeden dzień przeleżała w szwedzkim zamku, a nazajutrz przewieźli ją tutaj. Już drugą dobę leżała w hogwardzkim skrzydle szpitalnym. Musiał w końcu zrobić coś ze sobą... Wstał zirytowany z łóżka i ruszył do łazienki. Ojciec rok temu załatwił mu osobiste dormitorium. Dumbledore się stawiał, mówił, że wszyscy powinni być równo traktowani, ale ze Snapem nie było tego problemu, na szczęście to on był opiekunem jego Domu. Spojrzał w lustro, przeczesał palcami włosy i obmył twarz zimną wodą. W uszach nadal dźwięczał mu jej krzyk.
- Co się z tobą dzieje, Draco? - zapytał swoje odbicie.
Przebrał się w szatę i ruszył na śniadanie. Kiedy tylko wyszedł ze swojego pokoju, Katy rzuciła mu się na szyję.
- Kiedy wróciłeś? - zapytała rozpromieniona i pocałowała go w usta.
- Wczoraj rano – jego głos był wyprany z jakiegokolwiek entuzjazmu.
- Dlaczego ja nic o tym nie wiem? - usłyszał w jej tonie oskarżycielską nutę i wcale mu się nie spodobała.
- Nie wychodziłem z dormitorium – warknął.
Uśmiechnął się jednak, objął dziewczynę prawie odruchowo i ruszył z nią do Wielkiej Sali. Zajęli miejsce przy stole Slytherinu i chłopak natychmiast rozejrzał się po pomieszczeni. Przy stole Gryfonów siedzieli Potter, Wieprzlej i mała Weasley. Granger nie było, najwidoczniej nie wypuścili jej jeszcze ze skrzydła szpitalnego. To już trzeci dzień... Nie widział jej od jego odwiedzin w Szwecji, nie miał pojęcia o stanie jej zdrowia i udawał, że go to nie interesuje. Pomyślał o odwiedzeniu jej, ale natychmiast zrezygnował. Robisz się miękki, Malfoy, martwisz się o szlamę – zganił się w myślach. Zaczął bardzo powoli rzuć jajecznicę, nie czując nawet jej smaku. Nie spieszyło mu się szczególnie, a pierwsze tego dnia były dwie lekcje ze Snape'm. Niechętnie ruszył w stronę lochów i usiadł w ławce z Zabinim. Starał się skupić całą swoją uwagę na eliksirze, który miał przyrządzić, ale nie umiał. Cały czas gdzieś w jego myślach pojawiał się obraz bladej, umierającej Granger z jego snu.
- Co jest? - zapytał Zabini zaciekawionym tonem.
- Mam jakiś słaby dzień – mruknął tylko w odpowiedzi.
- Odwiedź ją.
- O czym ty mówisz? - zapytał szybko zdenerwowanym tonem.
- Zachowujesz się dziwnie. Wczoraj zaszyłeś się w pokoju i nie chciałeś z nikim rozmawiać, nawet ze mną... Nawrzeszczałeś na mnie tylko, kiedy zapytałem, co stało się tej szlamie. Dzisiaj jesteś zupełnie bez życia i nie wiesz co się wokół ciebie dzieje. Jeżeli nie chodzi o Granger, to ja już nie wiem. Martwisz się o nią?
- Martwię się o siebie, nastąpiły małe... komplikacje.
- Jakie? - zapytał wyraźnie zaciekawiony Blaise, niestety zbyt głośno i Snape spojrzał na nich groźnie.
- Zabiłem Greybacka – szepnął tak, że tylko Zabini mógł to usłyszeć.
- Żartujesz...
- Wyśnię ci później.
Blaise, tak jak Draco, należał do Śmierciożerców, ale tylko w pewnym stopniu. Jego matka i ojczym byli w szeregach, więc Zabini bywał czasem na spotkaniach, ale nie brał udziału w misjach i nie miał Mrocznego Znaku. Nigdy też nie zabił... Był po prostu dzieckiem zwolenników Czarnego Pana, czekał, aż uda mu się czymś wybić, za to Draco... Ojciec chciał, żeby zaszedł wysoko i szkolił go jak psa. Blaise miał zdecydowanie więcej szczęścia.
Malfoy musiał przyznać przyjacielowi jednak trochę racji, był rozkojarzony, nie wiedział co się z nim dzieje. Starał się po prostu przetrwać jakoś te lekcje i zadecydował już, że zaraz po kolacji pójdzie odwiedzić Granger. Zadzwonił w końcu wyczekiwany dzwonek i Draco szybko ruszył w stronę wyjścia.
- Nie tak szybko, panie Malfoy – usłyszał za sobą głos Snape'a.
Niechętnie cofnął się i stanął przy jego biurku.
- O co chodzi? Spieszę się... - powiedział znudzonym głosem.
Nauczyciel zignorował ten brak jakiegokolwiek szacunku za strony swojego chrześniaka i spojrzał tylko na niego świdrującym spojrzeniem.
- Staw się u mnie dzisiaj po kolacji. Mam dla ciebie zadanie. Będziemy musieli udać się w pewne miejsce – uśmiechnął się zjadliwie.
Draco w odpowiedzi kiwnął tylko głową, nie chciał pokazać jak wielki wpływ wywarły na niego te słowa. Bez pożegnania, na sztywnych nogach ruszył w stronę wyjścia. Ledwo wrócił do Hogwartu, a już Voldemort go wzywa, nie było wątpliwości, że chodzi o zabójstwo wilkołaka. Bardzo powoli przygotowywał się psychicznie na karę, jaka go czeka. Wiedział, że go nie zamordują, spodziewał się raczej tortur. Nie był pewien czy chce iść na resztę lekcji i decyzję podjął w ekspresowym tempie. Zamiast wyjść ze szkoły na zajęcia Zielarstwa, ruszył do góry, w stronę skrzydła szpitalnego. Pomyślał, że powinien coś jej przynieść, ale zrezygnował, chciał znaleźć się tam jak najszybciej.

