niedziela, 28 grudnia 2014

Rozdział XXXI - Bitwa.

Wiem, że rozdział szybko. Wybaczcie.
__________________________________________________________    


     Maszerował w zwartym tłumie zamaskowanych postaci. Zaklęcie kameleona było wyjątkowo niekomfortowe, ale to było najmniejsze z jego zmartwień. Starał się nie myśleć o tym, co stanie się niebawem. Chciał być tylko bezimiennym żołnierzem w tej armii. Bez uczuć i wspomnień. Ta noc zmieni wszystko. Każdy najdrobniejszy szczegół jego życia. Rozstrzygnie losy świata czarodziejów. Najprawdopodobniej zbliża się decydujące starcie pomiędzy dobrem, a złem. Draco był rozdarty, nie wiedział po której stronie się opowiedzieć. Kiedy myślał o tym, co stanie się z Anglią po zwycięstwie Voldemorta, to dochodził do wniosku, że z pewnością nie chce takiego życia. Wolałby umrzeć w walce, byleby świat pozostał na swoim miejscu. Byleby tylko Ona była bezpieczna. Mógłby oddać za nią życie i zrobi to, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Jest w stanie poświęcić wszystko, żeby tylko ona miała normalne życie, w bezpiecznym świecie. Według planów Czarnego Pana, Hogwart nie ma najmniejszych szans. Byli zupełnie nieprzygotowani, kiedy Śmierciożercy przejdą przez tunel w dormitorium Dracona, dla zamku nie będzie już ratunku. Nawet Dumbledore niewiele wskóra. Malfoy poczuł ucisk w sercu. Pomyślał o ludziach, którzy stracą tej nocy życie. Z pewnością będzie ich wielu. Byleby tylko nie było Jej w tej grupie... Będzie ją pilnował, osłaniał własnym ciałem. Nieprzyjemna myśl wywołała dreszcz na skórze chłopaka. A co jeśli on jednak umrze? Kto ją wtedy obroni? Nie będzie dla niej litości, jest mugolaczką i przyjaciółką Pottera. Będzie miała szczęście, jeśli zginie w walce. Gorzej jeśli zostanie w tej garstce żywych, kiedy Śmierciożercy przejmą zamek. Umrze w męczarniach, po torturach i wielokrotnych gwałtach. Poczuł uderzenie gorąca, musi przeżyć, dla Niej. Żeby o nią dbać. Pogrążony w swoich myślach nawet nie zauważył, kiedy doszli do rezydencji Notta. To właśnie tutaj znajdowała się druga wersja obrazu, który pozwalał im się dostać do Hogwartu. Wchodzili do tunelu pojedynczo. Mieli wpuszczać ich w partiach po piętnaście osób i zastać zamek podczas snu. Plan był idealny, aż zbyt, jak na gust Dracona. Ruszył niechętnie wąskim, ciemnym korytarzem. Nie mógł się już wycofać, przecież przysięgał, że zrobi wszystko, co w jego mocy. Wspomniał jeszcze raz słowa ojca, które wciąż brzmiały w jego umyśle. Naprawdę myślisz, że Czarny Pan pozwoli jej żyć, jeśli zawalisz tę misję? Nie ufa nam bezgranicznie, dlatego ją to spotkało/. Nie zawiedź mnie, Draco. Nie zawiedź jej. I wtedy przysiągł, że zrobi wszystko co w jego mocy. Ojciec zagrał na jego uczuciach do matki, ale zrobił to skutecznie. Jeżeli może ją przez to uratować, to nie ma wyboru. Będzie bronił Hermionę, ale nie skaże swojej matki na śmierć. Przez całą drogę towarzyszył mu dziwny niepokój. Czuł, że ta noc będzie tragiczna w skutkach, ale jeszcze nie wiedział, dlaczego...

      Hermionę obudziły krzyki. Usiadła zdezorientowana na łóżku. Wszystkie dziewczyny też już nie spały i teraz rozglądały się nerwowo po dormitorium. Pannie Granger towarzyszyło jakieś wyjątkowo niemiłe uczucie, napięcie i niepokój. Wiedziała już, że stało się coś okropnego.
- Co się dzieje? - zapytała Lavender cicho.
- Trzeba to sprawdzić.
Hermiona szybko zerwała się z łóżka i ubrała w ekspresowym tempie. Wzięła różdżkę i wyszła z dormitorium rozglądając się bacznie. Dobrze wiedziała, co właśnie nadeszło. Tylko dlaczego tak szybko? Dlaczego świat wali się właśnie tej nocy? Zdążyła pokonać tylko kilka stopni w dół, kiedy profesor McGonagall wpadła jak burza do pokoju wspólnego. Ubrana była byle jak, a jej włosy wychodziły pasmami spod zazwyczaj nienagannego koka. Spojrzała na Hermionę, a w jej oczach Hermiona zobaczyła coś na kształt strachu.
- Co się dzieje, pani profesor? - zapytała Gryfonka.
- Śmierciożercy są w zamku, zwołaj wszystkich z wieży, mogą skryć się lub stanąć do walki. Chociaż szczerzę wątpię, żeby jakakolwiek kryjówka była skuteczna – wymaszerowała z pokoju wspólnego szybkim krokiem.
Hermiona stała chwilę w szoku. Przecież nie był tym zaskoczona, mimo wszystko nie chciała usłyszeć tych słów nigdy. Draco... - tylko to jedno słowo przeszło jej przez myśl. Nagle jednak oprzytomniała. Zaczęła szybko biec między dormitoriami i krzykiem informować Gryfonów o zaistniałej sytuacji. Po kilku minutach w pokoju wspólnym zebrał się pokaźny tłum. Niektóre dziewczyny histeryzowały (jak Lavender), inne w bojowej postawie krążyły po pomieszczeniu (jak Ginny). Chłopcy w większości byli jak w transie.
- Co teraz? - zapytał ktoś z tłumu.
- Będziemy walczyć – krzyknął ktoś inny.
- Nie zamierzam nadstawiać karku – tego dziewczęcego głosu Hermiona nie rozpoznawała.
- To nie walcz, głupia małpo! Nikt nie będzie ratował twojej tłustej dupy, kiedy przyjdą tu Śmierciożercy – wrzasnęła Ginny.
Podniosła się wrzawa. Jedni krzyczeli na dziewczynę, która ośmieliła się wcześniej odezwać, inni uznawali, że wolą się ukryć. Hermiona powoli przestawała nad wszystkim panować.
- Dosyć! - krzyknął Harry, a hałas natychmiast ucichł. - Ci, którzy chcą zostać, muszą znaleźć sobie jakąś kryjówkę. Proponuję zostać tu na wieży, ktoś z pewnością niedługo po was przyjdzie i przetransportuje w bezpieczne miejsce. Ci, którzy chcą walczyć, za mną!
Przeszedł przez portret, a za nim, ku uldze Hermiony, prawie wszyscy Gryfoni od piątej klasy w górę. Przy wieży było spokojnie, ale słyszeli dobiegające z dołu krzyki, które mroziły krew w żyłach. Rozglądając się bacznie, zbiegali po schodach. Hermiona zastanawiała się, ilu z nich jest gotowych ponieść konsekwencje tej nocy. Im bliżej byli parteru, tym szybciej biło serce Hermiony. Wreszcie to ujrzeli. Błyski świateł, zamaskowane postacie i uczniowie leżący nieruchomo na zimne posadzce. Ktoś posłał w ich stronę oszołamiacz, który trafił w jednego z piątoklasistów. Gryfoni natychmiast rozpierzchli się całym polu bitwy. Hermiona odpierała ataki i starała się atakować każą zamaskowaną postać, która rzuciła jej się w oczy. Całą swoja uwagę skupiła na zaklęciach i dzięki temu nie patrzyła na ciała ofiar leżące na ziemi. Szybko spostrzegła ogromną przewagę Śmierciożerców. Jakie mieli szanse? O co walczył Hogwart? O wygraną czy osłabienie przeciwnika? Ilu dobrych ludzi zginie tej nocy? Ilu jej przyjaciół? Odnalazła wzrokiem Harry'ego i popędziła w jego stronę. Nagle ziemia pod ich nogami zatrzęsła się i wszystko ustało. Każdy zamarł na chwilę w bezruchu w oczekiwaniu na to, co nadchodzi. Hermiona jak w zwolnionym tempie widziała jedną ze ścian wpadającą do środka. Ludzie uciekali w popłochu przed lecącymi gruzami. Do środka wpadł też ogromny głaz, Gryfonka krzyknęła, ale była za późno. Skała przygniotła jakąś szczupłą Krukonkę o twarzy dziecka. Hermiona i kilkoro innych uczniów natychmiast rzucili się w tamtą stronę, posyłając oszałamiające zaklęcia. Dziewczyna od razu pożałowała, kiedy spojrzała na Krukonkę. Głowę miała doszczętnie roztrzaskaną, nie była nawet w stanie rozpoznać jej twarzy. Po podłodze powoli płynęła jej krew. Nikt za zgromadzonych nie miał czasu na żałowanie jej, bitwa trwała, a każdy musiał dbać teraz o własne życie. Co to było? To, co odebrało jej życie?
- Olbrzymy! - krzyknął ktoś.
Przez wyburzony fragment ściany mogli zobaczyć teraz ogromne cielska. Potwory zaprzestały obrzucania zamku głazami, mogli zabić też Śmierciożerców. Ktoś nagle pociągnął dziewczynę brutalnie, straciła równowagę i runęła na ziemię. W ostatniej chwili, koło nich mignęło śmiercionośne zaklęcie. Tak mało brakowało, a sama pożegnałaby się z życiem. Rzuciła spojrzenie na swojego wybawiciela, którym okazał się wysoki Puchon, a potem ruszyła w tłum. Nagle uświadomiła sobie, że nawet mu nie podziękowała. Odwróciła się na ułamek sekundy, ale już go nie zobaczyła. Gdzieś tu musiał być Draco, oby cały i zdrowy.
- Ruszaj na górę, do wieży! Weź moją pelerynę – usłyszała głos Harry'ego.
Pognała natychmiast w stronę schodów. Jedno piątro, drugie, trzecie... Stanęła oko w oko z zakapturzoną postacią. Wycelowali w siebie różdżkami i stali chwilę w bezruchu. Mężczyzna uniósł zamachnął się różdżką, ale nagle za jego placami rozbłysło czerwone światło i upadł na ziemię. Draco zdjął maskę i wpatrywał się w Hermionę. Naglę podbiegł do niej, złapał za ramię i bez słowa wciągnął do pustej sali. Popchnął ją na ścianę i pocałował zachłannie. Wręcz brutalnie, jak nigdy. Hermionie przez umysł przeszła niemiła myśl, że robi to tak, jakby miał to być ich ostatni raz. Trwała bitwa, a oni byli w środku tego wszystkiego. Tylko to się teraz liczyło. Panna Granger nie mogła być pewna, czy dożyje wschodu słońca, więc pogłębiła pocałunek. Jakby to miał być naprawdę ich ostatni raz, jakby słońce miało już się nie obudzić. Zatopiła się w jego zapachu i pragnęła tylko tak trwać, czując ciepło jego skóry. Nie wiedziała, ile czasu minęło, ale miała wrażenie, że stali tak w nieskończoność. Tak strasznie jej tego brakowało. Jego obecności, dotyku. Wreszcie chłopak odsunął się od niej delikatnie i spojrzał w oczy. Przytulił ją mocno z westchnieniem ulgi.
- Tak się bałem – szepnął.
Trzymał właśnie w ramionach wszystko, co posiadał. Wszystko, co miało dla niego znaczenie, o co się troszczył. Była cała i zdrowa, a on czuł z tego powodu nieopisaną ulgę. Tak bardzo się o nią martwił... To wszystko było jego winą. Trwali tak jakiś czas w zupełnej ciszy, której żadne nie chciało przerwać.
- Ucieknijmy – powiedział w końcu Draco stanowczym tonem.
Odsunęła się od niego szybko i spojrzała zaskoczona.
- Co masz na myśli? - zapytała, marszcząc czoło.
- Ucieknijmy! Daleko stąd. Jakoś się wymkniemy, a potem zaczniemy nowe życie. Razem. Poradzimy sobie, zobaczysz. Tylko mi zaufaj... – mówił z entuzjazmem, ale zamilkł, kiedy spojrzał na jej poważny wyraz twarzy.
Dokonał właśnie najważniejszego wyboru w swoim życiu. Uciec i mieć nadzieję, że uznają go za martwego, a Voldemort pomoże jego matce. Pomoże...Raczej zrobi coś, aby pokazać Lucjuszowi, że wynagradza swoich popleczników. Żeby udowodnić, że Śmierciożercy są wybraną, elitarną grupą. Że czeka ich nagroda warta swojej ceny... Umiał znajdować w ludziach słabości, a Narcyza była kartą przetargową do obydwu Malfoy'ów. Obiacjuąc im jej zdrowie, był pewien, że go nie zdradzą i zrobia wszystko, aby wykonać misję. Ale Draco nie mógł patrzeć na śmierć Hermiony, to byłoby zbyt wiele. Miał nadzieję, że oddanie jego ojca wystarczy. Że jakoś wytarguje jej życie czymkolwiek. Za jego każdym wyborem stała śmierć, ale tylko jedna z nich była pewna. Wybrał życie dziewczyny, która w innych warunkach nie miałaby żadnych szans. Nie wiedział jeszcze, czy będzie żałował, ale tylko taką miała szansę na przeżycie. Wybrał ją, dziewczynę, którą kochał.
- Draco, ja nie mogę uciec. Oni mnie potrzebują, nie mogę tak po prostu ich zostawić, zrozum.
- Tak, jasne – spuścił wzrok.
Chciała tego, ale czuła się zobowiązana, żeby pomóc przyjaciołom. Była Gryfonką, nie mogła tak po prostu uciec z pola walki. To nie było w jej stylu. Przez chwilę była rozdarta pomiędzy sercem, a rozumem, ale szybko dokonała wyboru. Nie miała wyjścia.
- Ale ty możesz przejść na naszą stronę. Będziemy walczyć razem – powiedziała, patrząc mu głęboko w oczy.
- Nie jestem zdrajcą – warknął.
- A uciec chciałeś – lekko podniosła głos.
- To co innego! - prawie krzyknął.
- Więc nie wymagaj ode mnie czegoś, czego sam nie jesteś w stanie zrobić!
- Jak ty to sobie wyobrażasz, Granger? Nie będę walczył przeciwko mojej rodzinie!
- A ja nie zdradzę przyjaciół!
Patrzyli na siebie wściekle, ich spojrzenia rzucały pioruny.
- Nie powinieneś iść pomagać rodzinie niszczyć Hogwart? - zapytała jadowitym tonem.
- Właśnie taki mam zamiar. Lepiej, Granger, żebyśmy nie spotkali się podczas bitwy, bo nie będę miał dla ciebie litości.
Prychnęła.
- Ani ja dla ciebie – krzyknęła.
- I świetnie – ryknął.
- Po prostu idealnie – odwrzasnęła.
Odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem wyszedł z sali. Trzasnął za sobą wściekle drzwiami. Hermiona została sama i wpatrywała się oniemiała w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał Draco. Miała złudną nadzieję, że chłopak jednak za chwilę wróci i przeprosi, ale czekała na próżno. Szybkim ruchem otarła łzę, która spływała po jej policzku. Czy właśnie tak wyglądał ich definitywny koniec? W takim miejscu i czasie? To mogła być ostatnia noc w ich życiu. Powinni cieszyć się sobą i ochraniać nawzajem. Wszystko prysło, kiedy tylko zaczęło się na nowo układać. Kiedy prawie uporządkowali już swoje życie i robili plany na przyszłość, przyszła bitwa, która oddzieliła ich grubym murem. Stali po dwóch jego stronach i żadne nie chciało zdradzić swoich ideałów. Pozwoliła sobie jeszcze na chwilę bycia w samotności. Miała wrażenie, że kiedy trzasnęły drzwi, jej serce rozprysło się na miliony kawałeczków, jak potłuczone szkło.
CDN!

piątek, 26 grudnia 2014

Rozdział XXX - Przygotowania.

Dziś znów krótko, wybaczcie. Ten rozdział jest takim małym wprowadzeniem do następnych dwóch, więc nic szczególnego się w nim nie dzieje.
_______________________________________________________

    Odejście z zamku Dracona Malfoya przypominało bardziej ewakuację, niż wyprowadzkę. W pośpiechu pakował wszystkie swoje rzeczy do kufra. Chciał mieć to już za sobą i nie spotkać przypadkiem Hermiony. Co miałby jej powiedzieć? Może i ucieczka była tchórzostwem, ale nie mógł zdobyć się na ponowne kłamstwo. A prawdy nie mógł jej wyjawić. No zniszczyłoby plan przygotowywany miesiącami. A może tak byłoby lepiej? Gdyby poszedł teraz do Dumbledore'a i wszystko mu wyjawił? Ale co stałoby się wtedy z jego matką? Czasem trzeba coś poświęcić, nawet jeśli chodzi o własne szczęście i miłość. Pakowanie nie trwało długo, wszystko wrzucał na szybko do środka bez żadnego składania. Nie miał teraz na to ani czasu, ani ochoty. Zabrał swój kufer i szybko opuścił swoje dormitorium. Odwrócił się jeszcze i omiótł pomieszczenie wzrokiem. Najprawdopodobniej zostanie zniszczone, tak jak reszta zamku. Przemierzał korytarze w kierunku gabinetu Snape'a i wyobrażał sobie Hogwart po zbliżającej się bitwie. Zamiast znanych mu murów widział ruiny, w których świszczy wiatr. Wszystko było widmem zbliżającej się nieuchronnie przyszłości. Ostatecznego rozwiązania i przejęcie kontroli nad światem przez Śmierciożerców. Najpierw Anglia, ale co potem? To z pewnością nie zaspokoi żądzy władzy Czarnego Pana. Zapukał w drzwi i przez chwilę prawie wydawało mu się, że stoją w ogniu. Cały zamek płonie, zamek, który był jego domem. Czy to wszystko będzie jego winą? To on był ich człowiekiem w Hogwarcie, to przez jego dormitorium tu wejdą. A co stanie się z Hermioną? Zabiją ją czy ucieknie? Czy będzie winny jej śmierci? Ona nie może zginąć, musi jej powiedzieć. Powiedzieć wszystkim. Odwrócił się na pięcie i już chciał szybko odejść w stronę dormitorium Gryfonów, ale usłyszał dźwięk otwieranych drzwi.
- Draco, w końcu jesteś – usłyszał za swoimi plecami.
Snape wezwał skrzata, który zajął się kufrem chłopaka. Sam nauczyciel miał ze sobą tylko niewielką torbę.
- Chodźmy – warknął w stronę chłopaka.
Szybko wyszli na korytarz. Draco mijał obojętne twarze innych uczniów, takich nieświadomych, tego co się zbliża. A potem spojrzał w głąb korytarza i jego serce zabiło mocniej. Szła w stronę biblioteki. Złapała jego wzrok, ale nie dała po sobie tego poznać. Zwolnił, żeby jak najbardziej oddalić się od Snape'a. Nie mógł skazać ją na śmierć. Poczekał, aż się zrównali i niezauważalnie dotknął palcami przegubu jej dłoni.
- Uciekajcie – szepnął praktycznie bezdźwięcznie.
Musiał mieć pewność, że nie usłyszy go Snape. Miał tylko nadzieję, że dziewczyna wyczytała to słowo z ruchu jego warg. Było ich ostatnią nadzieją. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby wiedzieć, że się udało. Jej twarz nie była już beztroska, tylko pełna skupienia. Ścisnął mocno jej rękę w geście pożegnania. Bitwa z pewnością przyniesie wiele śmierci, jakie mają szanse, że przeżyją oboje? Od niektórych rzeczy nie było już odwrotu. Wyminął ją szybko i ruszył za Snapem.

- Uciekajcie? - powtórzył Dumbledore zamyślonym głosem.
- Tak – powiedziała stanowczo.
- Jest pani tego pewna, panno Granger?
- Jak niczego innego.
Popędziła do dyrektora, ile sił w nogach. Sporo czasu zajęło jej dostanie się do jego gabinetu i martwiła się, że może być już za późno. Musiała opowiedzieć mu o wszystkim. O nich. Nie było to łatwe, ale wierzyła, że jest osobą, której może zaufać. Ktoś gwałtownie otworzył drzwi.
- Za późno, deportowali się jakiś czas temu – usłyszała za sobą głos profesor McGonagall.
Musiał wiedzieć... Tylko zostawił to dla siebie, przemilczał. A przecież mówił, że o wszystkim poinformuje Dumbledore'a. Kłamał. Znowu. Jak można tak żyć? Ufała mu, a on znów zawiódł i to jeszcze w takiej sprawie...
- Panno Granger, skąd miała panna te informację? - zapytała opiekunka jej domu.
Dziewczyna jęknęła, znów ta sama historia, o której pragnęła teraz nie myśleć.
- Panna Granger spotykała się potajemnie z panem Malfoy'em – wyręczył ją dyrektor.
Hermiona osunęła się trochę na krześle i ukryła twarz w dłoniach. Czy to naprawdę był odpowiedni moment, aby wywlekać jej prywatne strawy? Kiedy Dumbledore opowiadał wszystko w wielkim skrócie, dziewczyna miała ochotę zapaść się pod ziemię. Niestety sytuacja zdecydowanie tego wymagała.
- Jesteś pewna, że nie powiedział ci nic o planach Śmierciożerców? - zapytała kobieta.
Hermiona zaczęła nerwowo potrząsać głową. Niech to przesłuchanie już się skończy... Nie zrobiła przecież nic złego. Ależ tak... Zrobiłaś... - szepnęło coś w jej umyśle. Przecież widziałaś ich tutaj, w Hogwarcie. Ale siedziałaś cicho, taka naiwna... On okazał się sprytniejszy. To twoja wina, wszystko... Ludzie, którzy zginą...
-
To moja wina – powiedziała wreszcie bardzo cicho, ledwo słyszalnie.
- Jak to? - dyrektor spojrzał na nią znad okularów.
- Oni tu byli. Śmierciożercy. W Hogwarcie. Zaatakowali mnie, ale obiecałam Draconowi, że nic nie powiem. Mówił, że zabiją go, jeśli ktoś się dowie – patrzyła w swoje dłonie, a poczucie winy paliło jej policzki. - Nie wiedziałam, że to się tak skończy, przysięgam – z jej oczu popłynęły pojedyncze łzy.
McGonagall położyła jej dłoń na ramieniu. Chociaż zdecydowanie był to gest dodający otuchy, Hermiona nadal bała się unieść wzrok.
- Z miłości robimy różne rzeczy, nierzadko bardzo głupie – powiedziała i dziewczyna poczuła falę wdzięczności.
Nie spodziewała się takich słów po surowej opiekunce Gryffindoru.
- Co teraz? - zapytała nieśmiało.
- Ty udasz się do swojego dormitorium, a my podejmiemy stosowne kroki – odpowiedział Dumbledore spokojnym głosem.

- Jednak przyszedłeś – szepnęła kobieta słabym głosem.
- Tak, jestem.
Mężczyzna stał tuż przy drzwiach, jakby się czegoś bał. Jakby chciał znaleźć się jak najdalej od kobiety. Uśmiechnęła się tylko delikatnie, czego jej towarzysz nie mógł dostrzec w półmroku.
- Nie spodziewałam się tego, nie odwiedzasz mnie zbyt często.
Nie widziała go już od tak dawna. Tylko jego sługusów i skrzaty. Z pewnością wiedział o jej cierpieniu i tęsknocie, ale ignorował je uparcie. Jak mogłoby być inaczej? Przecież nie była dla niego nikim ważnym. Spodobał jej się, gdy tylko go zobaczyła. Co z tego że był tylko dzieckiem? Wpatrywała się w niego uparcie przez cztery lata. Nie gap się na niego, głuptasie. Rodzice wybiorą dla ciebie kogoś lepszego – powtarzała jej siostra. Kiedy zaczynała piąty rok nauki on w końcu do niej podszedł i zaprosił na spacer. Jaka była wtedy szczęśliwa, to była wprost idealna partia dla niej. Był uroczy, miły i czarujący. Oboje bogaci, młodzi i zepsuci do szpiku kości. Później skończyli szkołę i kilka lat później ich rodzice wyrazili zgodę na ślub. Wydawało im się, że mają u stóp cały świat. Niszczyli ludzi, którzy stawali im na drodze, a potem zaczęli wyniszczać siebie nawzajem. Mężczyzna jej życia pokazał swoje prawdziwe oblicze, przed którym ostrzegała ją siostra. Stał się zimny i niedostępny, więc i ona starała się taka być. A potem urodziła mu syna i w końcu czuła, że byłaby w stanie oddać za kogoś życie. Nie chciała dla niego takiego losu, jaki spotkał ją. Nie mogła jednak ochronić go przed ojcem. Jej mąż stał się podły i bez serca, chociaż czasami chciała mieć nadzieję, że po prostu skrywa sumienie gdzieś głęboko w sobie.
- Ile to już lat, Narcyzo? - zapytał spokojnie.
- Prawie trzydzieści – odpowiedziała bez namysłu i usłyszała jego westchnienie.
Chciała już znowu zostać sama. Jego obecność nie przynosiła jej już ukojenia, potrafił tylko ranić. Taki był i tak samo wychowywał swojego syna. Zakaszlała kilka razy próbując złapać powietrze.
- To bardzo paskudna klątwa – powiedział chłodnym tonem.
- Zdążyłam zauważyć. Czy Draco dzisiaj wraca? - zapytała słabo.
- Tak – powiedział lakonicznie, jakby nadal unikał z nią kontaktu.
- Spróbuj być dla niego wyrozumiały.
Narcyza nie była pewna, co stało się pomiędzy jej mężem a synem, ale odkąd Draco dowiedział się o jej stanie... Lucjusz unikał nawet wymawiania jego imienia. Nie chciała nawet myśleć, co będzie, gdyby jej syn zawiódł podczas bitwy. Miała nadzieję, że Lucjusz nie byłby w stanie zamordować własnego syna, ale już dawno przekonała się, że po tym człowieku można spodziewać się wszystkiego.
- Przykro mi, ale muszę już iść. Czekają na mnie – pod warstwą uprzejmości krył się lód.
Narcyza kiwnęła tylko głową, chociaż nie była pewna, czy mężczyzna zwrócił na to jakąkolwiek uwagę. Ku jej zaskoczeniu podszedł do jej łóżka i na małej szafce położył bukiet kwiatów.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Narcyzo – szepnął.
Jednak nie zapomniał, ale co to zmieniało? Przyszedł, bo tak wypadało, bo ona umiera. Tylko co w ty momencie dadzą jej kwiaty? Nawet na nie nie spojrzała, ale miała niemiłe wrażenie, że są to chryzantemy. Kto będzie odwiedzał jej grób? Draco, tak, tego była pewna. Jej mąż z pewnością nawet na niego nie spojrzy.
- Idź już – warknęła z trudem i odwróciła twarz w stronę ściany.
Wzdrygnęła się, gdy usłyszała trzaśnięcie drzwi, a po jej policzkach popłynęły łzy.
Wyszedł z jej pokoju wściekły. Na siebie, na nią, na cały świat. Wszyscy oceniali jego postępowanie, ale mogli się tylko domyślać, co czuje. Byli ze sobą prawie trzydzieści lat, a teraz patrzył jak z dnia na dzień ucieka z niej życie. Chociażby chciał, nie umiał okazać odpowiednich uczuć. Mógł tylko robić co w jego mocy. Ta bitwa była jej jedyną nadzieją. Czarny Pan był okrutny, ale potrafił nagradzać. Może cofnąć klątwę, którą rzucił, jeśli tylko wypełnią jego polecenia. Draco nie może się teraz poddać, to od niego zależy wszystko. Musi skupić się na misji, bitwie, która przesądzi o wszystkim. Idiotyczne kwiaty, mógł dać jej coś innego. Coś, co dałoby jej wsparcie, otuchę. Na przykład swoją obecność. Ale nie umiał. Nie mógł na nią patrzeć. Po wszystkich wspólnych latach, kobieta jego życia nie przypominała już samej siebie. Bledsza niż zwykle, słaba, wychudzona. Ukrył twarz w dłoniach. Jeszcze przez chwilę chciał wrócić do jej pokoju. Po prostu usiąść przy niej i trzymać ją za rękę. Ale to wiązałoby się z okazaniem uczuć, których próbował się pozbyć. Jeszcze przez chwilę zastanawiał się nad tym, ale potem usłyszał kroki na korytarzu.

      I pomyśleć tylko, że to miejsce było kiedyś jego domem. Zawsze brakowało w nim ciepła, ale dawał przynajmniej poczucie bezpieczeństwa. Teraz był zupełnie obcy, zimny i ponury. Wielki budynek nie przynosił już wspomnień z dzieciństwa, tylko strach. Od powrotu nie miał informacji od rodziców. Na myśl o śmierci matki, jego ciało przebiegły dreszcze. Co, jeśli po prostu mu o niej nie powiedzieli? Jeżeli umarła sama, a ojca nawet wtedy przy niej nie było? Dogonił Snape'a i przeszedł wraz z nim przez potężną bramę. Ponura posiadłość wyłaniała się spośród wysokich i starych drzew. Wszedł w końcu do domu. Korytarz oświetlało tylko kilka pochodni, które dawały nieprzyjemne, zimne światło. Chciał natychmiast pójść do matki, ale przed jej pokojem ujrzał sylwetkę ojca. Chciał skręcić do salonu, ale usłyszał głos.
- Czekaj – powiedział ojciec i podszedł do niego.
Jak zwykle był dumny, a głos miał zimny. Nienawidził go od czasu, gdy ukrywał przed nim stan matki. Nie liczyło się dla niego nic, oprócz własnych korzyści. Zapewne byłby gotów ich wszystkich zabić, żeby osiągnąć swój cel. Draco zachował jednak resztki szacunku, ukłonił mu się ledwo zauważalnie.
- Wyruszamy o czwartej nad ranem – warknął mężczyzna.
- Ale... To miało być kilka dni...
- Plany uległy zmianie, nie mamy kilku dni, tylko kilka godzin. Do matki pójdziesz później, teraz czas na omówienie planów.
To koniec, nie zdążą. Nie przygotują obrony zamku w kilka godzin. Jeżeli w ogóle Hermiona poinformowała kogokolwiek, jeżeli zrozumiała. Usiadł przy stole wraz z innymi Śmierciożercami, ale zupełnie nie słuchał o czym mówią. Myślami był gdzieś daleko. Przy Hermionie i wielkiej bitwie, która rozpocznie się już za kilka godzin...
Wszedł do jej pokoju bardzo cicho, na wypadek, gdyby spała.
- To ty, Draco? - usłyszał jej głos i szybko podszedł w jej stronę.
Złapał ją mono za dłoń. Wydała mu się dziwnie chuda i zupełnie bez siły. Pytał o jej stan zdrowia, samopoczucie. Złożył życzenia urodzinowe i przeprosił, że nie ma dla niej żadnego podarunku. Wreszcie ich czas minął.
- Zaraz wyruszamy, życz mi powodzenia – szepnął i wstał.
- Draco... - powiedziała jeszcze słabym głosem i złapała go za rękę.
Zatrzymał się natychmiast i spojrzał na nią łagodnie.
- Tylko błagam, uważaj na siebie. I wróć, proszę, wróć do mnie.
Nie mógł patrzeć na jej cierpienie. Czuł, jakby jego zimne serce ktoś rozkrajał na pół tępym nożem. Oczy zapiekły go od powstrzymywania łez, z którymi walczył od jakiegoś czasu. Był Malfoy'em i mimo nienawiści do tego nazwiska, nie mógł okazywać słabości.
- Wrócę, przysięgam – powiedział łagodnie i pocałował ją w czoło na pożegnanie.
Puścił jej dłoń i odszedł ze ściśniętym sercem.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Miniaturka - Przedświąteczna gorączka.