       Przyszedł do sali, kiedy spała. Miała spokojną twarz i uśmiechała się lekko przez sen, długie, kasztanowe loki zwisały lekko za krawędź łóżka. Przysunął sobie krzesło, usiadł na nim i po prostu chwilę się w nią wpatrywał. Musiał gdzieś zebrać myśli i właśnie to miejsce wydało mu się odpowiednie. Idealna cisza to właśnie to, czego teraz potrzebował. Chciał ją przecież tylko uratować... Nie myślał o konsekwencjach. Nie wiedział dlaczego tak martwił się o jej życie, przecież był zwykłym potworem, nie mógł patrzeć w lustro bez obrzydzenia swoją osobą. Ojciec całe życie próbował unicestwić w nim jakiekolwiek uczucia, stworzyć robota... Udało mu się, jego jedyny syn został mordercą. Zabił człowieka bez mrugnięcia okiem, nie liczyło się teraz jakiego, ważne, że z własnej woli pozbawił życia istotę ludzką. To było prawie jak odruch, tylko takie rozwiązanie tej sytuacji widział. Mimo wszystko zrobił to, żeby ją uratować. Wiedział, że jeden dobry uczynek nie robi z niego dobrego człowieka ani nie zmazuje też poprzednich win. Widzisz, ojcze? Widzisz, kim się stałem? Widzisz, co stworzyłeś? Czy teraz mnie dostrzegasz? Czy jestem teraz wystarczająco dobry, żeby zasłużyć na miano Twojego syna? Spójrz, kim musiałem się stać, żeby zobaczyć dumę w Twoich oczach... Widzisz? Przeklinał w myślach swojego ojca, Czarnego Pana i siebie samego. Nigdy nie przypuszczał, że mógłby znienawidzić swoją osobę tak bardzo. Znów spojrzał na Gryfonkę. Gdyby wiedziała... Odrzucił od siebie natychmiast tę myśl, już nigdy nie chciałaby przebywać w jego pobliżu, brzydziłaby się nim.

      Śnił jej się znowu, nie mogła pozbyć się go ze swoich myśli, nawet gdy spała. Otworzyła oczy bardzo powoli i zobaczyła blondyna siedzącego przy jej łóżku. Nie była pewna, czy to prawdziwy Malfoy, czy po prostu nie rozbudziła się jeszcze do końca. Patrzył przez okno znajdujące się nad jej łóżkiem.
- Draco? - zapytała cicho i niepewnie, chciała się tylko upewnić, że jest realny.
Chłopak natychmiast na nią spojrzał i przybrał swój tradycyjny, arogancki wyraz twarzy.
- We własnej osobie – uśmiechnął się szeroko.
Musiała przyznać sama przed sobą, że cieszy się, że go tu widzi. Wczoraj cały dzień siedzieli z nią Harry, Ron, Ginny, Luna i Neville. Odwiedziły ją też kilku uczniów Gryffindoru, z którymi tylko się kolegowała, ale jej cały czas kogoś brakowało... Miała nadzieję, że jednak przyjdzie i nie zawiodła się. Była zła na siebie za te myśli i próbowała się ich pozbyć. To przecież Malfoy... - zganiła się w myślach za radość, którą poczuła na jego widok. No właśnie, to ten sam Ślizgon, którego tak nienawidziła, a jednak uratował ją i narażał się dla niej.
- Jak się czujesz? - zapytał cicho.
- Już dobrze, podobno będę mogła wyjść jutro rano.
- A już zaczynałem tęsknić... - mruknął ironicznie i zaśmiał się sztucznie.
Zapadła cisza, a Hermiona uznała to za najlepszy moment. Chciała zadać nurtujące ją pytanie.
- Dlaczego po mnie wróciłeś? - w końcu zdobyła się na odwagę – Mogłeś przecież uciec, ale narażałeś dla mnie życie – spojrzała na swoje dłonie i odetchnęła głęboko.
Zerknęła na jego twarz, znów wpatrywał się w widok za oknem i wydawał się intensywnie nad czymś zastanawiać. Nie odzywał się dłuższą chwilę i Gryfonka straciła już nadzieję na odpowiedź.
- Widzisz, Granger... - zaczął bardzo powoli, widać była, że starannie dobiera słowa.
Nagle jego twarz znów przybrała arogancki wyraz.
- Naprawdę sądzisz, że jestem potworem, który zostawiłby cię na pożarcie? - uniósł jedną brew i uśmiechnął się – Jestem Malfoy'em, to zobowiązuje – przewrócił teatralnie oczami.
- No tak, to wyjaśnia, czemu wróciłeś, ale nie uwierzę, że stanąłeś między mną, a wilkołakiem, bo tak nakazywał ci honor... Nie okłamuj mnie, znam cię na tyle dobrze, żeby wiedzieć jakie zdanie masz o mnie. Teraz wytłumacz mi, dlaczego poświeciłeś się dla szlamy, nie oszukujmy się, jesteś egoistycznym idiotą – starała się mówić spokojnie, ale czuła narastającą irytację i ostatnie zdanie prawie wykrzyczała. Nie powinna go obrażać, ale nienawidziła czegoś nie wiedzieć... Do tego zdenerwowało ją to zachowanie, widziała, że nie jest z nią szczery, a kłamstwem się brzydziła.
Zauważyła, że Malfoy skrywa swoje uczucia pod maską ironii i arogancki. Jego prawdziwe emocje były widoczne tylko przez chwilę, kiedy jeszcze nie zdążył ich zatuszować. Teraz zobaczyła w jego oczach wściekłość, tylko przez sekundę, zanim nie uśmiechnął się z wyższością. Westchnęła, nie powinna tak na niego naskakiwać, to nie była do końca jej sprawa. Powinna się cieszyć, że żyje, zamiast na niego naciskać.
- Nie ładnie być taką wścibską, tacy ludzie nie kończą dobrze i nie żyją długo. Pomyśl, Granger, że mogłem zrobić coś raz bezinteresownie – mruknął, po czym wstał i wyszedł.
Była na siebie zła, nie chciała się w nim kłócić, tak naprawdę pragnęła, żeby ich relacje zostały takie, jak na wyjeździe. Powinna mu po prostu znowu podziękować, również za to, że ją odwiedził. Jutro, kiedy tylko wyjdzie ze szpitala, pójdzie do niego, powie mu wszystko, co tak naprawdę myśli i przeprosi za dzisiejsze zachowanie.