Wiem, zawiodłam, przepraszam. Miał być rozdział, a nie było. Nie ma chyba sensu rozpisywać się tutaj nad powodami, bo są dość błahe. Obiecuję poprawę, to tyle. Dzisiaj mam dla Was świąteczną miniaturkę, dość lekką i wesołą. Zapraszam!
<MUZYKA>
________________________________________________________________________

      Hermiona Granger była realistką. Twardo stąpała po ziemi i była pewna tylko dwóch rzeczy. Śmierci i swojej miłości do Dracona Malfoy'a. Wojna skończyła się niedawno i przeżyła ją tylko dzięki niemu. Ocalił ją, a potem pokazał, czym jest życie przepełnione szczęściem, radością, łzami, zazdrością, tęsknotą i uniesieniami. Pokazał jej, czym jest życie przepełnione miłością.
- Pośpiesz się, bo nie zdążymy! - usłyszała jego zniecierpliwiony krzyk dochodzący z pokoju wspólnego! Spojrzała na zegarek, faktycznie nie mieli zbyt dużo czasu. Ich pociąg odjeżdżał za godzinę a przecież nie mogli się spóźnić na tak ważne wydarzenie. Dzisiaj o 18 mieli spotkać się z jej rodzicami w ich domu, mieli spędzić tam ferie zimowe. Omiotła wzrokiem spojrzenie aby upewnić się, że niczego nie zapomniała. Gdy upewniła się, że wszystko leży bezpiecznie w jej kufrze szybkim krokiem zeszła na dół.
- No w końcu – Draco przewrócił teatralnie oczami.
Stał niedbale oparty o regał i uważnie przyglądał się dziewczynie.
- Gotowy? - zapytała Hermiona z uśmiechem.
- Powiedzmy – mruknął przez zaciśnięte zęby.
Był poddenerwowany całą tą sytuacją. Nie dość, że miał poznać rodziców Hermiony, to jeszcze musiał spędzić w ich domu święta. Hermiona wcale nie pomagała, nie zaznajomiła go jeszcze z żadnym mugolskim sprzętem, twierdząc, że będzie to dobra zabawa jak będzie uczył się wszystkiego na bieżąco. Po prostu idealnie... Już nie mógł doczekać się gotowania własnymi rękami czy podróżowania z tymi wszystkimi śmiesznymi mugolami jednym pojazdem.
Wreszcie wyszli z zamku i wsiedli do powozów które miały odwieść ich na peron.
Przez całą drogę nie odezwał się ani jednym słowem. Był zbyt zestresowany i zajęty snuciem ponurych wizji zbliżającego się tygodnia. W pociągu obserwował dziewczynę, która z zapartym tchem czytała jakąś książkę. Nawet, kiedy rozmawiali Draco zgrabnie unikał tematu mugolskiego domu. Podróż przeminęła w dobrze znanym im tempie. Draco miał wrażenie, że właśnie wraca do domu na ferie zimowe, ale zamiast dobrze znanej mu rodziny, powitali go państwo Grangerowie.
Hermiona była zaskakująco podobna do swojej matki. Pani Granger również miała burzę loków i to samo mądre spojrzenie. Widać, że to po niej Hermiona odziedziczyła większość cech. Po ojcu miała szeroki uśmiech. Pan Granger wyglądał na miła osobę, jednak Draco stwierdził, że wolałby nie mieć z nim do czynienia. Był bardzo wysokim i dobrze zbudowanym mężczyzną. Przywitali chłopaka serdecznym uśmiechem i uściskiem dłoni. Może nie będzie aż tak źle? - pomyślał Draco
- Dzień dobry, nazywam się Draco Malfoy – Ślizgon lekko ukłonił się.
- Wiemy, wiemy. W każdym liście Hermiony, przynajmniej trzy razy widnieje twoje imię. Miło nam cię w końcu poznać.
Chłopak spojrzał dyskretnie na Hermionę i zobaczył, że nieznacznie się zaczerwieniła. Uspokajająco uścisnął jej dłoń.
- Dobra dziewczyny, nie będziemy tutaj marznąć. Idziemy do samochodu. Draco nie spodziewał się, że kiedykolwiek przyjdzie mu na myśl łacińskie powiedzenie „vanitas vanitatum, et omnia vanitas”,aż do tej chwili. Samochód państwa Granger w niczym nie przypominał limuzyny, którą dostawał od ministerstwa, aby dojechać na King's Cross. Lata swojej świetności miał już dawno za sobą, a w dodatku był w nieciekawym, pomarańczowym kolorze. Zapakowali kufry do bagażnika i zaczęli wsiadać do samochodu.
- Ty nie wsiadaj. Biegniesz z tyłu, nie wpuszczam obcych do auta – usłyszał za swoimi plecami głos ojca Hermiony.
Spojrzał na niego zaskoczony i lekko przerażony. W końcu wszystkiego można się spodziewać po mugolach...
- On tylko żartuje – Hermiona zaśmiała się i pociągnęła chłopaka do samochodu. - Ojciec ma specyficzne poczucie humoru – wyjaśniła półgłosem.
Dobrze wiedzieć... Będzie musiał zapamiętać to na przyszłość. Obrazy za oknem mijały szybko i chłopak miał nadzieję, że droga minie szybko. Czuł się zestresowany całą tą cholerną sytuacją. W samochodzie panowała pełna napięcia cisza. Poczuł, jak Hermiona ściska jego dłoń. Kiedy na nią spojrzał, uśmiechnęła się kojąco. Może ten tydzień nie będzie taki zły... Spędzą go przecież razem, nawet jeśli będzie musiał uczyć się tych wszystkich mugolskich urządzeń. Zatrzymali się przed małym, zadbanym domkiem. Ściany miał pomalowane jasną farbą, a dach złożony z czerwonych dachówek. Odebrał swój kufer i ruszył wąską ścieżką w stronę drzwi. Mały ogródek był ośnieżony. Chłopak starał się nie nadepnąć poza wyłożoną kamieniami przestrzeń. Nieruszana biała powłoka wydawała mu się zbyt idealna. Hermiona otworzyła drzwi i weszli do wąskiego i krótkiego przedpokoju. Dokładnie naprzeciw nich znajdowały się schody na piętro. Po lewej stronie było wejście do małego salonu. Hermiona była wyraźnie zadowolona z powrotu. Z westchnieniem radości odłożyła swój kufer. Draco nie był tak przekonany do całej tej sytuacji, ale przytulne wnętrze domu trochę go uspokoiło. Hermiona nacisnęła dziwny, biały przedmiot na ścianie i w przedpokoju zrobiło się jasno. Chłopak spojrzał na nią z mieszaniną niepewności i zaskoczenia.
- Co ty właśnie zrobiłaś? - szepnął.
- Włączyłam światło – odpowiedziała takim tonem, jakby była to najbardziej naturalna rzecz na świecie. - To takie Lumos, tylko dla mugoli. Chodzi o elektryczność, wytłumaczę ci później.
Westchnął. To będzie ciężki tydzień... Spojrzał na rodziców Hermiony, którzy przyglądali mu się rozbawieni. Faktycznie, zabawne... - pomyślał z irytacją. Ojciec dziewczyny podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu.
- Chodźmy do salonu, porozmawiamy – uśmiechnął się przyjaźnie.
W pokoju było jeszcze gorzej. Rozglądał się po nim zdezorientowany. Tyle było w nim sprzętów, których ani troszkę nie ogarniał. Na szafce naprzeciw niego stało jakieś spore pudło z kilkoma przyciskami. Na suficie wisiała lampa, która w niczym nie przypominała tych z jego domu. Hermiona uśmiechnęła się do niego kojąco.
- Potem pokażę ci wszystkie mugolskie wynalazki. A jutro będziemy piec indyka, cieszysz się?
Wprost kipiał z radości... Usiadł przy stole.
- Zrobię kanapki, z pewnością jesteście głodni – powiedziała pani Granger i poszła do kuchni.
- Czym zajmują się twoi rodzice, Draco? - zapytał ojciec Hermiony.
O tak... Ten temat młody pan Malfoy uwielbiał. Po wojnie zostali ułaskawieni, ponieważ zaczęli szpiegować dla Zakonu. Ojciec nie chciał, ale nie miał wyboru. Robił to dla dobra rodziny. Potem znów odzyskał posadę w ministerstwie, choć już nie tak wysoką.
- Matka nie pracuje, za to ojciec zajmuje wysokie stanowisko w rządzie. A państwo są dontestami, czyli...
Hermiona powiedziała mu o tym w pociągu, ale niestety nie zdążyła wytłumaczyć, czym dokładnie zajmują się ci donteści.
- Dentystami – poprawił go pan Granger.
Cholera, wiedziałem, że z tym słowem jest coś nie tak – pomyślał chłopak.
- Leczymy ludziom zęby. Wyrywamy, wstawiamy nowe...
- Brzmi... Dziwnie. Nie można załatwić tego jakimś szybkim...
Już chciał powiedzieć zaklęciem, ale przypomniał sobie, że rozmawia z mugolami.
- No nic, nieważne... - mruknął.
Pani Granger wróciła z kanapkami i postawiła je na stole. Dalej rozmowa toczyła się całkiem zwyczajnie. Rodzice Hermiony wypytywali chłopaka o jego zainteresowania, naukę i inne mało istotne fakty z jego życia. Wreszcie, po godzinie, Draco, wraz z Hermioną udali się do jej pokoju. Był mały, a ściany miał pomalowane na różowo. Po prawej stronie, przy ścianie stało średniej wielkości biurko, na którym leżało pełno mugolskich książek i pergaminów. Po drugiej stronie pokoju stała komoda w całości wypełniona książkami, miała też zamykany barek, który, jak podejrzewał Draco, w całości zajmowały książki. A szkoda... Żałował teraz, że nie wziął ze sobą ani kropli Ognistej Whiskey. Dokładnie tak wyobrażał sobie jej pokój. Wszystko miało w nim swoje miejsce, a każdą wolną przestrzeń wypełniały książki. Usiadł na jednoosobowym łóżku naprzeciwko drzwi. Z okna można było zobaczyć ośnieżony park.
- Chodź tu – szepnął i pociągnął ją na swoje kolana.
- I jak ci się tutaj podoba? - zapytała ze śmiechem.
- Łatwo nie będzie, ale jakoś dam radę się tutaj zaaklimatyzować – położył jej rękę na talii.
Zaczął przesuwać dłoń w górę powolnym ruchem. Zamruczał do jej ucha jak kot.
- Daj spokój – zaśmiała się i delikatnie, ale stanowczo odepchnęła jego rękę.
W odpowiedzi przewrócił tylko oczami.
- Zaraz wracam – szepnęła i pocałowała go w czoło.
Kiedy został sam, zaczął dokładnie przyglądać się jej pokojowi. Na komodzie stało kilka ramek ze zdjęciami. Pogapił się na nie chwilę, ale one nadal nie wykonywały żadnego ruchu. Dźgnął jedno z nich palcem i czekał na odzew. Nadal nic. Wziął ramkę w dłoń i obrócił ją o dziewięćdziesiąt stopni i potrząsnął. Odłożył na swoje miejsce i dźgnął kolejną fotografię.
- Eeee... Co ty robisz? - usłyszał za swoimi plecami głos Hermiony.
- Zepsute – stwierdził tonem znawcy.
- Słucham? - zapytała z trudem hamując śmiech.
- Nie ruszają się – dźgnął palcem dziewięcioletnią Hermionę. - Są zepsute, uwierz mi, znam się na tym – pokiwał głową ze zrozumieniem.
Teraz dziewczyna przestała się już powstrzymywać i zaczęła śmiać mu się prosto w twarz. Draco patrzył oniemiały, jak dziewczyna zwija się ze śmiechu.
- Naprawię ci to, jeżeli chcesz – powiedział zupełnie niewzruszony jej reakcją i wyciągnął różdżkę.
- Nie, lepiej tego nie dotykaj – powiedziała nadal rozbawiona. - To mugolskie fotografie, one się nie ruszają.
- Wcale?
- Pokażę ci.
Wyjęła z szafki aparat fotograficzny, nawet trochę podobny do tych, które znał. Wyjęła jeszcze czapkę mikołaja i włożyła sobie na głowę. Usiadła chłopakowi na kolanach, objęła go ramieniem i wycelowała w nich aparatem.
- Uśmiech!
Usłyszał ciche cyknięcie.
- Jeszcze jedno, dla pewności. Jutro podejdziemy i je wywołamy. A teraz chodźmy spać, kochanie, bo jestem już bardzo zmęczona – ziewnęła.
Wyjęli z kufrów swoje rzeczy, umyli się i położyli do łóżka. Nie było im najwygodniej i Draco czuł, że jeden, mały ruch w stronę krawędzi i spadnie z łóżka.
- Śpisz? - zapytała szeptem. - Moi rodzice jadą jutro na zakupy, a my będziemy piekli indyka.
- Nigdy w życiu nie widziałem, jak przyrządza się jakie większe dania. Ogólnie nie umiem zrobić nic do jedzenia. Zawsze wszystko robiły za mnie skrzaty – odpowiedział z nieukrywanym przerażeniem. Hermiona spodziewała się, że tak może być.
- To nic, wszystko Ci wytłumaczę, nie masz się o co martwić. - Ścisnęła jego dłoń i pocałowała go zalotnie w szyję. Wiedziała jak go uspokoić. - Chodźmy już spać, jutro czeka nas pracowity dzień. - Dziewczyna położyła Blondynowi głowę na tors, zarzuciła nogę na jego biodro i tak zasnęli.

      Obudzili się o wschodzie słońca, żadne z nich nie lubiło zalegać bezczynnie w łóżku. Wykonali poranną toaletę i zeszli na śniadanie. Państwo Granger jeszcze spali, więc zdani byli sami na siebie. Postanowili zrobić kawę i tosty. Nie było to nic z czym nastolatek by sobie nie poradził, a wprowadzało go to w tajniki życia mugoli. Hermiona nie ostrzegła wpatrującego się w toster chłopaka, czekała na moment kulminacyjny. Nie zawiodła się. Draco nie spodziewał się, że tosty zostaną tak gwałtownie wyplute, krzyknął, odskakując nerwowo i odruchowo sięgnął za pazuchę po różdżkę.
- Będziesz atakował chleb? - zapytała dziewczyna, dławiąc się ze śmiechu.
Draco popatrzył na nią z wyrzutem, dla niego cała ta sytuacja bynajmniej nie była zabawna. Czuł się upokorzony. Walczył na śmierć i życie z najsilniejszymi czarodziejami tego świata, a przestraszył się blaszanej skrzynki.
- Jeżeli masz dla mnie więcej takich niespodzianek, to będziesz musiała złożyć wieczystą przysięgę, że zachowasz to wszystko w sekrecie. Jak to wyjdzie na światło dzienne...
W tym czasie do kuchni weszli państwo Granger.
- Kto tak krzyczał? - zapytała mama Hermiony, przeciągając się leniwie.
- To ona! - powiedział Draco, wskazując palcem na Hermionę i rzucając jej mordercze spojrzenie
- Tak, tak. To ja, tak dawno nie było mnie w domu, że zapomniałam jak przerażające może być robienie tostów – spojrzała na chłopaka złośliwie. - O której wyjeżdżacie?
- Właśnie się zbieramy – powiedział ojciec Hermiony biorąc nienadjedzonego tosta, który leżał na talerzu Dracona. - Skoro nie musimy martwić się śniadaniem, to możemy wyruszyć nawet za pięć
minut – spojrzał z łobuzerskim uśmiechem na blondyna.
Niech się pan nie krępuje. Najadłem się strachu – dodał w myślach.
Wreszcie zostali sami i Hermiona zaczęła wyciągać składniki do pieczeni. Draco poczuł się przytłoczony ich ilością. Ze zdenerwowaniem raz po raz czytał przepis.
- Nie denerwuj się, to trochę, jak lekcja eliksirów. Dodajesz składniki, łączysz je i wychodzą pyszności.
Z obrzydzeniem przyglądał się, jak Hermiona patroszy indyka.
- Daj, ja to zrobię – powiedział z irytacją.
Akurat z tym sobie radził. Co mogło być trudnego w wyjęciu wnętrzności z martwego ptaka? Nawet on sobie z tym poradzi. Potem przyszła pora na inne składniki. Przyglądał się z ciekawością, jak Hermiona przygotowuje farsz. Draco nie był dobrym pomocnikiem, bardziej zalegał i przeszkadzał, niż robił cokolwiek. No cóż, przynajmniej się starał... Kiedy w końcu skończyli przygotowywać potrawę, usłyszeli dziwny dla Dracona dźwięk w salonie. Chłopak spojrzał na Hermionę zdezorientowany.
- To telefon – wyjaśniła, ale nic mu to nie podpowiedziało.
- Co...
- Nagrzej piekarnik. Wciśnij pokrętło i przekręć. Powinien zapalić się ogień. Zaraz wracam – powiedziała i zostawiła go samego z tą zagwozdką.
Patrzył przez chwilę na piekarnik. Wcisnąć i przekręcić, wcisnąć i przekręcić – powtarzał w myślach. Podszedł do tego dziwnego urządzenia i starał się postępować według tej prostej instrukcji. Wcisnął pokrętło, puścił i przekręcił. Wstrzymał oddech i... Nic się nie wydarzyło. Cholera – pomyślał zaskoczony. Nie może dać jej tej satysfakcji. Rozejrzał się po kuchni i jego wzrok padł na zapałki. Och, akurat tym umiał się posługiwać. Otworzył piekarnik i poczuł dziwny zapach. Nie przejął się tym zbytnio. Kucnął i wychylił się do piekarnika. Szybkim ruchem odpalił zapałkę i... BUM! 


     
Usłyszał huk i poczuł an twarzy nieopisane gorąco. Oszołomiony tym wszystkim, niewyraźnie słyszał krzyk Hermiony. Odwrócił się i spojrzał na nią z niewinną miną.
- Ups – powiedział.
- TY IDIOTO! MOGŁEŚ WYSADZIĆ W POWIETRZE CAŁY DOM! - wrzeszczała.
- Wcisnąłem, przekręciłam i nic! To użyłem zapałek. Trzeba było mówić, że te są wybuchowe!
Hermiona nadal była wściekła, ale z trudem powstrzymywała śmiech. Nic nie mówiąc podała chłopakowi lusterko. Twarz miał całą osmaloną, a brwi doszczętnie spalone.
- NO PO PROSTU, KURWA, NO NIE! - takiego grymasu nienawiści Hermiona nie widziała u niego jeszcze nigdy. Draco zaczął wymachiwać rękoma, wykrzykując w amoku przypadkowe słowa. Lusterko skończyło na podłodze, rozwalone w drobny mak.
- MAM DOŚĆ TEGO MUGOLSKIEGO ŚWIATA! JA SIĘ TUTAJ NIE NADAJĘ. WRACAM DO DOMU! - wykrzyczał Ślizgon i ruszył w stronę pokoju Hermiony. Dziewczyna nie bardzo wiedziała co ma zrobić, nie spodziewała się takiego wybuchu złości. Nie przypuszczała, że Draconowi tak bardzo ciąży pobyt tutaj. Stała jeszcze zszokowana przez chwilę w środku kuchni a potem zdecydowała się, że da mu jeszcze chwilę czasu. Zabrała się za za sprzątanie rozbitego lusterka. Z góry dało się słyszeć jeszcze pojedyncze przekleństwa skierowane do całego mugolskiego świata, jednak po chwili ucichły, tak jak wszystkie odgłosy dochodzące z piętra. Hermiona stwierdziła, że wystarczy mu tej samotności i ruszyła na górę aby z nim porozmawiać na spokojnie. Weszła do pokoju i zobaczyła, że jej chłopak siedzi na łóżku obok spakowanego kufra. Podeszła do niego, usiadła mu na kolanach, pocałowała go zalotnie w szyję i zapytała:
- Na prawdę chcesz już uciekać? - uśmiechnęła się najładniej jak umiała.
- Jeżeli naprawisz mi jakoś brwi to się zastanowię nad pozostaniem w tym świecie porażek i niepowodzeń – burknął.
Z dołu dobiegły do nich głosy rodziców Hermiony.
- To jak będzie, kocie? Zostajesz? - zamruczała.
- CO TU SIĘ STAŁO? - usłyszeli krzyk pani Granger.
- Ups... chyba weszli do kuchni – powiedział Draco.

      Indyk piekł się już bezpiecznie w piekarniku, z dala od Dracona, a wszyscy szykowali się do wigilii. Draco czuł się trochę zawstydzony obecnością w tym domu, miał nadzieje, że nie wygłupi się już bardziej. Hermiona założyła czerwoną sukienkę i rozpuściła loki. W jego oczach wyglądała po prostu pięknie i nie wyobrażał sobie, że mogłaby być kimś innym. Żadna dziewczyna nie wydawała się teraz nawet w połowie tak mądra i piękna jak ona. Po złożeniu życzeń (najbardziej kłopotliwej dla Dracona części tego wieczoru) zasiedli do wigilijnej kolacji. Przezornie nawet nie tknął indyka, ale bardzo posmakowała mu reszta mugolskich dań. Kiedy byli już najedzeni, cała czwórka rozłożyła się na dywanie przy kominku, a pani Granger wyciągnęła z szafki rodzinny album i wino. Draco z rozbawieniem przyglądał się zdjęciom Hermiony z czasów kiedy miała kilka latek. Zdjęcia te bardzo różniły się od tych z jego albumu rodzinnego. Było w nich więcej ciepła i radości. Matka z lubością opowiadała różne anegdotki z dzieciństwa swojej córki. Hermiona, cała czerwona, ukryła twarz w dłoniach i w najbardziej upokarzających momentach szeptała tylko zrezygnowane Mamo... Błagam... Dla Dracona było to słodkie, nie przypominał sobie, żeby jego rodzice opowiadali jakiekolwiek śmieszne historie z jego dzieciństwa, jakby był to powód do wstydu. Zawsze wydawało mu się, że Hermiona odkąd tylko nauczyła się czytać, spędzała przy książkach większość czasu. Okazało się, że nie zawsze tak było, jako mała dziewczynka nieźle rozrabiała i swoimi wyczynami dorównywała większości chłopaków. Dowiedział się, że gdy miała cztery lata, pierwszy raz wykazując swoje magiczne zdolności, zmieniła kolor zębów jednego z pacjentów w gabinecie swoich rodziców. Za to kiedy miała sześć lat, stwierdziła, że nie podobają się jej loki i jakimś cudem obcięła włosy na bardzo krótko. Z pewnością musiała wyglądać komicznie. Kiedy było już bardzo późno, wszyscy zmęczeni udali się do swoich łóżek. Draco zasnął natychmiast, nie zważając na niewygody.
Rano obudziło go poszturchiwanie Hermiony.
- Wstawaj! Prezenty! - krzyknęła prosto do jego ucha.
Zarwał się jak oparzony i oboje popędzili w piżamach na dół. Pod ogromną choinką znaleźli kilka paczek i natychmiast zabrali się za odpakowywanie ich. Hermiona dostała od rodziców wielką księgę o jakimś fikcyjnym, mugolskim detektywie Holmesie i piszczała jak mała dziewczynka, a Draco w swojej paczce od państwa Granger znalazł butelkę mugolskiego alkoholu. Od Hermiony dostał za to kilka książek dotyczących zaklęć i latania (a jakby inaczej?) oraz mały, złoty przedmiot. - To taki mały namierzacz. Zawsze, kiedy poczujesz się samotny, będziesz mógł teleportować się do miejsca,w którym aktualnie przebywam – wyjaśniła.
Przytulił ja mocno w podzięce. Teraz przyszedł czas na część, której najbardziej wyczekiwał. Chłopak z uwagą przyglądał się, jak dziewczyna odpakowuje prezent od niego. Kiedy otworzyła małe pudełeczko, oczy jej rozbłysły.
- Jesteś pewien? Przecież ja...
- Jestem pewien, że cię kocham. A tylko takiej kobiecie mógłbym to dać, nie obchodzi mnie twoje pochodzenie.
Dziewczyna podała mu srebrny łańcuszek z zawieszką w kształcie węża i odgarnęła włosy. Zawiesił jej na szyi rodzinną pamiątkę Malfoy'ów, która przechodziła z pokolenia na pokolenie i pocałował ją w kark. Te kolejne pięć dni w świecie mugoli nie może być takie złe. Dla tej dziewczyny mógłby spędzić tutaj nawet resztę życia...

____________________________________________

To byłoby na tyle. Dzisiaj mija dokładnie pół roku, odkąd opublikowałam prolog i chciałabym Was bardzo serdecznie podziękować za wszystko! Za wyświetlania, komentarze, Waszą obecność i wsparcie. Jesteście po prostu cudownie i strasznie Was kocham! Chciałabym jeszcze życzyć Was spokojnych, rodzinnych świąt. Żebyście się nażarli za wszystkie czasy i odpoczęli. Żebyście mieli wiele pozytywnej energii i wszystkiego co najlepsze!
Wasza kochana (i świąteczna),
Mary!


sobota, 13 grudnia 2014

Rozdział XXIX - Mecz.

No i jestem z nowym rozdziałem kochani, miłego czytania! <3
_________________________________________________________


     Kiedy tylko Hermiona zobaczyła jej długie, lśniące włosy, nie mogła się już powstrzymać. Wściekłość zupełnie zaślepiła jej umysł, co nie zdarzało się prawie nigdy. To wszystko było przez nią. Szantażowała Dracona, wykorzystała do własnych celów jego uczucia. Korytarz był prawie pusty, a Katy stała oparta o ścianę i ewidentnie na kogoś czekała. Hermiona przyspieszyła kroku, chciała dotrzeć do niej jak najszybciej.
- Witaj, Moller – powiedziała, stając naprzeciw niej.
W kieszeni szaty trzymała kurczowo różdżkę, tak na wszelki wypadek. Nie wiedziała, jak potoczy się ich rozmowa, ale miała nadzieję, że jednak nie pójdzie w tę stronę. Wolała być jednak przygotowana na wszystko. Dziewczyna nie odpowiedziała jej, tylko obrzuciła obojętnym spojrzeniem.
- Wiem o wszystkim. Nie chcę, być nieuprzejma, ale ja i Dracon nie życzymy sobie ciebie w naszym życiu – powiedziała przepełnionym jadem głosem.
Katy spojrzała na nią oczami pełnymi zdziwienia.
- Jak... Jak to możliwe? Przecież składał przysięgę...
Jej domysły się sprawdziły. Złożył przysięgę, która gwarantowała jej bezpieczeństwo. Przełknęła głośno ślinę.
- Nie wszystko przewidziałaś – powiedziała cicho.
Nagle wyraz twarzy Katy zmienił się diametralnie. Znów była zimna i wyniosła. Spojrzała na Hermionę z powątpiewaniem.
- Jakie to ma znaczenie? Jak sądzisz, szlamo, ile będzie trwała wasza bajka? Ile czasu zajmie mu zabawienie się z tobą i dołączenie twojej bielizny do swoich trofeów? Czy naprawdę uważasz go za typ faceta, który się przywiązuje i lubi zobowiązania? Nawet nie wyobrażasz sobie, ile razy z nim spałam. I wiesz co? Było mu bardzo dobrze, bo zawsze wracał po więcej. A ty, co masz mu do zaoferowania? Ile rozkoszy będziesz w stanie mu dać? Prędzej czy później znów przyleci do mnie, bo będzie brakowało mu normalnej dziewczyny.
W Hermionie wszystko się gotowało, kiedy słuchała tych słów. Patrzyła na idealną twarz dziewczyny, która stała przed nią i straciła nad sobą panowanie. Słuchanie o innych partnerkach Dracona w tym kontekście było dla niej po prostu bolesne. Puściła trzymaną w kieszeni różdżkę i rzuciła się na Ślizgonkę.
- Zamknij się w końcu – krzyknęła i uderzyła dziewczynę otwartą dłonią w twarz.
Huk, który rozległ się na korytarzu, zwrócił uwagę stojących nieopodal uczniów. Przyglądali się teraz z zaciekawieniem rozgrywającej się scenie. Wokół kłócących się dziewczyn zaczęła zbierać się grupa gapiów. Gryfonka przez chwilę była zszokowana swoim czynem, ale nie miała na to czasu. Katy wyciągnęła różdżkę i Hermiona zrobiła to samo.
- Expelliarmus – krzyknęła blondynka, ale Gryfonka w odpowiednim momencie wyczarowała tarczę.
Stały naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem. Hermiona z satysfakcją patrzyła na czerwony ślad, który zostawiła po sobie na policzku Ślizgonki. Nie zamierzała atakować pierwsza, czekała na ruch swojej przeciwniczki.
- Dawaj, atakuj, skoro jesteś tak głupia – zaśmiała się Gryfonka.
Katy była wyraźnie doprowadzona do granic wściekłości. Nie była już taka piękna, cała czerwona i potargana. Nagle z tłumu wyszli Harry, Ron i Zabini. Wybraniec stanął między dziewczynami i uniósł ręce.
- Spokojnie – mruknął ostrożnie.
Blaise podszedł do Katy, złapał ją w pasie i siłą zaczął ciągnąć w stronę lochów.
- Jeszcze się policzymy, szlamo – krzyknęła na odchodne.
- Chcę zobaczyć, jak się starasz – odwrzasnęła Hermiona, cała czerwona z wściekłości.

      Doprowadzał ją do szału każdą częścią siebie. Każdym spojrzeniem i mimiką twarzy. Jak człowiek może być aż tak irytujący?
- No co, kochanie, nie będziesz mi kibicować? - usłyszała jego rozbawiony głos, co zdenerwowało ją jeszcze bardziej.
- Zapomnij – mruknęła.
Od co najmniej pół godziny sprzeczali się o zbliżający się nieuchronnie mecz między Gryffindorem a Slytherinem. Draco najwidoczniej uwielbiał drażnić ją w ten sposób, bo robił to przy praktycznie każdym spotkaniu.
- I tak was rozgromimy – wzruszył ramionami.
- No to jeszcze się zdziwisz – warknęła.
- Dobra, koniec, nie bulwersuj się tak – zaśmiał się i pociągnął ją na swoje kolana.
Zachichotała i wtuliła się w jego ramię. Trzy tygodnie czystego szczęścia. W końcu mogli się sobą nacieszyć, bez kłótni i przykrości. Na szczęście nikt nie zauważył ich, gdy Hermiona rzuciła u się na szyję. Wszyscy byli wtedy w Wielkiej Sali. Mieli prawdziwe szczęście, bo żadnemu z nich nie było na rękę ujawnianie się w tej chwili. Jak zareagowaliby na to Harry i Ron? A gdyby wiadomość dotarła do rodziców Dracona? Chociaż chcieli żyć normalnie, to nie mieli ku temu możliwości. Przyciągnął ją do siebie i pocałował delikatnie.
- No już, nie obrażaj się – zamruczał do jej ucha.
Zrobiła urażoną minę i wbiła wzrok w ścianę, teraz czekała na jego ruch. Robiła już tak niezliczoną ilość razy, zawsze grając na jego uczuciach w ten sam sposób. Z pewnością już dawno przejrzał jej strategię, ale nie dawał niczego po sobie poznać. Z każdym dniem zależało mu coraz bardziej, ale nadal nie mógł się zdobyć, aby wyznać jej swoje uczucia. Chociaż wszystko zaplanował bardzo dokładnie. Wraz z Zabinim i młodą Weasley. Gryfonka miała wykraść dla niech jedzenie z kuchni i trzymać Hermionę daleko od jego dormitorium, aż wszystkiego nie przygotuje. Cieszył się na to jak mały chłopiec. Nigdy wcześniej nie kochał, a skoro to już się stało, to chce, żeby wszystko było idealnie. Dokładnie z planem i po jego myśli. Teraz jednak ważniejszy był dla niego dzisiejszy mecz. Szczególnie, że na wygranej zależało mu podwójnie. Oprócz oczywistego powodu chciał jeszcze utrzeć nosa tej upartej Gryfonce, która nadal udawała śmiertelnie na niego obrażoną. Robił to specjalnie przy każdej okazji, bo uwielbiał patrzeć kiedy się irytuje, a jeszcze bardziej, kiedy robiła się wściekła. Wtedy była prawdziwą lwicą, którą uwielbiał. Pocałował ją w czubek nosa, żeby przestała się już na niego gniewać. Podziałało, uśmiechnęła się delikatnie. Przybliżył się do niej, aby pocałować ją w usta, ale wtedy ktoś im przeszkodził. Blaise wpadł szybko do jego dormitorium, oczywiście nie pukając.
- Nie chcę przeszkadzać, ale niedługo zaczyna się mecz. Lepiej się rusz Draco, bo musimy dzisiaj zmiażdżyć Gryfonów. Bez urazy, Granger – puścił do niej oczko.
Dziewczyna w odpowiedzi przewróciła tylko oczami i westchnęła.
- Zrozumiałam aluzję, już sobie idę – wstała, pocałowała blondyna w czoło, a wychodząc przybiła Zabiniemu piątkę.