      Skrajnie zirytowany wyszedł z sali, uratował ją, a ona nazwała go egoistą... Chciała znać prawdę, ale to wcale nie było takie łatwe. Miał jej powiedzieć, że chciał ją tam zostawić, ale w przypływie heroizmu i poczucia winy zabił wilkołaka? Och nie, tego z pewnością nie chciałaby usłyszeć. Lekcje trwały nadal, ale on przemknął się do pokoju wspólnego Ślizgonów i zamknął w swoim dormitorium. Chwila spokoju, w końcu. Jeszcze trochę i będzie musiał iść da Snape'a, miał nadzieję, że czas się zatrzyma, zrobiłby wszystko, żeby po kolacji móc po prostu wrócić do siebie... Zamknął oczy i próbował się zrelaksować. Obudził się, kiedy było już ciemno i miał wrażenie, że spał kilka miesięcy, bolała go głowa. Niechętnie usiadł na łóżku i sprawdził godzinę, miał szczęście, zaraz była kolacja. Wyszedł ze swojego pokoju i napotkał pytające spojrzenie Zabiniego. Usiadł obok niego, ale nie miał spokoju. Katy wskoczyła mu na kolana.
- Źle się czujesz? - zapytała zatroskana.
Draco miał ochotę powiedzieć, że ma wrażenie, że ktoś go przeżuł i wypluł, ale pokręcił tylko przecząco głową. Mało delikatnie zrzucił z siebie dziewczynę i bez słowa, zdenerwowany na cały świat, ruszył do Wielkiej Sali.

      Hermiona od jakiegoś czasu rozmawiała z Ginny, która siedziała przy jej łóżku. Bardzo chciała już wrócić do swojego dormitorium, ale mogła to zrobić dopiero następnego dnia.
- Powiesz mi, dlaczego Harry mnie nie zauważa? Co jest ze mną nie tak? - poskarżyła się ruda istota.
- Och, jesteś siostrą jego przyjaciela, nie może na zbyt wiele sobie pozwolić, wiesz, jaki Ron... - odpowiedziała i uśmiechnęła się, aby dodać otuchy przyjaciółce - Emmm... Ginny... Masz jakiś kontakt z Zabinim? - zapytała delikatnie.
- Można tak powiedzieć, a dlaczego pytasz? - zmarszczyła lekko nos.
- Czy mogłabyś zdobyć od niego pewną informację?
- Nie powinno być problemu, ale jaką...
Hermiona nie zdążyła odpowiedzieć, bo w tym momencie do sali wpadł Ron.
- Jak się czujesz? - zapytał, całując pannę Granger w policzek.
Usiadł na jej łóżku i złapał ją za rękę. Nie wyrwała jej, nie chciała zrobić mu przykrości. Miała tylko nadzieję, że chłopak ma świadomość, że zawsze będzie dla niej tylko przyjacielem...

      Draco Malfoy szedł korytarzami swojego domu i rozglądał się, jakby był tu po raz pierwszy. Widział drzwi od jadalni, ale wcale nie miał wrażenia, że się do nich przybliżał, wręcz przeciwnie. Z każdym krokiem serce biło mu coraz mocniej. Wyciągnął rękę i nacisnął na klamkę, ale miał wrażenie, że zrobił to ktoś inny. Pomieszczenie było bardzo ciemne, zapadła już noc, a tutaj paliło się tylko kilka świec. W środku byli już wszyscy, oprócz Czarnego Pana. Ślizgon pospiesznie zajął swoje miejsce między matką a ojcem. Minuty dłużyły mu się niemiłosiernie. Nerwowo rozglądał się po zgromadzonych i wygładzał ubranie. Napotkał spojrzenie matki i ta uśmiechnęła się do niego, poczuł się odrobinę lepiej. W końcu drzwi otworzyły się, wszystkie rozmowy natychmiast ucichły i wmaszerowała wysoka postać, wszyscy wstali. Zaraz za Lordem Voldemortem wpełzła Nagini.
- Witajcie – powiedział zimnym głosem, który przypominał syk węża.
Usiadł i wszyscy zrobili to samo. Zapadła pełna napięcia cisza i Malfoyowi wydawało się, że słyszy, jak bije jego serce. Zacisnął pięści, aby ukryć drżenie rąk. Przecież mnie nie zabiją... - powtarzał w myślach.
- Draco, podejdź do mnie – jego głos przeszył powietrze.
Chłopak nie wykonał żadnego ruchu, jakby te słowa do niego nie dotarły. Mijały sekundy i matka ścisnęła mu w końcu dłoń w uspokajającym geście. Dopiero to wyrwało go z odrętwienia, wstał bardzo powoli i ruszył w stronę Czarnego Pana. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa, ale musiał być odważny, zrobił dokładnie to, co powinien, uratował komuś życie. Stanął przed nim wyprostowany i starał się nie okazywać strachu.
- Słyszałem co zrobiłeś – powiedział bardzo cicho Voldemort.
Nie wiedział, co odpowiedzieć, więc zdecydował się na ciszę.
- Twój ojciec powiedział, że zabiłeś w swojej obronie Greybacka.
- Mój Panie, nie wiedziałem, że to on, przysięgam – cudem powstrzymał swój głos od drżenia.
- Skąd miałeś wiedzieć? Takich jak on powinno się tępić, mógł się spodziewać, że tak zareagujesz, Draco - zasyczał.
- Jaka spotka mnie kara? - wolał być bezpośredni i mieć to już za sobą.
- Kara? - zaśmiał się, ale nie brzmiała w nim nawet krztyna wesołości – Mam karać czarodzieja czystej krwi za zabójstwo wilkołaka? - ostatnie słowo wypowiedział z odrazą.
Draco poczuł ulgę, ale i ogromne zaskoczenie. Skoro nie czekają go tortury, to po co miał tutaj przyjść? Wolał stać w ciszy o czekać na rozwój wypadków.
- Uważam, że jesteś już gotowy. Już czas, Draco.
Chłopak nic z tego nie rozumiał, zdenerwowany rozejrzał się po pokoju i na trafił na wzrok swojego ojca. Widział w nim dumę, za to jego matka wpatrywała się uparcie w swoje dłonie.
- Przepraszam, Panie, ale nie rozumiem. Na co już czas? - starał się, aby jego głos był pełny skruchy i szacunku.
- Jak to na co? - znów ten zimny śmiech – Czas, byś stał się jednym z nas.
Draco poczuł, że cała krew odpłynęła mu z twarzy, wpatrywał się w Czarnego Pana z niedowierzaniem.

      Wypił szklaneczkę Ognistej Whiskey, potem kolejną i jeszcze jedną. Czuł, że alkohol powoli zaczyna szumieć mu w głowie. Spojrzał z obrzydzeniem na swoje przedramię i wypalony Mroczny Znak. Teraz będę musiał chodzić w koszulach z długimi rękawami nawet w lecie - starał się zironizować całą sytuację, aby trochę lepiej ją przyjąć. Znów sięgnął po alkohol. Powoli zaczynał mieć dość swojego życia, szczególnie teraz. Znów spojrzał na znak i już nawet nie nalewał whiskey do szklaneczki, tylko pił z gwinta. Westchnął głęboko i położył się na łóżku, dochodziła północ. Zamknął oczy i czuł jak świat wiruje. Po chwili rozległo się ciche pukanie do drzwi. Przeklął głośno, schował symbol jego przynależności do armii Czarnego Pana pod rękawem koszuli i wstał. Kto, do cholery, chce coś ode mnie o tej porze? - zrezygnowany otworzył drzwi i... Nie było przed nimi nikogo. Stał tak chwilę i gapił się w przestrzeń. Koniec, nie piję już więcej... - pomyślał przestraszony tym, co zrobił z nim alkohol, przecież wyraźnie słyszał pukanie.
- To ja, Hermiona, mogę wejść? - usłyszał cichy głos niewidzialnej postaci.
Dopiero teraz zrozumiał. Peleryna-niewidka... Odetchnął głęboko z ulgą i odsunął się od drzwi, żeby dziewczyna mogła przejść. Zdjęła materiał dopiero, kiedy zamknął drzwi. Spojrzał na nią uważnie przez pryzmat alkoholu. Miała na sobie bardzo krótkie spodenki od piżamy i bluzkę na ramiączkach, uśmiechnął się na ten widok. Najwidoczniej zauważyła jego wzrok, bo jakby skuliła się w sobie.
- Co tu robisz, Granger? Nie miałaś wyjść dopiero jutro? - wydusił z siebie w końcu.
- Miałam, ale... Jestem tu trochę nielegalnie – mruknęła niewyraźnie.
No tak... To po części wyjaśniało jej śmiały strój, uciekła w nocy ze skrzydła szpitalnego.
- A już myślałem, że ubrałaś się tak specjalnie dla mnie – zaśmiał się.
Dziewczyna w odpowiedzi zarumieniła się i spuściła wzrok.
- Zaraz, zaraz, skąd wiedziałaś, gdzie mnie szukać?
Wyraźnie zmieszała się po tym pytaniu. Zarumieniła się jeszcze bardziej i utkwiła wzrok w podłodze.
- Poprosiła Ginny i ona zapytała Zabiniego i...
Zaśmiał się. Wystarczy, że Blaise zobaczy ładną dziewczynę i już nie można czuć się bezpiecznym. Bardzo powoli dochodziły do niego pewne informacje i dopiero po chwili uzmysłowił sobie, że nadal nie zna powodu tej wizyty.
- Po co przyszłaś? - zapytał oschle.
- Ja chciałam... Jeszcze raz podziękować, za ratunek i za odwiedziny. I chciałam przeprosić za dzisiaj... - powiedziała na jednym wydechu.
Patrzyła na niego z lekkim niepokojem, najwidoczniej dotarło do niej, jak bardzo jest wstawiony. Nie miał ochoty na ckliwe wyznania, nie po dzisiejszym dniu. Wypił jeszcze trochę whiskey.
- Jesteś już chyba wystarczająco pijany – powiedziała, podeszła do niego pewnym krokiem, zabrała mu butelkę i postawiła w najdalszym koncie pokoju.
- Granger, to chyba nie twój interes, ile wypiłem. Nie sądzisz? - wycedził.
Westchnęła tylko zirytowana.
- Alkohol szkodzi – warknęła.
- Już nie jestem egoistycznym kretynem? - zmienił temat, podniósł brew i zrobił krok w jej stronę.
- Nie jesteś tak bardzo egoistyczny, jak myślałam – mruknęła, nie mogąc najwidoczniej przyznać mu racji.
- Za to ty jesteś strasznie przemądrzała i irytująca! Nie wiem, jak Bliznowaty i Wieprzlej z tobą wytrzymują! - krzyknął, alkohol uderzył mu do głowy i przestał nad sobą panować, miał teraz na kim wyładować całą zebraną w nim wściekłość.
Zobaczył na jej twarzy oburzenie, zaskoczył ją tym wybuchem złości. Spojrzała mu prostu w oczy.
- To trzeba mnie było zostawić w tym lesie, miałbyś spokój!
To jedyna dobra rzecz, jaką w życiu zrobiłem. Zrobiłbym to znowu, gdyby była taka potrzeba – pomyślał z wściekłością. Zrobił w jej stronę kolejne dwa kroki. Zaczął się do niej szybko zbliżać, mimo tego, że w jej oczach zobaczył coś na kształt strachu, nie cofnęła się ani o krok. Szybkim ruchem złapał ją za nadgarstki, okręcił i przycisnął twarzą do ściany. Jęknęła cicho w bólu i próbowała się wyrwać.
- Nigdy więcej tak nie mów, rozumiesz? - wysyczał jej do ucha.
- Puszczaj! - krzyknęła.
Odwrócił ją do siebie przodem i stanął kilka centymetrów od niej.
- Jesteś zwykłą idiotką, Granger! - krzyknął jej w twarz
Nagle poczuł w sobie odwagę i determinację. Widział już dokładnie czego pragnie, nie chciał więcej zwlekać. Wcześniej nie umiał tego nazwać, ale teraz wiedział, czego tak naprawdę potrzebował. Popchnął ją na ścianę i przycisnął mocno swoim ciałem. Próbowała się wyrywać.
- Puść mnie, Mal... - nie dokończyła, bo zamknął jej usta pocałunkiem.
Przycisnął swoje usta do jej ciepłych warg, a rękę zacisnął na jej odsłoniętym udzie. Znów pachniała lawendą. Czuł przyjemne kręcenie w głowie od alkoholu i ciepło jej skóry, tak bardzo jej pragnął, dotyku i ust. Drugą dłoń położył na jej talii. Przestała się szamotać, a kiedy minął pierwszy szok, poczuł, że nieśmiało oddaje pocałunek. Wplotła palce w jego włosy. Czuł jej ciepło, miękkie usta, miał wrażenie, że mógłby tak stać w nieskończoność. Wszystkie problemy były gdzieś daleko i liczyła się tylko ona.
Odsunął się lekko i obejrzał ją dokładnie. Wydała mu się taka krucha i bezbronna. Spojrzał w jej brązowe oczy, ale odwróciła wzrok.
- Powinnam iść - szepnęła i ruszyła szybko w stronę drzwi, ale złapał ją za ramię i przyciągnął do siebie.