      Siedziała już na trybunach i czekała na wejście zawodników. Był środek czerwca, nie mogła pozwolić sobie na szalik z barwami Gryffindoru, więc obie z Ginny zdecydowały się tylko na krawaty i kapelusze w tych kolorach. Młoda panna Weasley od dawna była już pewna, co czuje do czarnoskórego Ślizgona, ale jakoś nie spieszyło jej się do związku z nim. Co powiedziałaby rodzinie, a w szczególności braciom? Udawali więc, że są tylko przyjaciółmi, ale odkąd nocowała u niego po zniknięciu Hermiony i Rona, coś się zmieniło. Teraz oszukiwała już sama siebie, że Blaise jest dla niej nikim. Wypatrywała uporczywie, aż chłopak wejdzie w końcu na boisko. Bardzo podobał jej się w zielonym sportowym stroju, jakiś taki jeszcze dostojniejszy i bardziej męski. Właśnie to pociągało ją najbardziej, że umiał poskromić jej temperament i czuła się przy nim jak mała dziewczynka. Wreszcie wyszli, wypatrywała go niecierpliwie. Skupiła na nim swój wzrok, chociaż i tak miała nadzieję, że Slytherin przegra ten mecz. Nie zniosłaby jego docinek, gdyby było inaczej. Ach, jak ona żałowała, że nie może zagrać razem z nimi i przyczynić się do klęski Zabiniego. Kontuzja ramienia po ostatnim treningu nie była poważna, ale dyskwalifikowała ją w dzisiejszym meczu. Pozostawało jej tylko kibicować Gryfonom całym sercem, które w dużej mierze należało do Ślizgona. Wreszcie rozległ się gwizdek i wystartowali. Przez cały czas śledziła Ślizgona wzrokiem. Latał na swojej Błyskawicy z zaskakującą szybkością, aż momentami bolały ją oczy.
- Trzymaj kciuki, Ginny, musimy wygrać. Nie możemy dać im tej satysfakcji – usłyszała głos siedzącej obok Hermiony.
- Nie martw się, nie mają szans – posłała przyjaciółce mściwy uśmiech.
Znów odnalazła wzrokiem chłopaka i śledziła każdy jego ruch. Skupiając na nim całą swoją uwagę była zaskoczona, gdy usłyszała obok siebie ogłuszający ryk. To Gryffindor zdobył 10 punktów. Zganiła się w myślach, powinna śledzić przebieg gry, nie obserwować Ślizgona. Starała się uważnie obserwować ruch Kafla między zawodnikami i wstrzymała oddech, kiedy przejął go Blaise. Ruszył wprost na bramkę, Ron próbował obronić prawą obręcz, ale Ślizgon był szybszy. Gryfoni wstrzymali oddech, gdy Slytherin zremisował. Uradowany Zabini zaczął krążyć wokół boiska wymachując rękami w akcie celebracji gola. Ginny po raz kolejny stwierdziła, iż uśmiech chłopaka jest rozbrajający. Wtem Blaise zrobił coś kompletnie nieoczekiwanego, ruszył w stronę trybun okupowanych przez Gryfonów i zawisł na miotle metr przed Ginny. Nie spotkało się to z wielkim entuzjazmem Gryfonów, którzy zaczęli rzucać w niego różnimy przedmiotami i wygwizdywać. Uchylił się przed lecącą w jego stronę ryczącą maskotką w kształcie lwa. Nie zwracając uwagi na krzyki Gryfonów, zbliżył się jeszcze trochę do Ginny. Poczuła, że robi jej się gorąco. Włożył rękę pod wierzchnią warstwę sportowego stroju i wyjął włożoną tam wcześniej różę. Musiała być zaczarowana, ponieważ mimo sposobu jej przechowywania, jej wygląd był nienaruszony. Sprawnym ruchem podał kwiat Ginny, puścił do niej oko i szybko się oddalił. Miała wrażenie, że zaraz zapadnie się pod ziemię, uwaga wszystkich zgromadzonych osób była skupiona tylko na niej. Poczuła, że Hermiona ściska jej dłoń i usłyszała jej śmiech zaraz koło swojego ucha. Rozległy się brawa ze strony Krukonów i Puchonów, a z części trybun należących do pozostałych dwóch domów dobiegały tylko gwizdy i buczenie. Ginny spojrzała na swojego brata i dostrzegła, że jego twarz jest cała czerwona z wściekłości. Dalsza część meczu była na tyle absorbująca, że wszyscy zapomnieli o wcześniejszym wydarzeniu. Tylko ruda Gryfonka wciąż wpatrywała się w kwiat z wypiekami na twarzy. Efektywność Rona jako obrońcy znacznie zmalała, bo zamiast skupiać się na meczu, wpatrywał się wściekle to w Ginny, to w Blaise'a. Mecz był długi i kiedy Harry złapał w końcu znicz, nie przesądziło to o wygranej Gryfonów. Przegrali 10 punktami, co tylko pogorszyło nastrój uczniów Gryffindoru. Kiedy uczestnicy zeszli z mioteł, jeszcze bardziej rozwścieczony Ron podszedł do Jimmy'ego Peakesa i zabrał mu pałkę. Nim ktokolwiek zdążył się zorientować, ruszył w stronę Zabiniego, który w najlepsze rozmawiał z Draconem.
- Trzymaj łapy z dala od mojej siostry – ryknął i zamachnął się.
Ślizgon odwrócił się i dostał ciężkim przedmiotem prosto w twarz. Chłopak upadł ciężko na ziemię, tracąc przytomność. Ginny krzyknęła i zacisnęła dłoń na ręce Hermiony. Obecni na trybunach uczniowie wstrzymali oddech, pojedyncze dziewczyny zapiszczały. Kiedy tylko Draco zorientował się, co zrobił Ron, natychmiast rzucił się na niego i uderzył go w twarz. Reszta obu drużyn krzycząc rzuciła się sobie do gardeł. Nagle rozległ się wystrzał i wszyscy umilkli i stanęli w bezruchu. Na boisku wszedł Dumbledore, a za nim kilku nauczycieli. Snape machnięciem różdżki sprawił, że ciało Ślizgona zawisło metr nad ziemią. Ruszył wraz z nim w stronę zamku. Ginny nie widziała, co działo się dalej na boisku, bo pognała za Blaisem do skrzydła szpitalnego. Wpadła tam chwilę po tym, gdy ułożyli chłopaka na łóżku.
- Proszę stąd wyjść – usłyszała karcący głos pani Pomfrey.
Zignorowała ją i usiadła koło nieprzytomnego chłopaka. Chwilę później wbiegła tam reszta drużyny Slytherinu wraz z Hermioną. Malfoy wycierał krew wypływającą z nosa, a inny gracz przykładał dłoń do opuchniętej szczęki.
- Co z nim? - krzyknął ktoś z tłumu w stronę pielęgniarki.
- Najprawdopodobniej ma złamaną szczękę, ale na razie nie mogę powiedzieć nic więcej. Proszę was wszystkich, o opuszczenie tego miejsca.
Po chwili wszyscy spełnili jej polecenie. Ślizgoni ruszyli w stronę lochów, ale Ginny wolała zostać i czekać na więcej informacji.
- Co z Ronem? - zapytała jeszcze Hermionę, gdy ta już odchodziła.
- Nie wiem, Dumbledore wezwał go na rozmowę.

      Gryfonka czekała ponad godzinę. Kiedy przyszła dowiedzieć się o stan chłopaka, pielęgniarka pozwoliła jej zostać przy jego łóżku. Siedziała więc w ciszy, trzymając go z rękę i wpatrując się w jego opuchniętą twarz, wyczekując najmniejszego ruchu. Po kilkunastu minutach poczuła, że chłopak ścisnął jej dłoń. Spojrzała szybko na jego twarz. Zamrugał kilka razy powiekami.
- Ginny? - jego głos był obcy, mówił z trudem.
Kiedy otworzył usta, spostrzegła, że brakuje mu zęba. Jaka wściekła była wtedy na Rona za to, co mu zrobił. Jak mógł być tak brutalny i lekkomyślny...
- Jestem tu – odpowiedziała chłopakowi cicho.
Nie chciała go męczyć, nie powinien się teraz nadwyrężać. Pocałowała go delikatnie w usta.
- Śpij – powiedziała łagodnie.

      To właśnie był ten dzień. Wszystko miał idealnie zaplanowane i przygotowane. Blaise, który doszedł już do siebie, pomógł mu wszystko obmyślić i urządzić. Wczoraj zakończył swój szlaban, który odbywał wraz z Ronem i miał w końcu wolny wieczór. To jest ta noc, kiedy powie jej wszystko. Jeszcze tylko ta ostatnia lekcja, tylko te kilka minut eliksirów. Wreszcie zabrzmiał dzwonek i chłopak spakował się w pośpiechu.
- Nie tak szybko, panie Malfoy – usłyszał głos Snape'a.
Serce mu przystanęło. Nie, tylko nie dziś... Niech dadzą mu jeszcze kilka dni. Chociaż kilka dni szczęścia.
- Tak? - odwrócił się w stronę profesora.
- Dziś wieczorem masz się stawić u mnie. Spakowany, nie wracasz już do Hogwartu...

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Rozdział XXVIII - Powroty.

Nie śpię, bo uczę się do egzaminu piszę fanfiction. No cóż, kiedyś trzeba, bo chcę wyrobić się z tym opowiadaniem do określonej daty! :) No cóż, rozdział krótki i dość... Zapychający? Trochę tak. Ale mam nadzieję, że może komuś się spodoba :)
Mam jutro (tak, od 4 godzin jest poniedziałek) egzamin, więc trzymajcie za mnie kciuki, kochani! <3
_________________________________________________________

       Otworzyła oczy i pierwsze, co do niej dotarło, to miękkość ciepłej pościeli. Była zupełnym przeciwieństwem zimnego, twardego kamienia, który przez tydzień był jej łóżkiem. Pomieszczenie, w którym teraz się znajdowała było niezwykle jasne. Zamrugała powiekami. Bodźce docierały do niej powoli, było zupełnie otumaniona. Dopiero po chwili poczuła, że ktoś trzyma ja za rękę. Spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła bladą, drobną osóbkę. Ginny drzemała na krześle, a na policzkach miała nadal świeże ślady łez. Hermiona nie chciała jej obudzić, więc nie wykonała żadnego ruchu. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Nie miała już wątpliwości, gdzie się znajduje, to z pewnością było skrzydło szpitalne. Po chwili zaczęły wracać do niej wspomnienia. Ciemność, strach i ból. Wiele bólu.
Z bijącym sercem nasłuchiwali najmniejszych odgłosów na korytarzu. Czuła na sobie nieprzyjemne Zaklęcie Kameleona, ale i tak bała się, że ktoś może ich zauważyć. Kurczowo trzymała w dłoni różdżkę, którą dostali od Dracona, i i kuśtykała, wsparta na przyjacielu, w stronę wyjścia. To na szczęście udało im się bezproblemowo i już po chwili poczuła na swojej skórze chłodny, nocy wiatr. Po raz pierwszy od około tygodnia poczuła świeże powietrze. Dopiero w tym momencie poczuła się naprawdę wolna. Przystanęła na chwilę, żeby rozkoszować się tą chwilą. Ron jednak pociągnął ją gwałtownie. No tak, to jeszcze nie był koniec. Jeszcze nie byli bezpieczni. Skierowali się w stronę bramy, która nawet nie chciała drgnąć, kiedy Hermiona używała całej swojej siły, ale otworzyła się pod delikatnym dotykiem Rona. Najwidoczniej przeważyła jego czysta krew. Kiedy w końcu znaleźli się poza Malfoy Manor, ukryli się w lesie nieopodal. Dziewczyna wyczarowała Patronusa z wiadomością i wysłała go do Dumbledore'a. Położyła się na miękkiej trawie, która była dla niej ukojeniem. Tak wygodna, na świeżym powietrzu... Zamknęła oczy...
Hermiona delikatnie poruszyła ręką, którą trzymała Ginny i dziewczyna natychmiast zerwała się z miejsca. Miała bardzo czujny sen, szczególnie, kiedy na coś czekała. Spojrzała na Hermionę nieprzytomnie, ale zaraz w jej oczach znów zaszkliły się łzy.
- Hermiona – szepnęła tylko i usiadła oniemiała.
- Co z Ronem? - wychrypiała dziewczyna.
- Wyszedł stąd już dawno, popękane żebra szybko się zrosły. Teraz są z Harry'm na zajęciach. Ja nie poszłam, ale oni musieli. Nie chcieli zarobić szlabanu za nieobecność na eliksirach. Z tobą było o wiele gorzej, niż z nim. Ciężej przyjęłaś tortury i brak pożywienia. Zakażenie z rannej nogi zaczęło przemieszczać się z krwią po organizmie. Kiedy was znaleźli, byłaś już nieprzytomna. Jak teraz się czujesz? – pogłaskała przyjaciółkę po splątanych włosach.
- Chyba dobrze. Czy-czy długo spałam? - zająknęła się dziewczyna.
- Przywieźli cię tu o drugiej w nocy, jest dwunasta. Tylko dziesięć godzin, spodziewali się, że będzie to trwało dłużej. Czy to prawda, co mówił Ron? Że Draco przyszedł w nocy was torturować, ale udało wam się go oszołomić? - zniżyła głos do szeptu.
Hermiona pokręciła przecząco głową i spuściła wzrok na swoje dłonie. Zawdzięczają mu swoje życie. Ryzykował swoje, żeby ich uratować. Tylko dlaczego? Czy chodziło tylko o to, że nie jest mordercą? Może wygrały sentymenty?
- Nie, on nas uratował – powiedziała ledwo słyszalnie. - Ale kazał nam przekazywać to, co powiedział Ron. Dla własnego bezpieczeństwa. Och, Ginny, tylko ty możesz o tym wiedzieć – ścisnęła jej rękę.
- Nie martw się. Wiesz co? Wydaje mi się, że w głębi swojego skamieniałego serca, gdzieś na samym dnie jego podświadomości, on cię naprawdę kocha, Hermiono. Zanim zaprzeczysz, posłuchaj. Ryzykował dla ciebie swoje życie, gdyby chodziło tylko o Rona, z pewnością nie zrobiłby nic w tym kierunku...
- Ginny, on mnie zdradził, a potem nazwał szlamą – warknęła.
- Rozmawiałam o ty Blaise'm i...
- Skończ!
- Jak wolisz!
Hermiona odwróciła się na bok, dając tym samym Ginny do zrozumienia, że nie ma ochoty na dalszą rozmowę.
- Widziałaś go dzisiaj? - zapytała jeszcze.
- Nie. Nie było go na śniadaniu. Nie rzucił mi się w oczy też nigdzie indziej.
Co z nim zrobili? Jaką poniósł karę za ich ucieczkę? Miała tylko nadzieję, że nie zapłacił za to życiem. Musiała się od kogoś dowiedzieć o jego stanie. Od Blaise'a? A co, jeśli nie powiedział mu, po co jedzie do domu? Wszystko nie tak... Poderwała się szybko.
- Pani Pomfrey! - zawołała.
Pielęgniarka zjawiła się natychmiast, słysząc jej głos. Spojrzała na nią zaniepokojona.
- Co się stało? - zapytała łagodnie.
- Musze stąd wyjść, natychmiast! Czuję się już dobrze – szybko stanęła na ziemi i z zaskoczeniem stwierdziła, że z jej nogą jest już prawie dobrze.
- Nie ma mowy! Musisz tu ostać chociażby do wieczora!
- Nie mogę. Błagam, to naprawdę ważne – zrobiła najbardziej zbolałą minę, na jaką było ją stać.
- Pójdę na ugodę, możesz wyjść po zakończeniu lekcji i ani chwili wcześniej.
Hermiona opadła ciężko na łóżko i spojrzała na Ginny. To była w tym momencie jej ostatnia nadzieja. Blaise jak najszybciej musiał o wszystkim się dowiedzieć.
- Błagam, sprowadź tu Zabiniego jak najszybciej. On musi o wszystkim wiedzieć, musi mu pomóc!
Dziewczyna kiwnęła delikatnie głową i wstała. Kiedy Hermiona została sama, myślała o tym, co kierowało chłopakiem, kiedy ratował ich ze swojego domu. A co, jeśli Ginny miała rację i chodziło o miłość. Nie, to niemożliwe. Gdyby ją kochał, nie zdradziłby jej. Chociaż z drugiej strony, znowu ją uratował, nie wiadomo, który to już raz. Zawsze, kiedy była w niebezpieczeństwie, on w jakiś dziwny sposób był przy niej. Zawsze, gdy go potrzebowała. A może teraz on potrzebował jej? O ile nie uśmiercili go za jego lekkomyślność... Odrzuciła tę myśl, Lucjusz Malfoy miał byt wysoką pozycję, żeby zabili jego syna.
Ni musiała długo czekać na Ślizgona. Dla Ginny zrobiłby wszystko, a jeszcze jedna opuszczona lekcja nie robiła mu różnicy. Wszedł do pomieszczenia raźnym krokiem i usiadł przy łóżku Gryfonki.
- No, Granger, jak się czujesz? - uśmiechnął się szeroko.
- Dobrze, ale Blaise... Nie ma czasu. Czy Draco wrócił?
Chłopak zmarszczył brwi.
- Nie... Myślę, że coś zatrzymało go w domu. Jak właściwie udało mu się was wyciągnąć?
- Tutaj jest problem... On, wykradł dla nas różdżkę i kazał się oszołomić, żeby zrzucić na niego winę za ucieczkę. Martwię się, że mógł ponieść jakieś konsekwencje. Mógłbyś się jakoś dowiedzieć? Błagam, Blaise.
Chłopak wydawał się lekko oniemiały. Długo przetwarzał informacje, aż w końcu wstał.
- Tak, myślę, że mogę się dowiedzieć.
Nie mówiąc już nic więcej, wyszedł z pomieszczenia. Opadła ciężko na poduszki. Nie mogła już nic zrobić. Tkwiła w tej cholernej bezczynności. Czekała, a w końcu będzie mogła wyjść z tego miejsca i znaleźć się w końcu we własnym dormitorium.
- Hermiona? - usłyszała za sobą cichy głos.
Odwróciła się i ujrzała Harry'ego i Rona. Zerwała się szybko i rzuciła się Potter'owi na szyję. Tak bardzo z nim tęskniła.
- Jak się czujesz? - zapytał.
- Już prawie dobrze – odpowiedziała cicho.