- Muszę Ci coś powiedzieć, ja... - zaciął się – Ja nie wybaczyłbym sobie, gdybyś wtedy umarła. Chciałem cię po prostu uratować, bo już nigdy nie mógłby spojrzeć w lustro. Wolałem zginąć sam, jeżeli była jakakolwiek szansa na to, żebyś przeżyła, niż oglądać twoje rozszarpane ciało. Chciałaś znać prawdę, więc proszę! Wydajesz się taka krucha, a ja po prostu chciałem cię bronić, bo poczułem się za ciebie odpowiedzialny. To wszystko, znasz już prawdę, nie jestem jednak potworem, za jakiego mnie masz, znów mógłbym to zrobić, gdyby zaszła taka potrzeba – wybełkotał.
Ostatnimi czasy bardzo zaczął doceniać w ludziach dobro i chciał go bronić. Ile było warte jego życie? Prawie nic. Istniały osoby, które bardziej zasługiwały na to, niż on. Na przykład Granger.
- Jesteś pijany – szepnęła, ale w jej oczach zobaczył coś na kształt ufności.
- To prawda – zachichotał.
Wyrwała się i wyszła. Stał jeszcze chwilę w osłupieniu, kiedy tak naprawdę dotarło do niego co właśnie zrobił i powiedział. Zrezygnowany ruszył w kąt pokoju po alkohol, ale po drodze zobaczył srebrzysty materiał. Przeklął na głos, szybko dopił do końca whiskey znajdującą się jeszcze w butelce, złapał pelerynę-niewidkę i ruszył szybko za Granger. Prze chwilę zastanawiał się, która z dwóch klamek jest prawdziwa, ale na szczęście udało mu się za pierwszym podejściem. Zachwiał się, kiedy wybiegł ze swojego dormitorium i musiał złapać się fotela, żeby nie upaść. Wybełkotał przekleństwo i ruszył dalej. Po jakimś czasie rzuciły mu się w oczy jej gęste loki.
- Ej, Granger! - krzyknął nie zważając na to, że jest już po północy i nie powinien wyściubiać nosa poza pokój wspólny.
Dziewczyna odwróciła się natychmiast zaskoczona i przestraszona nagłym dźwiękiem. Nie wyglądała na zachwyconą jego towarzystwem.
- Zapomniałaś czegoś – podszedł do niej i podał jej materiał.
- Och, dziękuję – nawet na niego nie spojrzała.
Ruszyła szybko w stronę swojego dormitorium, ale on podążył za nią, nie wiedział nawet dlaczego. Czuł, że ktoś powinien odprowadzić go z powrotem do lochów, bo sam może mieć z tym problemy, mimo tego szedł za dziewczyną. Po alkoholu obudził się w nim bohater i uważał, że w nocy powinien odprowadzić damę w bezpieczne miejsce. Hermiona odwróciła się, żeby coś mu powiedzieć, ale w tym momencie skręcili za róg i z impetem na kogoś wpadła. Zachwiała się i Draco ruszył jej na ratunek. Kiedy zrobił mały krok, natychmiast zrezygnował z następnego, bo zakręciło u się w głowie i musiał oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść.
- Przepra... - zaczęła zaskoczona Gryfona, ale urwała zlękniona, kiedy zobaczyła, że stoi przed nią Snape.
Patrzył na nich morderczym wzrokiem, ale po chwili uśmiechnął się złośliwie.
- Czy naprawdę muszę tłumaczyć prefektom naczelnym, że nie macie prawa o tej porze włóczyć się po zamku? - warknął.
Hermiona skruszona pokręciła głową, ale Draco tylko zsunął się po ścianie, ukrył twarz w dłoniach i jęknął cicho. Czuł, że robi mu się niedobrze, chciał być już w swoim dormitorium.
- Slytherin traci 10 punktów, a Gryffindor 20, za nieuwagę panny Granger – uśmiechnął się do niej mściwie – Niestety muszę wyjechać, ale widzę was u mnie na szlabanie za trzy dni. Dokładnie o dwudziestej! Zrozumiano?
Hermiona pokiwała tylko w odpowiedzi głową, ale Draco nadal siedział i klął pod nosem, jakby nie wiedział, co się wokół niego dzieje.
- Panno Granger, proszę udać się do swojego dormitorium, natychmiast.
Kiedy kroki dziewczyny oddaliły się, Snape podszedł do Malfoya i brutalnie podniósł go za ramię. Chłopak jęknął, ale próbował współpracować.
- Jesteś zupełnie pijany – warknął.
- Zostaw mnie! - krzyknął chłopak i mocno szarpnął ramię.
- Nie krzycz, jeśli nikt cię nie usłyszy, to unikniesz odpowiedzialności.
Draco czuł, że gdyby nie pomoc nauczyciela, to nie zrobiłby już ani kroku dalej. Świat wirował, a on miał po prostu ochotę się położyć i umrzeć. Zaśmiał się, sam nawet nie wiedział dokładnie dlaczego.
- Ile wypiłeś? - zapytał Severus z rezygnacją.
- Myślisz, że liczyłem? - warknął chłopak.
Zdenerwowany Snape popchnął chłopaka na ścianę, a ten osunął się po niej bezwładnie.
- Zwariowałeś? - wybełkotał zdenerwowany.
- Uważaj na słowa, Draco! Jesteś nieodpowiedzialnym gówniarzem, jesteś już mężczyzną, nie chłopcem! - niebezpiecznie podniósł głos – Czas wydorośleć, jesteś odpowiedzialny za całą twoją rodzinę, rozumiesz?
- Tak, właśnie chodzi o to, że rozumiem! Nadal jestem, jak ty to określiłeś, chłopcem! Myślisz, że tego chciałem? Że chciałem być tym, czym się stałem? - krzyknął i odsłonił rękaw pokazując Severusowi Mroczny Znak.
Mężczyzna zrezygnował z prowadzenia dalej tej konwersacji, Malfoy zaczynał zbytnio podnosić głos, a nie chciał, żeby dowiedział się o tym wszystkim cały zamek. Znów pomógł pozbierać się z ziemi swojemu uczniowi i zaprowadził go do jego dormitorium. Draco poczuł się najszczęśliwszą osobą na świecie, kiedy w końcu leżał we własnym łóżku. Chciał wstać, żeby otworzyć jeszcze jedną butelkę Ognistej Whiskey, ale nie miał siły. Momentalnie zasnął.

      Hermiona leżała w swoim łóżku w skrzydle szpitalnym i nie mogła zasnąć. Na dworze powoli robiło się coraz jaśniej. Miała wrażenie, że nadal czuje ten pocałunek smakujący alkoholem i nie do końca wiedziała co o tym myśleć... Z jednej strony Malfoy był pijany, a w końcu to tylko chłopak, przyszła do niego skąpo ubrana, a on był zupełnie wstawiony. Nie wiedziała do czego Draco może być zdolny, ale sądząc po jego brutalności, to mogła mieć szczęście, że ograniczył się tylko do pocałunku. Spojrzała na swoje nadgarstki w świetle różdżki. W miejscach, gdzie Malfoy zacisnął na nich swoje dłonie, zaczęły pojawiać się małe siniaki. Wzdrygnęła się na tę myśl, bała się wtedy, nawet bardzo. Przerażała ją brutalność, z którą się spotkała, nie przywykła do niej. Choć czuła się z tym źle, to musiała sama przed sobą przyznać, że czuła dreszcze i przyjemne ciepło w sercu, kiedy chłopak ją pocałował. Chciała jak najszybciej pozbyć się tego uczucia. To było zupełnie coś innego, niż z Krumem. Uświadomiła sobie, że uśmiecha się sama do siebie i natychmiast zganiła się w myślach. Idiotko, on by cię nie tknął, gdyby nie był pijany... - pomyślała i zrobiło jej się trochę przykro. No tak, jestem przecież szlamą. Chciała po prostu już zasnąć i nie myśleć. Wszystko okaże się przecież rano, zobaczy jaki będzie miał do niej teraz stosunek, ale raczej nietrudno było się domyślić. Westchnęła głośno. Przestań o nim myśleć, to było dla niego nic. Ty jesteś dla niego nikim, jak każda inna naiwna idiotka – myślała. Bardzo żałowała, że mimo wszystko dla niej znaczyło to wiele, zbyt wiele. Leżała tak jeszcze dłuższy czas wpatrując się w sufit, aż w końcu przyszedł upragniony sen.

niedziela, 7 września 2014

Rozdział XI - Przebudzenie.

Znów zmieniłam szablon, ale tym razem wykonałam go sama. Nie wiem czemu notka jest tak szybko, ale jakoś dzisiejszy dzień wydawał mi się odpowiedni.
~Mary
_______________________________________________

Najlepszą metodą, by nie dać złamać sobie serca, jest udawanie, że go nie masz.

      Draco Malfoy siedział przed wejściem do sekcji szpitalnej w szwedzkiej szkole magii. Właśnie tutaj kazano mu zostać, a on nie ośmielił się nawet wstać z krzesła. Czekał... Nie miał pojęcia, co dzieje się z Hermioną, polecone mu siedzieć, teraz byli u niej Ginny, Ron i Harry, dla niego nie było tam miejsca. Cisze przerwały kroki w dalszej części korytarza, po chwili podszedł do niego Dumbledore, deportował się tutaj z przyjaciółmi Gryfonki jakiś czas temu i teraz znikał gdzieś ciągle, załatwiając jakieś ważne sprawy.
- Uratowałeś ją – powiedział siadając obok chłopaka i uśmiechając się do niego przyjaźnie.
Draco nie odpowiedział, siedział tylko i wpatrywał się tępo w ścianę przed sobą. Może i ją uratowała, ale za jaką cenę...
- Co z nią jest? - jego pytanie przeszyło powietrze
- Ma głębokie rany szarpane na boku i złamane trzy żebra, nadal jest nieprzytomna, ale dochodzi do siebie, straciła wiele krwi – odpowiedział spokojnie patrząc w przestrzeń.
- Cielsko wilkołaka upadło na nią kiedy go... - nie mógł dokończyć tego zdania, nie był w stanie.
Dumbledore pokiwał tylko głową ze zrozumieniem.
- Może cię to pocieszy lub nie, ale bestia którą uśmierciłeś, to...
- Grayback, Śmierciożerca – przerwał mu.
Nie interesowało go w tym momencie, że oficjalnie nie powinien nawet znać tego nazwiska. Jakie to miało znaczenie, skoro skończy w Azkabanie za użycie Zaklęcia Niewybaczalnego? W najlepszym razie Czarny Pan zemści się na nim za zabójstwo swojego sługi. Starzec nie wyglądał na zaskoczonego jego wiedzą. Patrzył na niego z tym samym, łagodnym wyrazem twarzy. Najwidoczniej znał więcej szczegółów, niż zdawało się Lordowi Voldemortowi. Draco wzdrygnął się na tę myśl.
- Czy zamkną mnie w Azkabanie? - zadał w końcu nurtujące go pytanie, nie lubił żyć w niepewności.
Bał się, nie mógł zaprzeczyć. To było jedyne zaklęcie, które przyszło mu do głowy, kiedy próbował ją uratować. Był za to na siebie wściekły. Ojciec w końcu uczynił z niego mordercę, dla którego jedynym rozwiązaniem jest zbrodnia. Powinien lepiej wtedy przemyśleć sytuację. Starzec zaśmiał się tylko w odpowiedzi.
- Och nie, Draco. Zjawił się też tutaj minister i po rozpatrzeniu sprawy uznaliśmy to za obronę konieczną. To mogło skończyć się dla was śmiercią. Jesteś młodą osobą, całe życie przed tobą. Musisz tylko wybierać rozsądniej – spojrzał na niego świdrującymi oczami, a Dracona przeszył dreszcz - Z resztą... Nie muszę chyba ukrywać, że twój ojciec jest naprawdę wpływowym człowiekiem, szczególnie, jeśli chodzi o Ministerstwo Magii...
Dopiero teraz dotarło do niego, że wiadomość o całym zajściu na pewno otrzymali jego rodzice. Czy ojciec będzie z niego dumny? W końcu zamordował wilkołaka... W obronie szlamy. Znów zaczął się bać, może i go nie zamkną, ale z pewnością nie uniknie gniewu Czarnego Pana.
- Czy mógłby pan... - urwał – Czy mógłby pan nie mówić Granger o tym, co zrobiłem? - zapytał w końcu.
- Och, oczywiście, też nie wydaje mi się, żeby musiała o tym wiedzieć. W niektórych przypadkach niewiedza jest duo lepsza.
Odetchnął z ulgą. Nie chciał, żeby wiedziała, że jest mordercą. Już nigdy nie chciałaby widzieć go na oczy.