        Pani Pomfrey pozwoliła jej wyjść już na obiad, ale i tak skierowała się od razu do swojego dormitorium. Położyła się wreszcie we własnym łóżku i odetchnęła głęboko. Nie miała zamiaru ruszać się z niego aż do wieczora. Nie miała teraz ochoty z nikim się widzieć. Godziny mijały, a ona walczyła z powracającymi wspomnieniami i natrętnymi myślami. Chciała, żeby to wszystko już się skończyło. Zbyt wiele wydarzyło się w jej życiu ostatnimi czasy. Drzemała, kiedy Ginny weszła do jej pokoju. Potrząsnęła nią delikatnie.
- Hermiono, musisz się obudzić – powiedziała głośno, prosto do jej ucha.
Dziewczyna zerwała się gwałtownie, patrząc nieprzytomnie na przyjaciółkę.
- Blaise czeka na dole, ma dla ciebie jakąś ważną informację.
Hermiona wstała natychmiast, zupełnie rozbudzona. Ubrała się szybko i nawet nie oglądając się na Ginny, ruszyła po schodach. Zabini stał zaraz za portretem. Wystarczyło jedno spojrzenie, aby zobaczyć, jak bardzo jest zdenerwowany. Nie musiał nic mówić, Hermiona już wiedziała, że nie jest dobrze.
- Jak bardzo źle jest? - zapytała ze ściśniętym sercem.
- Torturowali go. Byli wściekli, że był tak lekkomyślny, pokładali w informacjach od was spore nadzieje. Teraz dochodzi do siebie, ale nie jest najlepiej. Nikt, oprócz matki i ojca, jakoś nieszczególnie dba, aby wrócił do zdrowia.
Poczuła, jak jej serce przeszywa skurcz. Torturowali go, bo pomógł im uciec.
- Skąd masz te informacje?
- Skontaktowałem się z matką za pomocą sieci Fiu. Ona wie, co dzieje się w Malfoy Manor.
- Wie, kiedy wróci do zamku?
- Na razie nadal jest nieprzytomny, ale mam nadzieję, że już niedługo.
Nieprzytomny... Odwróciła się, żeby odejść, ale Blaise złapał ją za ramię. Odwróciła się szybko. Cokolwiek jeszcze chciał jej powiedzieć, miała nadzieję, że zrobi to szybko.
- On cię naprawdę kocha – powiedział, patrząc jej w oczy.
- Zabini, on mnie zdradził. Tak nie postępują ludzi zakochani – wyrwała się z jego uścisku gwałtownie.
- On tego nie zrobił...
- Widziałam ich razem – przerwała mu ostrym tonem.
- To wszystko moja wina! Ja... Ja się upiłem i powiedziałem jej... O was. Dzień wcześniej. Powiedział mi potem, że cię kocha. Upijał się co wieczór, bo nie mógł wytrzymać z tym wszystkim. Musisz mi uwierzyć. Mi i jemu. Jaki miałby inny powód, żeby ryzykować dla ciebie swoje życie?
- Nie chce o tym rozmawiać, Blaise.
Odwróciła się od niego i przeszła przez portret. A co, jeśli Zabini mówi prawdę? Czy może zaufać Draconowi raz jeszcze? Już tyle razy ją zranił, ale czy to możliwe, że teraz nie z własnej winy? Co, jeśli ona go szantażowała? Na razie najważniejsze było, żeby wrócił bezpiecznie do zamku. Jak bardzo musieli go torturować, że nadal jest nieprzytomny? Pozostawało jej teraz już tylko czekanie...

      Nie mogła w nocy spać. Jej myśli błądziły wokół blondyna. Jeżeli nawet już udało jej się zdrzemnąć, to widziała jego zmasakrowane ciało. Rano była zupełnie nieprzytomna, ledwo mogła patrzeć na oczy, a jej ochota do życia była zerowa. Zmusiła się, żeby zejść na śniadanie, a na historii magii zasnęła. Ten dzień był dla niej wprost okropny. W skrócie opowiedziała Ginny o wszystkim, co działo się Malfoy Manor. Obiadu nawet nie tknęła, zastanawiała się, po co w ogóle na niego zeszła. Wyszła z niego jako pierwsza i wtedy go zobaczyła. Szedł korytarzem bardzo powoli i kulał na jedną nogę. Nawet z tej odległości mogła zobaczyć jego podbite oko. Zrobiło jej się gorąco na jego widok, a wszystkie wątpliwości minęły.
- Draco... - szepnęła.
Nie mogła się powstrzymać i rzuciła się biegiem w jego stronę. Była tak strasznie szczęśliwa, że znów go widzi. Tak strasznie się bała. Teraz już wszystko musiało im się ułożyć. Kiedy widziała, w jakim jest stanie, rozumiała, że Zabini nie kłamał. Nikt nie poświęciłby się tak dla osoby, którą gardzi. Kiedy w końcu do niego dobiegła, rzuciła mu się z impetem na szyję. Nie obchodziło ją teraz, że ktoś może ich zobaczyć. Liczył się tylko on. Złapał ją w pasie jedną ręką i podniósł. Okręcił dwa razy wokół własnej osi i usłyszał jej śmiech. To właśnie był dźwięk, który definiował jego szczęście. 

czwartek, 4 grudnia 2014

Rozdział XXVII - Wszystko, co złe.

      Nie chciała się poddawać, ale nie miała innego wyboru. Nie była pewna, czy Śmierciożerca może ją zabić, ale nie chciała ryzykować. Zbyt wiele miała do stracenia. W dodatku ból przyćmiewał jej umysł, a krótka walka wyczerpała osłabione ciało. Starała się teraz po prostu wyłączyć i już nic nie czuć. Być myślami gdzieś daleko i nie rejestrować dotyku jego rąk na swoim ciele. Patrzyła na nieprzytomnego Rona i ten widok dawał jej choć trochę nadziei. Bała się momentu w którym mężczyzna posunie się dalej. Próbowała krzyczeć, ale gardła miała zdarte i nie miała już siły. Policzek nadal piekł ją od ostatniego, niedawnego uderzenia. Krzyknęła i próbowała się wyrwać, kiedy mężczyzna zaczął przesuwać swoje dłonie po jej brzuchu, coraz wyżej. Złapał ją za nadgarstki i unieruchomił je jedna ręką za jej głową. Teraz nie miała już szans na jakąkolwiek walkę. Ewentualnie mogła próbować gryźć. Nagle coś usłyszała, ktoś w szybkim tempie schodził po schodach, a potem drzwi otworzyły się gwałtownie. Usłyszała głos, od którego jej serce na chwilę przystanęło, żeby potem zacząć bić jak szalone.
- Kurwa mać! Czy człowiek w tym domu nie może się już normalnie zdrzemnąć? - warknął wściekle.
Śmierciożerca natychmiast puścił dziewczynę. Natychmiast z trudem zaczęła czołgać się jak najdalej od niego.
- Ale... Ja tylko... Zaklęcie wyciszające... - jąkał się mężczyzna wyraźnie zmieszany.
- Posłuchaj. Jestem zmęczony, a przez wrzaski tej szlamy nie mogę spać. Nie wiem, czemu zaklęcie wyciszające nie działa i mam to w dupie! Potrzebuję spokoju.
- Zaraz rzucę znów zaklęcie i...
Hermiona zamarła. Wpatrywała się uparcie w Dracona, mając nadzieję, że jednak okaże chociaż odrobinę człowieczeństwa. Nie mógł tak po prostu, bez mrugnięcia okiem, oddać ją w ręce tego człowieka.
- Może i mógłbyś to zrobić, ale mnie wkurwiłeś. Nie zasłużyłeś nawet na tę szlamę, więc, z łaski swojej, wypierdalaj.
- Ale...
- Zamknij się. Nie muszę chyba przypominać ci, czyj to dom.
Dom Dracona... Przetrzymywali ich w domu Malfoy'a. Tylko jak teraz przekazać tę informację dalej? Co zrobić, żeby trafiła do odpowiednich osób? Śmierciożerca nie miał wyboru, Draco ewidentnie miał nad nim władzę. Wyszedł niechętnie, przepuszczony w drzwiach przez chłopaka. Przez odejściem Ślizgon odwrócił się jeszcze i Hermiona mogła przysiąc, że spojrzał prosto na nią. Zrobiło jej się gorąco. To była jej szansa. Mogła teraz coś powiedzieć, poprosić, nawet błagać. Ale co by to dało? Najprawdopodobniej nie przejąłby się nią. Jednak ją uratował. Z własnych pobudek lub nie, ale pomógł jej. Zawdzięczała mu wiele. Westchnęła głośno i zamknęła oczy.

      Tak mało brakowało. Cholernie mało. Prawie nie zdążył. Wyszedł razem ze wszystkimi do ogrodu i dom został pusty. Wrócił na chwilę i wtedy ją usłyszał. Tak strasznie się bał, że jest już za późno. Oddałby wszystko, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo. Więcej nie wyjdzie z domu, będzie pilnował lochów. Musi ją też wyciągnąć z tego miejsca jak najszybciej. Obmyślić plan, a czasu miał mało. Podsłuchał, jakie plany mają względem nich i wcale mu się to nie podobało.

      Ktoś obudził ją kopniakiem w brzuch. Jęknęła z bólu i zwinęła się w kłębek. Nie zdążyła zareagować, kiedy ktoś złapał ją mocno za ramię i postawił do pionu. Obok słyszała przekleństwa Rona i podniesione głosy Śmierciożerców. Zdezorientowana nawet nie próbowała się wyrywać. Silne ręce próbowały zaprowadzić ją w stronę schodów, ale ranna noga odmówiła jej posłuszeństwa. Usłyszała za sobą przekleństwo.
- Ej, rudy! Pomóż jej jakoś iść – warknął Śmierciożerca.
Ron złapał ją w pasie i próbował zaprowadzić w stronę wyjścia. Czuła, jak jego ciało naprężało się z każdym ruchem, kiedy ze zdwojoną siłą odczuwał ból popękanych żeber. Mimo wszystko próbował jej pomóc, jak tylko umiał.
- Nie martw się, będzie dobrze – szepnął i złapał ją jeszcze mocniej.
Wspólnymi siłami doszli do schodów. Czuli różdżki czarodziejów na swoich plecach. Powoli i z trudem zaczęli wspinać się na górę.
- Szybciej! – krzyknął jeden ze Śmierciożerców i popchnął chłopaka.
Z trudem odzyskali równowagę, ale udało im się nie runąć na ziemię. Poraziło ich światło, kiedy tylko weszli na parter. Po raz pierwszy od tygodnia mieli styczność z promieniami słonecznymi. W salonie było wiele osób. Z wyższością patrzyli na nich między innymi Narcyza i Lucjusz Malfoy'owie, Bellatrix oraz Śmierciożerca, przed którym ostatnio uratował Hemrionę Draco. Ten ostatni stał lekko z tyłu i z leniwą miną opierał się o kominek. Ogółem wpatrywało się w nich około dziesięciu osób, a oni nie rozumieli co się dzieje. Mężczyźni za nimi popchnęli ich na ziemię. Gryfoni upadli, a Hermiona zacisnęła zęby, żeby nie jęknąć z bólu.
- Kto pierwszy? - zaśmiała się Bellatrix. - Niech będzie szlama.
Na dźwięk tych słów Ron poruszył się, ale mężczyzna, stojący za nim, unieruchomił go. Bellatrix postąpiła kilka kroków w ich stronę i wyjęła różdżkę.
- Posiedzieliście w celi, trochę zmiękliście. Teraz z pewnością łatwiej będzie wydobyć z was pewne informacje – z zamyśleniem spojrzała na Hermionę.
Draco stał niewzruszony, ale dyskretnie szukał jakiejś szansy na pomoc. Teraz była wręcz idealna okazja, żeby ich uratować. Musiał tylko znaleźć jakiś sposób, póki nie jest za późno... Nagle jego spojrzenie padło na różdżkę, która wystawała z kieszeni Śmierciożercy trzymającego Rona. Była wręcz na wyciągnięcie ręki, ale nie miał szans, żeby zrobić to niespostrzeżenie. Podniósł wzrok i spojrzał na na swoją matkę. Też przez chwilę wpatrywała się w różdżkę, a potem spojrzała prosto w oczy Dracona. Prawie niezauważalnie kiwnęła głową. Zrobiła to samo na znak, że zrozumiał. Wystarczyła tylko chwila. Narcyza zaczęła z trudem oddychać, a potem łapczywie łapać oddech. Otwierała usta, jakby chciała coś powiedzieć. Próbowała złapać się kurczowo szaty swojego męża, ale osunęła się na ziemię. Lucjusz próbował ją podtrzymać. Kobieta klęczała skulona, dusząc się. Powstało zamieszanie, wszyscy rzucili się, aby jej pomóc. Okrążyli ją ciasnym kręgiem i właśnie wtedy nadążyła się idealne okazja. Rozejrzał się szybko, czy nikt go nie widzi, i zwinnym ruchem wyciągnął różdżkę z kieszeni Śmierciożercy. Schował ją w spodniach i natychmiast ruszył w stronę matki. Lucjusz już zdążył ją podnieść i ostrożnie wyprowadzić z pokoju. Wszyscy jeszcze przez chwilę wpatrywali się w drzwi za którymi znikli, ale za chwilę wrócili do przerwanej czynności. Bellatrix odwróciła się w stronę przerażonej dziewczyny.
- Mam do ciebie kilka pytań – powiedziała spokojnie. - Zaczniemy od czegoś prostego. Co wiesz o Zakonie Feniksa?
W głowie Hermiony była zupełna pustka. Skąd Bellatrix o nim wie? Ktoś na nich doniósł, czy uznali za oczywiste, że się odrodził?
- Nic – odpowiedziała mechanicznie.
- Kłamiesz! - krzyknęła kobieta.
- Nie! Przysięgam – wrzasnęła Hermiona rozpaczliwie. - Nawet jeśli istnieje, to jestem zbyt młoda, nic mi o nim nie mówili!
- Jesteś przyjaciółką Potter'a! Musisz coś wiedzieć!
Hermiona gorączkowo szukała odpowiedzi, która usatysfakcjonuje kobietę. Wiedziała o zakonie kilka ważnych informacji, ale przecież nie mogła ich wydać. Rozejrzała się po twarzach zgromadzonych, szukając pomocy. Jej wzrok padł na Dracona.
- Crucio!
Razem z krzykiem, który rozbrzmiał w jej uszach, pojawił się też niewyobrażalny ból. Wpatrywała się uparcie w Malfoy'a, żeby pokazać mu, że się nie podda. Krzyczała, ale nie zamykała oczu. Niech widzi... Nagle ból ustał tak szybko, jak się pojawił.
- Mów! - znów głos Bellatrix.
- Nic nie wiem, przysięgam!
Znów ból, niewyobrażalny. Myślała, że jej gardło jest tak zdarte, że nie wyda z siebie żadnego głośniejszego dźwięku, ale myliła się. Umierała z bólu, a jej wycieńczone ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Skuliła się na podłodze z trudem oddychając. Pomyślała przez chwilę, że to już koniec. Późnij była tylko ciemność...