- Draco, ktoś na ciebie czeka, myślę, że powinieneś z nimi porozmawiać – starzec przerwał krępująco ciszę i kiwnął głową do kogoś znajdującego się za chłopakiem.
Młody Malfoy odwrócił się natychmiast i poczuł ukłucie strachu w sercu, zobaczył, że kilka metrów od nich siedzą dwie tak bliskie mu osoby. Wzdrygnął się, na sztywnych nogach wstał i podszedł do rodziców. Matka natychmiast rzuciła mu się na szyję i pocałowała w policzek.
- Nic ci nie jest? - spytała zatroskanym tonem.
Draco pokręcił przecząco głową. Jego ojciec siedział nieruchomo i wpatrywał się w niego z tradycyjnym chłodem w oczach.
- Ojcze, czy wiesz może, skąd Grayback się tam wziął? - zapytał bardzo spokojnie Draco, uparcie unikając spojrzenia swojej starszej wersji.
- Oczywiście, że wiem, sam wysłałem tu tego idiotę, żeby cię chronił. Nie rozumiem jak to stworzenie śmiało podnieść rękę na czarodzieja czystej krwi... - jego głos był lodowaty i czaiła się w nim pogarda.
- Tak właściwie to ja... - zaczął chłopak, ale urwał. Nie mógł przyznać się, że ratował życie szlamie.
- Tak właściwie to on mnie nie zaatakował. Wyskoczył na nas, to był odruch, myślałem, że będzie chciał nas pozabijać..
Był z siebie dumny, dobrze z tego wybrnął, niech jego ojciec myśli, że zrobił z niego mordercę... Spojrzał uważnie na rodziców, jego matka nadal wydawała się przerażona tym, co się stało. Patrzyła na męża wielkimi oczami.
- Jak mogłeś posłać za nim kogoś takiego? - jej głos przypominał syczenie węża, ale wystarczyło jedno spojrzenie stojącego obok mężczyzny, aby ucichła.
Nie było wątpliwości, kto rządził w rodzinie Malfoy'ów. Draco bardzo chciał wierzyć, że jego rodzice się kochają, ale nawet jeśli tak było, to jego ojciec skrzętnie ukrywał swoje uczucia. Zawsze był zimny i niedostępny. Zarówno wobec żony, jak i syna. Ślizgon nienawidził patrzeć na starania matki, których Lucjusz nie zauważał albo bardzo często kwitował jakąś zjadliwą uwagą. Był zbyt zimny aby okazać jakąkolwiek czułość lub wdzięczność i tak samo próbował wychować swojego syna. Narcyza często płakała, ale zawsze w samotności. Ona też była dumna, nie mogła pozwolić sobie na łzy w obecności innych ludzi. Siedzieli teraz razem na krzesłach stojących przy ścianie i wpatrywali się w swojego jedynego syna, który niedawno wyszedł cało ze spotkania z wilkołakiem. Draco nie miał ochoty dłużej przebywać w ich towarzystwie, a już szczególnie Lucjusza.
- Przepraszam, muszę już iść – mruknął i ruszył w stronę Dumbledora.
Odwrócił się jeszcze i zobaczył, że ojciec ścisnął dyskretnie dłoń jego matki. Uśmiechnął się mimowolnie.

      Hermiona lekko uchyliła powieki i natychmiast poraziło ją jaskrawe światło. W obronnej reakcji znowu zamknęła oczy. Ponowiła próbę, od nachalnej bieli poczuła pieczenie, obrazy były zamazane. Zobaczyła kontury trzech pochylających się nad nią postaci.
- Hermiono, słyszysz mnie? - usłyszała zaniepokojony głos Rona.
Jęknęła cicho, próbowała się ruszyć, ale jej żebra przeszył ból. Nie miała pojęcia gdzie się znajduje, jej ostatnim wspomnieniem był błysk żółtych ślepi.
- Wybudza się – tym razem odezwał się Harry.
Powoli odzyskiwała ostrość widzenia, przy łóżku siedzieli jej dwaj najlepsi przyjaciele i zapłakana Ginny. Spróbowała się podnieść, ale znów poczuła ból, syknęła cicho.
- Nie ruszaj się – znów Ron.
- Gdzie jestem? - prawie nie rozpoznała swojego głosu, był cichy i bardzo słaby.
- W sekcji szpitalnej.
Do dziewczyny dopiero teraz dotarło, że nadal jest w Szwecji i ani Rona, ani Harrego nie powinno tu być. Jej reakcje były bardzo spowolnione.
- Co wy tutaj robicie? - wydusiła.
- Dumbledore się tutaj deportował, pozwolił nam się zabrać razem z nim. Jak się czujesz? - Ron złapał ją za rękę.
Nie odpowiedziała, nie wiedziała co. Miała wrażenie, że boli ją całe ciało, nie mogła się ruszyć, a jej mózg nie pracował tak szybko jak zawsze. Wszystkie bodźce dochodziły do niej z opóźnieniem.
- Połamane żebra i rozcięcia aż do kości nie goją się tak szybko, nawet magicznymi sposobami – Harry uśmiechnął się kojąco.
- Pamiętasz co się stało? - zapytała Ginny, po twarzach wszystkich osób siedzących przy jej łóżku było widać, że każdy tylko czekał, kto zada to kłopotliwe pytanie.
Hermiona pamiętała, wydawało jej się, że aż za dobrze. Pamiętała strach, ból i okropny smród. Żółte ślepia zaraz koło niej. Nie chciała o tym mówić, nie w tym momencie.
- Przepraszam was na chwilę – ruda dziewczyna wstała i wyszła na korytarz.
- On nas gonił, - zaczęła powoli Hermiona, starannie dobierając słowa - ja nie miałam już siły... Rzucił się na mnie, a... - urwała, bo w końcu uświadomiła sobie powód swojego zmartwienia odkąd się obudziła.
- Gdzie jest Draco? - zapytała nagle.
-
Malfoy? A co cię on w ogóle obchodzi? - prychnął Ron gniewnym głosem.
- Nie widzieliśmy go od waszego wyjazdu z Hogwartu – mruknął niewyraźnie Harry.
Gryfonkę przeszedł dreszcz strachu. Zemdlała w momencie ataku. Nie dowiedziała się jeszcze jakim cudem przeżyła, ale podejrzewała, że wilkołak mógł rzucić się na Malfoya. Nagle w jej głowie zaświtała jeszcze jedna, bardzo przerażająca myśl.