      Szedł w stronę pokoju swojej matki. Prawie odczuwał na swojej skórze ból Hermiony. Wciąż widział jej utkwione w nim spojrzenia. Nie odwrócił wzroku, żeby choć trochę dodać jej otuchy. Nawet jeśli nie to było jej celem, to i tak chciał jakoś pomóc. Na szczęście zemdlała szybko, z Ronem wcale nie było inaczej. Na razie zawlekli ich z powrotem do lochu, aby z niedługi czas wznowić przesłuchania. Zapukał krótko i wszedł do małego pomieszczenia. Zasłony były zaciągnięte i panował w nim przyjemny półmrok. Usiadł na krześle obok matki.
- Udało się? - usłyszał jej słaby głos.
- Tak – odpowiedział cicho. - Aż dziwne. Nie spodziewałem się, że tak zareagują na twoje udawane omdlenie – zaśmiał się cicho.
Odpowiedziała mu cisza. Narcyza odwróciła wzrok i wbiła go w zasłonięte okno. Draco intuicyjnie wyczuł, że coś jest nie tak.
- Co się dzieje? - zapytał niespokojnie.
- Och, Draco... - zaczęła powoli. Usłyszał, jak łamie się jej głos. - Ojciec nie życzy sobie, abym ci mówiła.
Przez przytłumione światło zobaczył, że jej oczy wypełniły się łzami.
- Nie obchodzi mnie, co myśli ojciec – warknął Ślizgon.
Narcyza wstrzymała oddech. Bardzo spokojnym i delikatnym ruchem dotknęła policzka chłopaka.
- Nie dziwię się, że rzucili się tak w moją stronę. Widzisz... - urwała na chwilę. - Jakiś czas temu... Ja... Nie jest dobrze Draco.
- Co masz na myśli? - przełknął głośno ślinę.
Widział, że nie jest jej łatwo. Każde słowo przynosiło jej cierpienie.
- Nie zostało mi już wiele – uśmiechnęła się gorzko.
- Co masz na myśli? Są przecież eliksiry, które... - zaczął mówić ze zdenerwowaniem.
- Które utrzymują mnie przy życiu od miesięcy – przerwała mu.
- Dlaczego nic o tym nie wiem? - zapytał ostro.
- Ojciec nie chce, żebyś się rozpraszał...
Był wściekły do granic możliwości. Wstał szybko i zacisnął dłonie w pięści. Bez słowa skierował się w stronę drzwi, ignorując nawoływania matki. Straci ją bezpowrotnie. Wiedział, oczywiście, że kiedyś umrze, ale nie był gotów na to teraz. Nie ona, nie jedyna osoba na świecie, która go kocha! Skręcił w stronę drzwi do gabinetu ojca i otworzył je gwałtownie. Lucjusz zmierzył go zniecierpliwionym spojrzeniem.
- Jak mogłeś mi o niej nie powiedzieć? - prawie krzyknął chłopak.
Mężczyzna był opanowany. Spojrzał na syna pytająco, z nutką zainteresowania.
- Wyjaśnisz to jakoś? - zapytał.
- Jak mogłeś nie powiedzieć mi o jej stanie?! – wrzasnął.
- Ach... No tak... - Lucjusz wstał. - Nie powinna ci mówić, masz wiele innych rzeczy na głowie. Ważniejszych – zaakcentował ostatni wyraz, co dla Dracona było jak uderzenie.
Co mogło być ważniejsze od jego umierającej matki? Jakaś misja, do której został zmuszony? Nie wierzył w to, co przed chwilą usłyszał. Postąpił kilka szybkich kroków w stronę ojca.
- Nie miałeś prawa – krzyknął mu prosto w twarz.
- Miałem! Jestem twoim ojcem! To ona nie miała prawa mówić ci o tym bez mojej zgody, ale najwidoczniej nawet na to jest zbyt głupia! - teraz i on podniósł głos.
Na dźwięk tych słów w Draconie co pękło. Czuł teraz tylko pogardę do człowieka, którego nazywał ojcem. W odruchu złapał go za szatę w okolicach szyi.
-Nigdy więcej nie waż się tak o niej mówić – wycedził. - Kazałeś jej tłumić to w sobie! To było po prostu podłe!
- Źle zrobiła, że w ogóle ci powiedziała!
Stali na przeciwko siebie i mierzyli spojrzeniami. Draco nienawidził teraz każdej jego części jeszcze bardziej niż zwykle. Zaczynając od długich, nienagannych włosów, kończąc na lasce, którą zawsze miał przy sobie.
- Nie zasługujesz na nią – wysyczał bardzo cicho, ale wyraźnie. - Jest dla ciebie zbyt dobra. A dla ciebie ważniejsza jest jakaś kurewska misja! Rzygać mi się chce, gdy na ciebie patrzę. Nie zasługujesz, żeby być jej mężem, ani moim ojcem. Jesteś zwykłym sukinsynem!
Uderzenie, którym obdarował go Lucjusz było szybkie i celne. Draco usłyszał chrzęst pękającej kości i poczuł krew, wypływającą z jego złamanego nosa. Zachwiał się lekko, ale natychmiast odzyskał równowagę. Lucjusz był czerwony z wściekłości, ale natychmiast przygładził swoje włosy i poprawił szatę. Wrócił do swojego biurka nawet nie patrząc na syna.
- Wynoś się, natychmiast – warknął tylko w jego stronę.
Chłopak bez wahania spełnił jego polecenie. Ruszył natychmiast do swojego pokoju, żeby dokończyć obmyślanie planu ucieczki Gryfonów.

      Upewnił się, że dom jest pusty i ruszył w stronę lochów. Wszyscy zasnęli nawet wcześniej, niż pierwotnie przypuszczał. Tym lepiej dla niego i całego planu. Dla pewności sprawdził jeszcze, czy kradziona różdżka spoczywa w jego kieszeni. Na szczęście nie mylił się. Wiedział dokładnie, gdzie schowane są klucze do celi. Magiczny klucz dawał efekt kilku rzuconych zaklęć jednocześnie. Wystarczyło zamknąć pomieszczenie, żeby stało się niemożliwe do ucieczki. Ostrożnie i w absolutnej ciszy otworzył drzwi. Ujrzał tylko dwie, skulone śpiące postacie. Przyjrzał się Hermionie. Była taka blada i mizerna. Nie marzył teraz o niczym innym, niż wziąć ją w ramiona. Nie było teraz jednak czasu na sentymenty. Potrząsnął ją za ramię i zakrył dłonią usta, żeby przepadkiem nie krzyknęła. Przyłożył palec do ust, pokazując, że ma zachować ciszę. To samo zrobił z Ronem.
- Co ty tutaj robisz, Malfoy? - zapytał rudzielec z wrogością.
- Wyciągam was stąd – odpowiedział Draco ze zniecierpliwieniem.
- Jasne – prychnął chłopak. - Już ci uwierzę... Jesteś jednym z nich!
- Może i tak, Weasley, ale nie jestem mordercą. Zapamiętaj to dobrze. To jak? Chcecie uciec?
- Jaką mamy gwarancję, że to nie pułapka? - zapytała Hermiona cicho.
- Co macie do stracenia, Granger? I tak tu umrzecie. Z wycieńczenia lub na skutek tortur. Skoro czeka was śmierć, to dlaczego nie chcecie mi zaufać.
- Bo to ty, Malfoy! Tobie nie można ufać! - warknął Ron.
- Nie bądźcie głupi. Bierz swoją szlamę i zmiatajcie stąd! - syknął.
- Nie nazyw...
- Zamknij się! Wchodzicie w to?
Ron zrobił niezadowoloną minę i próbował się odezwać, ale Hermiona była od niego szybsza.
- Wchodzimy. Jaki jest plan? - zapytała.
- Prosty. Posłuchajcie tylko oficjalnej wersji. Kiedy zemdlała moja matka, Weasley wyciągnął z kieszeni Śmierciożercy, który go trzymał, różdżkę – mówiąc to, podał chłopakowi magiczny przedmiot. - Przyszedłem tu w nocy, niegotowy na wasz atak, byłeś szybszy. Oszołomiłeś mnie, rzuciliście na siebie zaklęcia kameleona i uciekliście. Umiesz wysłać patronusa z wiadomością? - zwrócił się w stronę dziewczyny.
Kiwnęła delikatnie głową.
- Idealnie, wyślecie wiadomość do zamku, że jesteście w okolicy Malfoy Manor. Wszystko jasne? - zapytał ostro. Nie wydajcie, że wam pomogłem, czekałaby mnie za to śmierć. Życie, za życie, Gryfoni. Mogę tego od was wymagać? - zapytał cynicznym tonem.
- Możesz – odpowiedziała Hermiona natychmiast.
- Rzućcie na mnie zaklęcie i uciekajcie. Musicie wejść po schodach i korytarzem w lewo, cały czas prosto. Nie ma zabezpieczeń, które nie pozwoliłyby wyjść wam na zewnątrz.
Czekał, aż rzucą na niego zaklęcie. Popatrzył na Rona, który z niepewną miną poklepał go po ramieniu na znak wdzięczności. A potem jego wzrok padł na Hermionę. Jeżeli będzie trzeba, odda życie, żeby ją stąd wyciągnąć. Żeby tylko była bezpieczna. Był gotowy na tortury, jakie go czekają. Wszystko dla niej.
- Dacie radę dojść? - zapytał jeszcze.
Kiwnęli głowami.

____________________________________________
Przyznaję, rozdział taki sobie, wybaczcie!
Powoli zbliżamy się już do końca, moi kochani...
Zachęcam do zagłosowania w ankiecie! :)

piątek, 28 listopada 2014

Rozdział XXVI - Strach.

Dzisiaj rozdział dłuższy. Mi osobiście podoba się bardzo, aż dziwne! :D Dziękuję Wam za 20 000 wyświetleń, jesteście kochani! <3
______________________________________________

      Każdy dzień wyglądał tak samo i był jednakowo długi. Nie miała pojęcia o czasie, jedynym źródłem światła było to, wypływające ze szpary pod drzwiami. Tutaj wyznacznikiem godzin były posiłki. Dokładnie jeden dziennie. Miska wody, mały garnuszek zupy i kilka kromek chleba sprzed kilku dni nie wystarczało, aby ukoić pragnienie i głód, ale musiało wystarczyć. Nie mieli pojęcia, o której godzinie pojawiają się posiłki. Równie dobrze mogło to być śniadanie, obiad lub kolacja. Ważne było jednak, że mijały kolejne dwadzieścia cztery godziny. Kolejna doba ich zniewolenia, bólu i nadziei, którą powoli tracili. W tym miejscu jedli już pięć skromnych posiłków. Starali się dzielić nimi po równo, ale zawsze wynikały z tego tylko kłótnie. Ron, który na co dzień jadł o wiele więcej od niej, teraz starał się oddawać jej sporą cześć swojego pożywienia. Sam stanowczo podupadł na zdrowiu, słabł w oczach, a popękane żebra dawały o sobie znać przy każdym ruchu. Starała się jak mogła, ale w żaden sposób nie potrafiła mu pomóc. Często tylko udawała, że pije wodę, żeby nieświadomemu chłopakowi zostawić jak najwięcej. Ostatniej nocy (tak nazywali okres dnia, w którym kładli się oboje spać) pojawiła się u niego gorączka, cały rozpalony majaczył. Mówił niezrozumiałe dla dziewczyny wyrazy i wołał Ginny. Zimne okłady z wody, która jeszcze im została, troszkę pomogły, ale na dłuższą metę nie było to dobre rozwiązanie. Była przerażona, przy okazji dzisiejszego posiłku, oddała mu całą swoją wodę. Nie było to szczególnie trudne, chłopak nie miał siły stanowczo zaprzeczać. Co będzie z nimi dalej? W takim tempie Ron wkrótce się odwodni. Z Hermioną też nie było najlepiej. Rana na nodze, której nie miała szans zdezynfekować, zaropiała i przy najmniejszym dotyku paliła żywym ogniem. Chociaż dziewczyna, kulejąc, mogła chodzić, to każdy krok był dla niej prawdziwą męczarnią. Starała się jednak o tym nie myśleć, teraz ważniejszy był Ron, jej noga mogła poczekać. Teraz starała się odwlec od siebie wszystkie złe myśli. Chciała myśleć pozytywnie. Z pewnością już ich szukają, nie ma innej opcji. Ktoś musi coś wiedzieć o miejscu ich pobytu. Może Malfoy? Jest jednym z nich, tylko on może im pomóc. Ale czy chce to zrobić? Dokonał już wyboru, trzy tygodnie temu. Skoro jest dla niego tylko szlamą, to nie będzie jej żałował, kiedy zgnije w tym cholernym lochu. Tego było już dla niej żeby wiele, te myśli tylko ją jeszcze dobiły. Starała się być silna i nie okazywać słabości przy Ronie, ale jak mogła być teraz odważna? Zawalił się cały jej świat. Gniją razem w lochu, oboje ranni i jest z nimi coraz gorzej. Nikt najprawdopodobniej nie ma pojęcia i miejscu ich przetrzymywania, a jedyną osobą, która mogłaby im pomóc, to Draco Malfoy. Chłopak, który ją oszukał, zdradził i po raz tysięczny nazwał szlamą. A żeby było jeszcze gorzej, na dodatek go kochała. Swoje łzy zostawiła jednak na moment, w którym zaśnie Ron. Ona tej nocy i tak nie zmruży oka, będzie musiała czuwać na wypadek, jeśli chłopakowi się pogorszy. Miała nadzieję, że brak snu nie pogorszy jej słabego stanu. I tak była już wykończona bólem, brakiem wody i pożywienia. Odetchnęła głęboko i skrzywiła się z bólu, kiedy napięła mięśnie na rannej nodze. Delikatnie odwiązała materiał z którego zrobiła opaskę uciskową, a potem ten, którym zabezpieczyła ranę. Zagryzła z bólu rękę i stłumiła jęk bólu, kiedy razem z materiałem, twardym od jej krwi i ropy, oderwała kawałeczki swoich tkanek. W je oczach pojawiły się łzy, ale mocniej zacisnęła zęby na dłoni. Z podartej bluzki oderwała jeszcze jeden, kolejny pasek. Położyła go obok reszty. Jeden z nich zamoczyła w resztce wody i zawiązała na ranie. Zimno przyniosło jej ulgę. Miała nadzieję, że nie wdało się zakażenie, o które nie było trudno w tych warunkach. Z trudem starała się podejść do Rona. Podskakiwała na jednej nodze, aby ograniczyć ból. To był wyjątkowo niepewny i niestabilny sposób, ale z czasem nauczyła się poruszać dość pewnie. Jej serce na chwilę się zatrzymało, kiedy straciła równowagę i jak w zwolnionym tempie czuła jak leci na chorą nogę. Z impetem przeniosła na nią cały ciężar swojego ciała i jej umysł zamroczył ból. Z jej gardła wydobył się niekontrolowany krzyk. Upadła na ziemię, przetoczyła się na bok i skulona w kłębek złapała kurczowo za kolano. Zapłakała z bólu, próbując uspokoić przyspieszony oddech. Usłyszała jak Ron niewyraźnie mamrocze jej imię. Zacisnęła zęby i zaczęła czołgać się w jego stronę. Uspokajająco pogłaskała go po włosach, zdjęła nasączony wodą kawałek materiału z jego głowy, gorący od jego ciała i zamoczyła go w resztce zimnej wody. Na szczęście był wystarczająco chłodny. Znów położyła go na czole chłopaka, a jego ciało przeszyły dreszcze. I tak było już lepiej, gorączka powoli ustępowała, ale popękane żebra bolały coraz gorzej. A co jeśli któraś ze złamanych kości się przemieści? Jeśli zrani jego płuco? Tutaj nie mogli liczyć na żadną pomoc. Hermiona nie wiedziała, dlaczego w ogóle nadal ich tu trzymają. Oprócz osoby, która przynosiła im posiłki, nie przyszedł do nich nikt. Więc dlaczego po prostu ich nie zabiją? Może chodzi o okup? Dziewczyna natychmiast odrzuciła tę myśl, była zbyt niedorzeczna. Jednak nic innego nie przychodziło jej do głowy. Cokolwiek to jednak nie było, to nadal trzymali ich przy życiu. I dziewczyna miała nadzieję, że mimo wszystko tak zostanie. To dawało więcej czasu na znalezienie ich. Być może tylko dzięki temu mieli jeszcze szansę stąd wyjść. O ile Draco okaże choć trochę rozsądku i współczucia. Jeżeli powie Dumbledore'owi gdzie mogą ich przetrzymywać. Ale ona już w to nie wierzyła, nie wierzyła w nic, co związane była z Malfoy'em. Nie wierzyła jemu, jego słowom, gestom, pocałunkom, dotykowi. Nie wierzyła nawet sobie, że dała się tak omamić i wykorzystać. Taka była głupia, że mu zaufała... Jednak teraz on jest jej ostatnią nadzieją, a ona nie potrafi zaufać, że mógłby jeszcze kiedykolwiek zrobić coś dobrego. A co, jeśli Dumbledore zataił ich zniknięcie? Po prostu je przemilczał? Powiedział, że musieli wyjechać i tym samym uniemożliwił Draco pomoc? To bez znaczenia, zupełnie. I tak nic by nie zrobił, po co miałby narażać siebie dla szlamy, która nie może równać się z arystokratą czystej krwi....

       Straciła ich oboje. Brata i najlepszą przyjaciółkę. Z dnia na dzień traciła nadzieję i zatracała się w smutku. Poszukiwania nie przynosiły rezultatów, chociaż Harry nadal uważał, że nie wszystko stracone. Mówił, że Dumbledore robi zbyt mało i sam aż rwał się do poszukiwań. Ona jednak była realistką, chociaż jeśli byłaby szansa, też chciałaby jakoś pomóc. Jeśli żyli, to byli uwięzieni w jakimś zabezpieczonym miejscu. Wszystko rozbijało się o domysły i przypuszczenia. Ale Ginny chciała mieć pewność, wiedzieć, co teraz się z nimi dzieje. Chciała mieć nadzieję i wierzyć w ich powrót, ale czas mijał, a nikt nie miał żadnych wieści. Zrobiłaby wszystko za jedną, choćby najmniejszą informację. Jej rodzice zostali już powiadomieni i Dumbledore proponował jej, żeby wróciła na kilka dni do Nory. Ona jednak wolała zostać w zamku. Nie miała ochoty, żeby przebywać w wisielczej atmosferze, która panowała teraz w jej domu. Wolała zachować pozory normalności. Chociaż świadomość dwóch zaginionych uczniów wisiała w powietrzu, to mimo wszystko zamek tętnił swoim zwykłym życiem. Tylko jakby spokojniej, ciszej. W Wielkiej Sali obok Harry'ego zostawała wolna przestrzeń dla nieobecnego Rona, a koło Ginny też nikt nie siadał. Przez to jeszcze dotkliwiej odbierała brak najlepszej przyjaciółki. Te puste miejsca raniły ją do żywego. Teraz to ona karmiła Krzywołapa i zapewniała mu dzienną dawkę pieszczot. Stęskniony towarzystwa kot przychodził co noc do dormitorium i kładł się na jej łóżku, pyszczkiem i przednimi łapami na jej brzuchu. Przynosił jej więcej pocieszenia, niż ta sama formułka słyszana od kilku uczniów pod rząd. Teraz nawet z Harry'm było im do siebie bliżej. Nie była już wściekła o Cho, nie teraz, kiedy mieli poważniejsze problemy. Jechali na tym samym wózku, oboje zrobiliby wszystko, żeby odnaleźć najbliższych. Z resztą... Teraz w jej życiu pojawił się ktoś inny, chociaż może niezbyt nowy. Tyle czasu minęło, odkąd ją pocałował, a ona nie mogła o tym zapomnieć. Szczególnie tego, że prawie złamała sobie rękę na jego szczęce. Nie odzywała się do niego, ale bardzo brakowało jej obecności tego chłopaka. Randka, którą dla niej wtedy przygotował była idealna. Aktywna, dokładnie taka, jakie Ginny uwielbia. Potrzebowała go przede wszystkim teraz, kiedy została sama. Po tym, co Hermiona powiedziała jej o Malfoy'u i Katy, zmieniła zupełnie stosunek do jej słów. Nie mogła ufać komuś takiego, a na pewno nie w kwestii swojego szczęścia. Była już pewna, czego teraz potrzebuje. Wstała zdecydowana i unikając spojrzeń innych uczniów, zeszła na dół. Przeszła szybko przez pokój wspólny i przelazła przez portret. Nie było jeszcze zbyt późno, miała nadzieję, że zastanie go w swoim dormitorium. Przemierzała korytarze w pośpiechu, aż napotkała przeszkodę. Dość znaczącą. Stanęła przed wejściem do pokoju wspólnego Ślizgonów, ale nie znała hasła. Przeklęła w duchu. Jak mogła o tym nie pomyśleć? Oczywiście może wejść za jakimś Ślizgonem, który nie będzie miał ochoty jej przepuścić. Narazić się na nieprzychylne spojrzenia i komentarze. Co teraz zrobi? Po prostu ma tam tak wejść i pewnym krokiem przemaszerować aż do dormitorium Zabiniego? A jeśli będzie właśnie z jakąś dziewczyną? Zmieniła taktykę na trochę bezpieczniejszą. Stanęła wprost przed wejściem i wymieniła kilka haseł, które wydawały jej się odpowiednie.
- Czysta krew! Arystokraci! Wielki Slytherin! Chwała Slytherinowi! Porażka Gryffindoru? Starożytne rody! Wielkie... - wyrzucała z siebie, kiedy nagle ściana zaczęła się rozsuwać.
Spojrzała na nią szczerze zaskoczona i wytrzeszczyła oczy.
- Starożytne rody, serio? - mruknęła do siebie, kręcąc głową.
Odetchnęła głęboko i pewnym krokiem wmaszerowała do środka. Głowę miała uniesioną wysoko i starała się patrzeć każdemu w oczy. Nie dać po sobie poznać, że czuje się nieswojo i jest zagubiona. Widziała ich spojrzenia bardzo wyraźnie. Młodsi patrzyli na nią wrogo, ale nie odważyli się odezwać. Reszta szeptała między sobą, a do Ginny docierało coraz więcej ich słów. Była dla nich Gryfonką, zdrajczynią krwi, biedną Weasley, ale ona nie przyszła tu dla nich. Nie oni się liczyli.
- Czego tu szukasz? - usłyszała obok siebie głos przepełniony wrogością i natychmiast się odwróciła.
Jakiś Ślizgon wyższy od niej o dwie głowy zerkał na nią spod byka. Wzięła się w garść i spojrzała mu prosto w oczy. Nie spuścił wzroku i teraz prowadzili niemy pojedynek.
- Wyjazd stąd – czarnoskóra Ślizgonka podeszła do nich szybko.
Ginny otaczało coraz więcej negatywnie nastawionych do niej osób. Czuła się przez nich osaczona, jak zaszczute zwierzę. Patrzyła jednak im wyzywająco w oczy.
- Nie wasza sprawa, szukam kogoś – warknęła i próbowała przepchnąć się przez tłum.
W efekcie tylko jeszcze bardziej zacieśnił się wokół niej. Głosy wciąż się podnosiły.
- Stop! Zamknąć się i ją przepuścić – usłyszała znajomy głos, dochodzący spoza kręgu. - Ona jest moim gościem!
Spojrzała na Blaise'a z wdzięcznością. Ślizgoni rozstąpili się trochę, robiąc jej przejście, ale ich spojrzenia nadal były takie same. Z wysoko uniesioną głową i pewnym krokiem podeszła do Zabiniego.
- Chodźmy do mnie – powiedział cicho i zaprowadził ją w stronę swojego dormitorium.
Było spore i dzielił je z jeszcze trzema osobami. Teraz było jednak puste. Gestem ręki wskazał jej swoje łóżko. Usiadła na nim niepewnie i wpatrzyła się w swoje dłonie. Uleciała z niej cała pewność siebie.
- Po co tu przyszłaś? - zapytał łagodnym tonem.
- Czułam się samotna – odpowiedziała zaskakująco szczerze.
Usiadł obok niej i objął ją ramieniem. Nie odsunęła się ani o centymetr. Wtuliła się w niego całym ciałem i przymknęła oczy.
- Wiem, ale wkrótce się odnajdą – mówił cicho, ale wyraźnie słyszała każde jego słowo.
- A co, jeśli nie? - zapytała słabym tonem.
- Czy ja kiedykolwiek cię okłamałem? Zaufaj mi, proszę, i uwierz, że niedługo wrócą. A na pewno niedługo dowiemy się czegoś znaczącego. Dumbledore z pewnością robi wszystko, żeby ich odnaleźć. Naprawdę.
- Dziękuję – powiedziała i wtuliła się w niego jeszcze mocniej. - Mogę tu zostać? Przy tobie?
- Zostań, Wiewióreczko, zostań – pogłaskał ją po włosach.

- Znów pijesz? Jesteś zupełnie, jak twój ojciec – usłyszał z sobą znajomy, kobiecy głos, ale nie zareagował.
Nadal siedział z otwartą butelką i wpatrywał się zamyślony w okno. Zbyt wiele miał teraz na głowie, by przejmować się matką. Przybył tu najszybciej jak zdołał, ale i tak musiał czekać prawie tydzień. Wmówił Snape'owi, że należy mu się odpoczynek w domu, bo ma już dość przebywania wśród tych ścierw. Przelał w te słowa całą swoją arystokrację, próżność i pychę. Udało się, ale nadal nie miał planu. Nie zszedł nawet jeszcze do lochów, nie czuł się na to gotowy na trzeźwo.
- Kochasz go? - niespodziewanie przerwał ciszę.
Nie odpowiedziała od razu, chociaż nie widział wyrazu jej twarzy, wiedział, że jest zaskoczona pytaniem.
- Oczywiście, że tak. Tylko nie mów mu o tym, bo uzna mnie za słabą i niegodną jego arystokratycznego nazwiska – zaśmiała się krótko, ale łagodnie.
- A jak wiele byłabyś w stanie dla niego poświęcić? Nawet, gdyby stawką było twoje życie? Gdybyś musiała ratować go od śmierci i zapewnić bezpieczeństwo?
Nadal nie odwrócił się w jej stronę, ale teraz podeszła i stanęła naprzeciw niego. Wreszcie zdobył się, żeby spojrzeć na jej twarz. Była bledsza niż zwykle i wyglądała na starszą. Twarz miała zmęczoną, ale nadal piękną. Długie włosy spięła w wysoki kok.
- Wszystko – odpowiedziała pewnym tonem.
- A mnie kochasz? - zapytał z zamyśleniem.
- Do czego zmierzasz? - jej ton stał się ostrzejszy.
- Czy potrafiłabyś zaakceptować, gdybym kochał kogoś, kto w mniemaniu twoim i ojca byłby tego zupełnie niegodny? - nie wiedział, dlaczego z nią o tym rozmawia. Może był zbyt pijany albo po prostu potrzebował kontaktu z bliską osobą?
Zapadła cisza. Narcyza z napiętą miną wpatrywała się w widok za oknem. Rysy jej stężały. Bardzo, bardzo powoli odwróciła się znów w jego stronę. Nagle uśmiechnęła się delikatnie.
- Zejdę na dół i cofnę zaklęcie wyciszające – powiedziała łagodnym tonem.
- Słucham? - zapytał z nutką paniki w głosie.
- Nie jestem głupia. Zjawiasz się tutaj bez wyraźnego powodu tydzień po tym, jak ich przywieźli. Jesteś nieobecny, zamyślony i wyraźnie zmartwiony. Mówisz o miłości do kogoś, kto nie spodoba się mi i ojcu. Oraz o poświęcaniu siebie dla kogoś i zapewnianiu bezpieczeństwa. Mylę się? Mam tylko nadzieję, że chodzi ci o Hermionę Granger, nie Ronalda Weasley'a – uśmiechnęła się szeroko, ale jej twarz była napięta, czekała na jego odpowiedź.
Wiedział, że jest bystra. W przeciwieństwie do ojca, który był po prostu przebiegły. Bardzo mało faktów mogło uciec Narcyzie Malfoy. Nie wiedział czy jest na siebie wściekły, że się domyśliła, czy czuje ulgę.
- Nie jesteś zła? - zapytał cicho.
- Jestem, nawet bardzo. Dobrze wiesz, kim ona jest. Zbliża się wojna, której oni nie mają szans wygrać. Dobrze wiesz, co się z nią stanie. Nie dasz rady jej obronić, nie przed wszystkimi Śmierciożercami. Ale jeśli chcesz ją teraz wyciągnąć z lochu, to nie zabronię ci. Tylko proszę, uważaj na siebie i bądź ostrożny. Jesteś moim jedynym synem – pocałowała go w czoło, ale natychmiast się odsunął. Nie był już małym chłopcem i nienawidził, gdy tak się go traktowało.
- Pójdę teraz na dół i cofnę zaklęcie wyciszające, abyś mógł pilnować czy jest bezpieczna.
- Nie mów nic ojcu – Draco spojrzał na nią uważnie.
- Nie powiem, ale nie pij już więcej – powiedziała i wyszła.

      Doczołgała się do drzwi celi, byleby jak najdalej od przyjaciela. Łzy już od dawna zbierały się w jej oczach, ale w końcu chłopak zasnął. Odsunęła się jak najdalej, żeby nie obudzić go żadnym dźwiękiem. W końcu poczuł się lepiej i zeszła z niego gorączka. Miała nadzieję, że głęboki sen choć trochę zregeneruje jego siły. Położyła się twarzą do światła przelewającego się przez szparę między drzwiami a posadzką. Dawało nadzieję, było cząstką tego, co czeka ją poza celą. Wyciągnęła delikatnie rękę i położyła ją w smudze światła. Wpatrywała się w nią jak oczarowana. Tracisz rozum – pomyślała i natychmiast cofnęła dłoń. Myślami była daleko, w swoim rodzinnym domu. Razem z matką i ojcem jadła ostatnią kolację przed jej powrotem do zamku. Wtedy jeszcze nie wiedziała, ile zmian przyniesie dla niej ten rok. A teraz ma tu umrzeć. Może z wycieńczenia, głodu. Albo zabije ją zakażenie, które wdało się w ranę na jej nodze. Może z tęsknoty. Albo zwariuje, straci rozum i nawet, jeśli ją odnajdą, to po prostu ich nie pozna. Zamknie się we własnym świecie z którego nie będzie już wyjścia. Bała się tego okropnie. Chciała tylko wyjść z tego miejsca całą i zdrowa. Znów zobaczyć rodzinę i przyjaciół. Załkała, zaciskając zęby na dłoni, aby nie obudzić Rona. Na ręce miała już wiele śladów sprzed kilku dni, które widziała dokładnie, gdy położyła dłoń w bladej smudze światła. Otworzyła na chwilę załzawione oczy i zamarła. Coś zasłaniało prawie całą smugę i poruszało się delikatnie. Słyszała ciężki oddech przybysza. Ktoś najwidoczniej siedział po drugiej stronie drzwi i opierał się o nie plecami. Skrawek jego białej koszuli wsunął się w wolną przestrzeń i był na wyciągnięcie jej ręki. Adrenalina zapulsowała w jej żyłach. Kim jest ta postać? Kto siedziałby pod drzwiami celi i nie zdradzał swojej obecności? Jakie miał względem nich zamiary?
- Kto tu jest? - odważyła się zapytać słabym, zachrypniętym głosem.
Odpowiedziała jej cisza, ale była pewna, że ciało przybysza lekko się naprężyło. Po chwili zobaczyła szybki ruch. Postać wstała i pospiesznie oddaliła się od drzwi.

      Czuł się już wystarczająco pijany. Wreszcie był gotowy, aby zejść na dół. W gardle mu zaschło, a z każdym krokiem miał ochotę uciec. Przecież w końcu musiał się na to zdobyć, po to tutaj przybył. Oparł się o drzwi celi i osunął po nich. Wypił jeszcze kilka łyków z butelki, którą zabrał ze sobą. Kiedy w końcu przestał się poruszać, usłyszał cichy płacz zza drzwi. Należał do niej, nie miał co do tego wątpliwości. Ten dźwięk rozrywał mu serce, ale nie mógł nic na to poradzić. Słuchał go z niemą bezradnością. Miał ochotę położyć się na ziemi i szepnąć jej, że wszystko będzie dobrze. Że wkrótce ją stąd wyciągnie i nie pozwoli zrobić jej krzywdy. Ale sam nie był tego pewien, nie miał nawet planu. I jak zareagowałaby teraz na jego obecność? Po tym, co jej zrobił? Na razie musiał pozostać niezauważonym. Nie chciał robić jej złudnej nadziei, na wypadek, jeśli nie uda mu się ich uwolnić. Znów wypił, miał ochotę schlać się do nieprzytomności.
- Kto tu jest? - usłyszał głos, którego prawi nie rozpoznał. Był słaby, zmęczony i zbolały.
Nie mógł dłużej tam siedzieć, nie po tym, jak zauważyła jego obecność. Teraz już nie mógłby siedzieć cicho i udawać swoją nieobecność. Wstał szybko, wypił jeszcze trochę i chwiejnym krokiem ruszył w górę schodów.

       Mijały kolejne godziny. Albo minuty... W tym miejscu pojęcie czasu było wyjątkowo względne. Ron czuł się już lepiej, ale noga Hermiony bolała coraz bardziej. Teraz chód sprawiał jej jeszcze więcej bólu. Zastanawiała ją jeszcze postać, która pojawia się tutaj kilka godzin temu. Gdzieś głęboko w jej umyśle pojawiał się Draco. Kto inny mógłby to być? Zamknęła oczy i oparła głowę o ścianę. Westchnęła głęboko. Nagle drzwi do celi otworzyły się. Czyżby był to już czas posiłku? Stanął w nich jednak ten sam Śmirciożerca, który pomagał w ich pojmaniu. Zatrzasnął za sobą drzwi. Wyciągnął różdżkę i więźniowie skulili się w sobie. Czyżby w końcu sobie o nich przypomniano? Tylko dlaczego akurat teraz? Mężczyzna wymamrotał coś cicho i promień oszołamiacza pomknął w stronę Rona, który nie zdążył zareagować. Hermiona pisnęła tylko cicho. Mężczyzna podszedł do niej szybkim krokiem i złapał za włosy. Wrzasnęła słabo, tylko tyle miała sił. Próbowała się wyrywać, bić, ale było to na nic. Śmierciożerca zaprowadził ją siłą na środek sali i rzucił brutalnie na ziemię. Krzyknęła z bólu, kiedy upadła na ranną nogę.
- Krzycz, krzycz i tak nikt ci nie pomoże. Mogę zrobić z tobą co chcę, dostałem takie pozwolenie – uśmiechnął się obleśnie.
Próbowała się podnieść, krzyczeć, wyrywać, ale uderzył ją w twarz. Znów spotkała się z zimną posadzką. Twarz zapiekła ją żywym ogniem. Mężczyzna siłą odwrócił ją na plecy i położył dłonie na jej brzuchu. Zaczął podwijać bluzkę. Powstrzymała łzy, nie mogła się poddać. Nie weźmie jej bez walki. Prędzej da się zabić, niż zgwałcić. Kiedy tylko zauważyła okazję z całej siły wbiła paznokcie w policzek Śmierciożercy i szarpnęła. Odskoczył od niej z krzykiem i z satysfakcją poczuła jego krew na opuszkach swoich palców. Zostanie mu po niej pamiątka. Nie złamie jej, będzie walczyła, dopóki wystarczy jej sił. Mężczyzna wymierzył mocne kopnięcie w ranę na jej nodze. Zawyła z bólu i jej umysł zamroczył ból. Od krzyku zdarła sobie gardło. Przez chwilę była pewna że zemdleje. Potem wymierzył jej jeszcze jeden policzek i poczuła jego ręce na swoim ciele.
__________________________________________________________________

Nie zanudziliście się? Ktoś jeszcze to w ogóle czyta? :D