- Nic o nim nie powiedzieli? A co jeśli... Przecież ta bestia... - w jej oczach zalśniły łzy.
Bała się o tego chłopaka. Mógł uciec, ale wrócił, żeby jej pomóc i stanął między nią, a wilkołakiem. Uświadomiła sobie, że ostatni raz widziała go w momencie, kiedy kazał jej uciekać, a sam został. Skoro bestia pobiegła za nią, to znaczy, że Malfoy najprawdopodobniej nie żył.
- Dziękuję za troskę, mam się dobrze. Jak to mówią? Złego licho nie bierze?
Usłyszała znajomy, drwiący głos i natychmiast odwróciła głowę w stronę drzwi. Wysoki blondyn stał tam i opierał się biodrem o futrynę. Włosy miał w nieładzie, a na ustach szeroki, ironiczny uśmiech.
- Czego chcesz, Malfoy? - zapytał Ron oburzonym głosem.
Ślizgon zupełnie go zignorował, podszedł do nich i zajął miejsce Ginny Weasley.
- Nikt cię tu nie chce – warknął rudy chłopak.
- Zamknij się, Wieprzlej, z tobą nie rozmawiam – powiedział opanowanym, lodowatym tonem – Wystraszyłaś mnie, Granger, już myślałem, że skończysz jako karma dla psów.
- Miło to słyszeć, Malfoy, jak zwykle jesteś bardzo sympatyczny.
- Już nie
Draco? - zapytał i uniósł brwi.
- Od jak dawna podsłuchiwałeś? - mruknął Ron obrażonym tonem.
- Odkąd się obudziła, czekałem tylko na odpowiedni moment, żeby się ujawnić. Wiewiór, nie musisz czasem poszukać siostry? Boję się, że jak jeszcze trochę czasu spędzę z tobą w jednym pomieszczeniu, to przejdą na mnie twoje pchły.
Ron poczerwieniał aż po cebulki rudych włosów i wstał. Rzuciłby się na Malfoya, gdyby Hermiona tego nie przerwała.
- Jakim cudem żyjemy? - zapytała cicho, a jej przyjaciel zrezygnował z ataku na blondyna.
- Widzisz, Granger, sam chciałbym to wiedzieć. Zemdlałem, a kiedy się ocknąłem... Byliśmy już tutaj.
- Zemdlałeś ze strachu? - prychnął Ron.
- Och, Draco, nie bądź taki skromny – usłyszeli w progu znajomy głos i natychmiast spojrzeli w tamto miejsce.
Dumbledore stał w drzwiach i uśmiechał się przyjaźnie. Patrzył na nich błyszczącymi oczami znad okularów połówek.
- Dlaczego nie powiesz pannie Granger co stało się naprawdę? - Hermiona zauważyła, że Malfoy posłał mu wściekłe spojrzenie – Och tak, wykazał się odwagą, oszołomił wilkołaka i wezwał pomoc. Powinnaś mu podziękować.
Oniemiała, nie wiedziała jakim cudem wilkołak oszczędził Ślizgona, kiedy ten został z nim sam na sam, ale to teraz nie było najważniejsze.
- Jasne – prychnął Ron.
- Masz jakieś wątpliwości? - warknął Draco.
Ron znów wstał.
- Harry, muszę z tobą porozmawiać, panie Weasley proszę również ze mną – starzec uśmiechnął się do Hermiony i wyszedł.
Potter wstał natychmiast i szarpnął lekko rudego chłopaka za ramię. Kiedy w końcu zostali sami, Draco przeciągnął się i z szerokim uśmiechem spojrzał na dziewczynę.
- Dlaczego nic nie powiedziałeś? - zapytała.
- Nie chciałem niepotrzebnie się przechwalać – mruknął niewyraźnie – Jak się czujesz?
- Nie jest źle – uśmiechnęła się słabo, ale ciało ją zdradziło. Próbowała lekko podciągnąć się do góry, ale tylko jęknęła z bólu.
Malfoy zaśmiał się widząc jej reakcję na ruch.
- Właśnie widzę, Granger.
- Dziękuję – mruknęła po chwili ciszy.
- Spokojnie z tą wdzięcznością, gdybym go nie powstrzymał, rzuciłby się na mnie.
- Nie za to, znaczy... - zacięła się – Za to też, ale... Dziękuję, że po mnie wróciłeś i stanąłeś między mną a nim – wbiła wzrok w swoje dłonie.
- Czy ktoś powiedział ci, kim był ten wilkołak?
Pokręciła przecząco głową.
- Nie będę psuł ci niespodzianki, na pewno jutro o tym usłyszysz.
- To moja wina – powiedziała słabo – Wiem, jak bardzo zależało ci na wygranej, przepraszam.
Zaśmiał się i spojrzał na nią zaskoczony.
- Na twoim miejscu cieszyłbym się, że żyję, a nie martwił się konkursem, a już tym bardziej uczuciami kogoś takiego jak Draco Malfoy.
- Wyjazd dobiegł końca, czyli to już koniec sojuszu? - zapytała i ziewnęła.
- Tak, Granger, to już koniec.
Uśmiechnęła się do niego, a on to odwzajemnił.

      Odkąd wszedł do pomieszczenia wpatrywał się w nią bardzo uważnie. Krzywiła się przy każdym, najmniejszym ruchu, ale nie uskarżała się. Bardzo miał ochotę powiedzieć jej, że bał się o nią, błagał wszystkie magiczne siły, żeby to przeżyła. Jak przerażony był, kiedy widział moment, w którym atakowała ją ta bestia. Miał ochotę ją przytulić i powiedzieć, że cieszy się, że może z nią rozmawiać, bo kiedy straciła przytomność myślał, że już po niej. Nie chciał oglądać jej śmierci, nie darzył jej szczególną sympatią i była tylko szlamą, ale nie wybaczyłby sobie gdyby umarła przez niego. Wilkołak był tam tylko z jego powodu. Powiedziałby jej to wszystko, gdyby nie duma. Nie mógł pozwolić sobie na okazanie jakiegokolwiek uczucia.
Teraz dziewczyna spała. Wpatrywał się w jej wątłe ciało, które podnosiło się miarowo wskutek oddechu. Wiedział, że powinien już iść. Okrył ją dokładnie kocem i ruszył w stronę wyjścia, odwrócił się przy drzwiach, żeby spojrzeć na nią ostatni raz. W jakiś bardzo dziwny i niewytłumaczalny dla niego sposób poczuł się odpowiedzialny za tę kruchą istotę.